[Recenzja] Maestro Trytony - "Heart of Gold" (2004)

Okładka płyty "Heart of Gold" Maestro Trytony.


Ponoć jest to najlepszy polski album. Poza opisem na Bandcampie, według którego niektórzy tak twierdzą, nie dotarłem jednak do aż tak entuzjastycznych opinii na temat drugiego albumu Meastro Trytony. Nie znalazłem też "Heart of Gold" w żadnym rankingu polskich płyt, choćby na odległej pozycji. To zresztą niszowe wydawnictwo, pierwotnie wydane na kompakcie w zaledwie 230 egzemplarzach i od tamtej pory niewznawiane, choć obecne w streamingu. Można by zatem tę wzmiankę o najlepszej polskiej płycie potraktować jako żart, ironię, albo nawet jak zwykły chwyt marketingowy. Rzecz w tym, że nie jest to stwierdzenie wcale dalekie od prawdy - oczywiście rozpatrując to wydawnictwo w kategoriach artystycznych, a nie komercyjnych.

Projekt Tomasza Gwincińskiego zadebiutował osiem lat wcześniej płytą "Enoptronia". Kwintet, wsparty wieloma gościami, zaproponował tam całkiem unikalną mieszankę jazzu, rocka oraz muzyki współczesnej. W nagraniach "Heart of Gold", zarejestrowanego podczas trzydniowej sesji w Radiu Gdańsk, uczestniczył już wyraźnie mniejszy aparat wykonawczy. W podstawowym składzie oprócz Gwincińskiego z poprzedniego wcielenia pozostali tylko Tomasz Pawlicki i Rafał Gorzycki, nowym basistą - zamiast zmarłego niedługo potem Tomasza Hesse - został Patryk Węcławek, a na miejsce zwolnione przez wiolonczelistkę Renatę Suchodolską nie przyjęto nikogo. Gości jest tylko troje, a ich wkład skromny, po występie w jednym utworze. Zmiany zaszły też w samej muzyce. Utwory, skomponowane przez Gwincińskiego i/lub Pawlickiego, różnią się nieco estetyką, klimatem i charakterem od tych z debiutu.


Maestro Trytony tym razem stawia na bardziej akustyczne brzmienia, jednocześnie oddalając się trochę od rockowego i jazzowego idiomu na rzecz większego udziału w tym stylistycznym miksie wpływów poważkowych oraz nowych u grupy elementów folkowych. Pewnie też dlatego mniej tu frywolności debiutu, a więcej zadumy. Idealnym wprowadzeniem w te klimaty jest "Q.R.G.", kameralny utwór z wiodącą rolą szpinetu, wspartego subtelnymi dźwiękami fletu i kontrabasu. Jednak już kolejny na płycie "Van Worden in Sierra Morena" wprowadza więcej dynamiki. Mocno zarobiona jest tu sekcja rytmiczna, nadająca różne tempo, od powolnego budowania napięcia po szybki swing i avant-progowe łamańce. Towarzyszą temu znakomite, raczej subtelne partie fletu i akustycznej gitary, ale też zdecydowanie ostrzejsze solówki na elektryku. Całości dopełnia orkiestrowe tło - z syntezatora lub samplera - nadające potężnego brzmienia, mocno kontrastującego z poprzednim utworem. Inaczej operuje dynamiką kolejna na płycie "Jocasta", która z początku unika gwałtownych kontrastów, trzymając się melodyjnych tematów i łagodniejszych brzmień, by dopiero z czasem pierwszoplanową rolę przejęła gitara elektryczna - partie Gwincińskiego łączą tu jazzową finezję z rockowo zadziornym, miejscami wręcz agresywnym brzmieniem. 

Bardziej jednoznacznym stylistycznie nagraniem jest kierujący się w mocno jazzowe rejony "Snowboarding Alchemysta", oparty na znakomitej interakcji kwartetu. Zarazem jest jednym z najzgrabniejszych melodycznie utworów na płycie, głównie za sprawą wirtuozerskich partii Pawlickiego na flecie, dodającym tu lekko folkowego brzmienia. W nastrojowym, wręcz pastoralnym utworze tytułowym również pobrzmiewa odrobina tego folku, choć bardziej adekwatne byłoby chyba jednak porównanie z ECM-owskim jazzem. Po krótkim, ale obfitującym w treść wypadzie na terytorium współczesnej poważki w "Tax Collector", muzycy powracają do większego eklektyzmu w dwuczęściowej "Magic Tiara". Pierwsza odsłona to stopniowo nabierająca coraz większej gęstości improwizacja na pograniczu jazzu, rocka i folku, z dodatkiem dubowej rytmiki. Druga składa się natomiast z minimalistycznych repetycji, głębokiego ostinata basu, klimatycznych dźwięków fletu i skrzypiec, a także elektronicznych modulacji. Intensywny "Nanotechnology" to znów bardziej jazzowe granie, oparte na wirtuozerii i ścisłej współpracy muzyków, tym razem jednak z mnóstwem dodatkowych perkusjonaliów. A na finał pojawia się jeszcze awangardowa miniatura "Epilogue".


Nie nazwałbym "Heart of Gold" najlepszym polskim albumem, ale być może najbardziej niedocenionym - także przeze mnie w nie tak dawnym rankingu krajowych płyt. A do tych najlepszych wcale wiele mu nie brakuje. Jest tu czym się zachwycać: przede wszystkim fenomenalną grą, interakcją i wyobraźnią instrumentalistów oraz nieoczywistymi pod względem tak treści, jak i formy kompozycjami, ale podobać może się też klimat (idealny na jesień) czy spora, jak na tego rodzaju muzykę, wyrazistość melodyczna. W porównaniu z debiutem Maestro Trytony może trochę brakować tych humorystycznych momentów, ale z drugiej strony - "Heart of Gold" wypada dzięki temu spójniej, bardziej konsekwentnie, przy czym nie popada też w przesadną powagę, zachowując odpowiednią subtelność. Niestety - albo stety - na tym albumie kończy się dyskografia tego projektu. Wprawdzie główni muzycy wciąż żyją i tworzą, ale po ponad 15 latach szanse na taki powrót wydają się coraz mniejsze, a wzrasta ryzyko niedorównania dotychczasowym dokonaniom.

Ocena: 9/10


Maestro Trytony – "Heart of Gold" (2004)

1. Q.R.G.; 2. Van Worden in Sierra Morena; 3. Jocasta; 4. Snowboarding Alchemysta; 5. Heart of Gold; 6. Tax Collector; 7. Magic Tiara (Part I]; 8. Magic Tiara (Part II); 9. Nanotechnology; 10. Epilogue

Skład: Tomasz Gwinciński – gitara, sampler; Tomasz Pawlicki – flet, instr. klawiszowe; Patryk Węcławek – kontrabas; Rafał Gorzycki – perkusja
Gościnnie:: Marzena Skotnicka - szpinet (1); Łukasz Gorewicz - skrzypce (8); Jacek Majewski - instr. perkusyjne (9)
Producent: Tomasz Gwinciński


Komentarze

  1. A jest jakaś lepsza polska płyta wydana po PRLu?
    Myślę, że daliby rade jeszcze nagrać coś na podobnym poziomie, patrząc chociażby na to jak Gorzycki rozwinął się jako kompozytor ("Utwory pierwsze ").

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co to znaczy najlepsza?
      Wartości artystyczne połączone z przyswajalnością na jakimś różnym dla każdej wartości
      Subiektywnie. Nie da się tak ocenić. To w końcu sztuka a nie konkurs na największą dynię:)

      Usuń
    2. Da się zmierzyć artyzm? Nie sądzę

      Usuń
    3. Da się stwierdzić, czy dane dzieło ma wartość artystyczną i pod jakimi konkretnie względami. Natomiast nie sądzę, by było możliwe zrobienie obiektywnego rankingu najbardziej wartościowych płyt.

      Usuń
    4. Jak? Jak zdefiniować sztukę? Która przy wartościach podstawowych ma zawsze indywidualny odbiór.

      Usuń
    5. @Kosien
      Zawsze każde dzieło istnieje w jakiejś otoczce podobnych, z której może się wyróżniać lub nie. Pozostaw tylko te, które się wyróżniają. Które z nich z kolei realizują swoje artystyczne zamierzenia w sposób pełny i zdają się wyczerpywać pewien interesujący kierunek poszukiwań? Weź pod uwagę tylko te. Porównaj teraz to, co pozostało z analogicznymi produkcjami zachodnimi - wyeliminuj te, które pozostają w oczywistej zależności od wcześniejszych trendów. Ile płyt pozostało na twojej liście? Tak trudno je jakoś posortować?

      Usuń
    6. @Kosien
      Przeciw udynieniu: przecież istnieje jakaś naturalna hierarchia, dla jazzu np. mało kto będzie polemizował, że czołówka to nie Bird, Miles i Coltrane. Podobnie dla instrumentalistów, łatwo jest wskazać, że najlepsi saksofoniści to Coltrane, Brecker i Bergonzi...

      Usuń
    7. @Kosien: Od subiektywnego odbioru są całkowicie niezależne takie wartości, jak np.:
      - innowacyjność,
      - oryginalność (przetwarzanie, łączenie w unikalny sposób tego, co już było),
      - poziom złożoności (kompozycji, aranżacji, wykonania, produkcji),
      - spójność, logika kompozycji,
      - adekwatny dobór środków muzycznych, dopasowanie formy do treści.

      Usuń
    8. Dla mnie osobiście jest tylko jedna definicja dla lepsza, czy najlepsza… to jest ta, która mi się bardziej lub najbardziej podoba, upraszczam, wiem, ale tak jest 🙂

      Usuń
    9. @interpol
      Nigdy nie zdarzyło ci się docenić czegoś, co zupełnie nie jest w twoim guście?

      Usuń
    10. @ JD
      Albo Ben Webster, albo Lester Going albo Rollins:)

      Usuń
    11. @Paweł
      Poziom złożoności moim zdaniem nie do obrony.
      Co ma złożoność do artyzmu?
      Tak może zakładać student sztuk pięknych na pierwszym roku.

      Usuń
    12. Ach, ta wieczna dyskusja o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia. Próby obiektywnej oceny wartości produkcji artystycznej jest z góry skazana na niepowodzenie choćby z tego powodu, że mózg ludzki ewoluował w taki sposób, że ośrodki emocjonalne dominowały od zawsze nad racjonalnymi. Tym samym w tym pakiecie ocen subiektywne odczucie odbiorcy jest bardzo znaczące. Nawet jak stosujemy zobiektywizowane zasady oceny to nie oznacza, że w końcu wychodzi z tego obiektywna ocena. I tak za życia Bach nie uchodził za wybitnego muzyka i kompozytora, tak jak impresjoniści na początku byli uważani za pacykarzy. A np. podawany przez Pawła „poziom złożoności” jako jedno z kryteriów wartości może wieść na manowce, gdyż wiele złożonych kompozycji często kończy jako bałagan, a tak naprawdę niełatwo ocenić jest formy proste, bo stworzenie w nich czegoś nowego i zaskakującego jest dużo trudniejsze. A na końcu i tak będzie jeszcze odbiorca, który subiektywnie to sam oceni. Nawet nowatorstwo na początku nie musi być zaletą i często trzeba odczekać zanim zostanie ono postrzegane jako wyższa wartość artystyczna.
      Nawet w nauce, która wydaje się dużo łatwiejsza do obiektywnej oceny wartości, stworzenie dobrego rankingu uczonych jest bardzo trudne (co pokazuje system oceny parametrycznej nauki stworzony w Polsce, oceniany poza naszymi granicami jako jeden z najgłupszych i niszczących naukę). Dzisiaj za najlepszy ranking uczonych uchodzi tak zwana lista Top 2 tworzona przez Uniwersytet Stanforda i wydawnictwo Elsevier. Jest najbardziej wszechstronna i wieloparametryczna i co roku jest publikowana lista 2% uczonych ze wszystkich dziedzin o największym wpływie na współczesna naukę i dodatkowo lista wieloletnia pokazująca, którzy badacze utrzymują się na topie przez lata. I chociaż wieczna trójca Newton, Darwin i Einstein na ogół nie budzi kontrowersji, to porównywanie badaczy z różnych dziedzin, tak jak porównywanie twórców z różnych stylów muzycznych, jest już mocno dyskusyjne. Ale, oczywiście, znalezienie się na tej liście Top 2 to duża satysfakcja dla badacza (ale możemy podać przykłady polskich badaczy z tej listy, którzy w polskim systemie parametrycznym nie maja szans na żadne profity wynikające z obecności na tej liście).

      Usuń
    13. @Kosien i LeBo:
      Nie twierdzę, że sam fakt złożoności dzieła pod względem kompozycji, aranżacji, wykonania lub produkcji jest jednoznaczny z wartością artystyczną, ani że jest niezbędnym warunkiem, by uznać działo za wartościowe. Stwierdziłem, że złożoność jest czymś mierzalnym i niezależnym od subiektywnej opinii.

      Natomiast w konkretnych przypadkach może wpływać na wartość artystyczną. Weźmy taki Gentle Giant, inspirujący się muzyką dawną, klasyczną i współczesną, w zaawansowany sposób wykorzystujący kontrapunkt, stosujący skomplikowane rytmy i polifonie, używający bogatego instrumentarium, na którym grali sami członkowie grupy. Było to zarazem wyraźną aspiracją do sztuki wyższej, jak i faktycznie wymagało od muzyków dużej wiedzy teoretycznej, ponadstandardowej znajomości dzieł klasycznych i ponadprzeciętnych umiejętności instrumentalnych.

      Usuń
    14. @Paweł
      Ja osobiście cenię Gentle Giant za pomysł artystyczny i poziom wykonania, ale ta muzyka nie porusza u mnie głębszych emocji i praktycznie nigdy nie wracałem do ich płyt. Natomiast ciągle wracam do free jazzu, który niekoniecznie jest tak wyrafinowany ale ciągle budzi u mnie pozytywne wibracje. I chociaż na stare lata coraz więcej słucham prostej muzyki (zgodnie ze zjawiskiem, że lubimy słuchać rzeczy z przeszłości wracam do prostego bluesa, folk rocka, ambitnego country) to jak już chcę coś bardziej złożonego, to jest to raczej spiritual jazz lub wariacki rock w stylu Zappy. Doceniam twoje wysiłki w próbie jakiejś generalnej oceny muzyki, ale bardziej cenię ten portal jako przybliżający różnorodność muzyki. Sam tu znalazłem wiele tytułów, o których nie miałem zielonego pojęcia. A tak w ogóle, postanowiłem przesłuchać tę ocenianą płytę Maestro Trytony. Nigdy jej wcześniej nie słuchałem, ale pierwsze wrażenie nie przypadło mi do gustu. Ale już się tutaj przyznawałem, że nie przepadam za muzyką typu "progresywna" i raczej tak już zostanie.

      Usuń
    15. Ja osobiście cenię Gentle Giant za pomysł artystyczny i poziom wykonania, ale ta muzyka nie porusza u mnie głębszych emocji i praktycznie nigdy nie wracałem do ich płyt.

      I to właśnie potwierdza argumentację JD i moją, że można daną muzykę docenić za jej obiektywne cechy i wartości, niezależnie od własnej oceny.

      Usuń
  2. @Kosien
    Ale przecież nie Scott Hamilton! Także mój argument pozostaje ważny...

    OdpowiedzUsuń
  3. @Kosien
    Przecież trudniej jest napisać kompetentną symfonię niż takąż piosenkę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba jednak inny zawód. Najtrudniej napisać chyba przebój

      Usuń
  4. @LeBo
    Może i ludzie są często irracjonalni, ale czas odsiewa ziarno od plew...

    OdpowiedzUsuń
  5. @JD a propos tego doceniania, to zadałeś mi trudne pytanie, zwłaszcza jeżeli chodzi o muzykę, bo w literaturze to jest np Dostojewski. Bracia Karamazow doceniam, ale średnio podobała mi się lektura. Ja mam tylko nadzieję, że krytycy, w tym Paweł, oceniając ostatecznie płytę,, np w skali od 1 do 10 l, sugerują się przede wszystkim tym, co się u nich w sercu i w głowie dzieje, podczas słuchania, mam na myśli tzw przeżycia. Rozumiem, że jest tzw podział na ulubione i najlepsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę nie rozumiem takiego podejścia. O ile to, że sam oceniając stosujesz wyłącznie subiektywne wrażenia, jest ok, ale dziwię się, że oczekujesz tego od recenzentów. Kiedy ja czytam cudzą recenzję, to akurat indywidualne odczucia recenzenta - choć konieczne w tej formie publicystycznej - obchodzą mnie najmniej, bo moje będą prawdopodobnie zupełnie inne. Chciałbym natomiast poznać merytoryczne uzasadnienie, dlaczego dany album posiada, albo nie posiada, wartość artystyczną lub historyczną.

      Usuń
    2. No tak, pewnie masz rację, recenzent musi inaczej do sprawy podchodzić,, niż ktoś kto tylko słucha muzyki,recenzja to tylko wskazówka, pomoc w wyborze. Dlatego ważne jest przeczytanie też innych recenzji, jaki opini typu rym, czy rozmowy tutaj na forum, no i przede wszystkim własne doświadczenie. Piękna sprawa, pozdrawiam serdecznie. Wsłuchuję się właśnie w nową płytę Necks, jest co najmniej dobrze 😊

      Usuń
    3. I tu Pawle dochodzimy do sedna czyli dzielimy " opisywaczy" dzieła na krytyków sztuki a recenzentów. Pierwsi wydają opinie najczęściej ex cathedra a drudzy bardziej od siebie.
      Pierwszych w w większości nie poważam .

      Usuń
    4. @Kosien: To brzmi trochę jak: w kwestii szczepień nie słucham konsensusu naukowego, tylko wierzę w opinię przypadkowych osób bez medycznego wykształcenia.

      Usuń
    5. To jest akurat chyba nieodpowiedni przykład. Są sprawy cielesne, gdzie oczywiście nauka jest bardzo ważna ( lekceważąc ją robimy sobie często krzywdę), ale też duchowe. Np. w sprawach muzyki, literatury, czy kina, lubię mieć własne zdanie, daje mi to pewnego rodzaju wolność, frajdę, wpływa na mnie bardzo pozytywnie.

      Usuń
    6. Oczywiście, że skutki takiego podejścia są nieporównywalne, ale działa tu ten sam mechanizm. I czym innym jest posiadanie własnej opinii o dziele (a żeby ją mieć, nie trzeba przecież poznawać cudzych opinii), a czym innym poszerzanie swojej wiedzy o tym dziele, poprzez poznawanie całego kontekstu np. historycznego, eksperckiej analizy, znaczenia dla danej dziedziny sztuki.

      Usuń
    7. Wybacz Paweł ale kompletnie nietrafione porównanie medycyna to nauka ścisła jak dodasz składni do składnika to wyjdzie szczepionka która działa, zupełnie inaczej jak w muzyce popularnej.
      Najfajniejsze przynajmniej dla mnie rzeczy zrobili pomyleńcy boży:).
      Pewnie inaczej jest w klasyce ale tam się nie znam.
      Dla mnie " wy" którzy piszecie o muzyce na mojej drodze jesteście jak znaki informacyjne nie koniecznie znaki nakazujące:).
      Muzyka rockowa i jazzowa obrosła w mity i ciężko spojrzeć na niektóre dzieła z czystej perspektywy.
      Co staram się usilnie czynić.
      Kilka your idols:)

      Usuń
    8. Zacytuję klasyka " odrzuć teleskop wyrzuć mikroskop" :)

      Usuń
    9. A jak w muzyce dodasz składnik do składnika, to wyjdzie utwór o określonych cechach, które nie zależą od opinii odbiorcy - np. tempo, metrum czy tonacja każdego nagrania czy wykonania jest czymś obiektywnie mierzalnym. Podobnie jest z tymi cechami, o których wcześniej wspomniałem.

      Usuń
    10. Różnica polega na tym że po połączeniu składników nie ma znaczenia kto zaaplikuje ci szczepionkę będzie działać wręcz odwrotnie niż w przypadku utworu muzycznego.

      Usuń
    11. Jeżeli dwóch wykonawców nagra utwory w tempie 160 BPM, to oba utwory będą w tempie 160 BPM niezależnie od tego, jaką opinie na nich temat sobie wyrobisz. Prościej już nie umiem, a i tak wstyd mi pisać takie oczywistości.

      Usuń
    12. Faktycznie nieporozumienie. Mi chodziło o to co się dzieje pomiędzy nutami tam gdzie dzieje się magią a przynajmniej próbowałem. Tobie chodziło o instrukcję składania mebli

      Usuń
    13. Nie ma potrzeby silić się na złośliwości tylko dlatego, ze ktoś chce znać szerszy kontekst słuchanej muzyki, lepiej ją zrozumieć, a nie tylko polegać na pierwotnych instynktach. To, ze sam jesteś zainteresowany wyłącznie tym, czy subiektywnie słyszysz jakąś magię między nutami, nie wyklucza istnienia obiektywnych elementów, o których mogą pisać krytycy, uzasadniając wartość artystyczną czy historyczną dzieła - w uzupełnieniu lub kontrze do własnych wrażeń.

      Usuń
  6. Myślę, że prawie dla każdego słuchającego muzykę w ocenie najważniejsze jest, czy mu się dana płyta podoba, czy nie, bezpośredni jej odbiór... Uważam też, że muzykę można lepiej rozumieć słuchając jej, poprzez ciągłe doświadczenie. Tak, o tych obiektywnych elementach mogą, a nawet powinni pisać recenzenci, to należy do ich pracy. Jednak w ocenie końcowej bardzo istotne jest to, o czym pisze Kosien.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko ja tego nie neguję, a jedynie mówię, że jest możliwe szersze spojrzenie oraz bardziej zobiektywizowana analiza dzieła.

      Usuń
    2. W żadnym wypadku nie chciałem obrazić Ciebie ani umniejszać roli recenzentów. Jesteście bardzo potrzebni zwłaszcza adeptom.
      Chciałem tylko zanegować władzę do stwierdzenia czy to Sztuka czy nie pozdro

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)