[Recenzja] McCoy Tyner & Joe Henderson - "Forces of Nature: Live at Slugs'" (2024)

Płyta tygodnia 18.11-24.11
Materiał z tego wydawnictwa czekał na swoją premierę blisko sześćdziesiąt lat. Podobnie jednak, jak wiele innych jazzowych archiwaliów, które z różnych przyczyn nie zostały wydane w epoce, powodem opóźnienia zdecydowanie nie jest jakość tego nagrania. W przypadku "Forces of Nature: Live at Slugs'" o poziom wykonania byłem spokojny widząc nazwiska grających tu muzyków. Pianista McCoy Tyner oraz saksofonista Joe Henderson byli wówczas, w połowie lat 60. jednymi z najbardziej popularnych i cenionych przedstawicieli swoich instrumentów. Towarzyszący im na basie Henry Grimes był z kolei ważną postacią sceny freejazzowej jako stały współpracownik Alberta Aylera, a początkujący wówczas perkusista Jack DeJohnette wkrótce miał stać się jednym z najbardziej rozchwytywanych bębniarzy fusion.
Henderson i Tyner, główne postaci tego kwartetu, mieli już wcześniej okazję wielokrotnie ze sobą grać. Przede wszystkim podczas różnych sesji dla Blue Note, gdy obaj wspierali Granta Greena, Lee Morgana czy Bobby'ego Hutchersona, ale też gościli na własnych płytach: McCoy zagrał na "Page One", "In 'n Out" i "Inner Urge" saksofonisty, a Joe na "The Real McCoy". Ten ostatni album - będący zarazem ostatnią współpracą instrumentalistów na wiele lat - został zarejestrowany już po materiale zawartym na "Forces of Nature: Live at Slugs'". Na wydawnictwie tym znalazł się bowiem zapis występu z wiosny 1966 roku - dokładna data nie jest znana - w nowojorskim klubie Slugs' Saloon. Nie było to miejsce cieszące się dobrą sławą. To właśnie tam kilka lat póżniej Lee Morgan został zastrzelony przez swoją żonę, a bywalcy lokalu często padali ofiarą napadów.
Czytaj też: [Recenzja] McCoy Tyner - "The Real McCoy" (1967)
Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie brzmienie tego materiału, gdyż jakość nagrania jest naprawdę dobra, co nie zawsze da się powiedzieć o archiwaliach. Wykonanie, choć spodziewałem się wysokiego poziomu, również przebija moje oczekiwania. To blisko półtora godziny - na które składa się tylko pięć utworów - porywających improwizacji, ze znakomitą interakcją całego składu i mnóstwem błyskotliwych solówek. Najprościej określić tę muzykę mianem post-bopu. W poszczególnych nagraniach bywa bliżej bopowej tradycji, jak w balladowej interpretacji standardu "We'll Be Together Again", bardzo zresztą ładnej, czy w wyluzowanym bluesie "Isotope", chyba najsłynniejszej kompozycji Hendersona. Ale zdarza się też muzykom być bardziej post, jak w niesamowicie intensywnych "In 'n Out" i "Taking Off", trwających po blisko pół godziny każdy. Tutaj Joe i Jack grają z wręcz freejazzową ekspresją - zrzędzące partie Hendersona absolutnie tu dominują, choć w końcówce tego drugiego DeJohnette gra naprawdę potężne solo - nieco tylko stonowaną przez bardziej tradycyjną, swingującą grę McCoya i Henry'ego.
Jack DeJohnette - jedyny wciąż żyjący muzyk tego kwartetu, osobiście zaangażowany w wydanie albumu - wspominając tamtą noc stwierdził, że wszyscy grali tak, jakby jutra miało nie być. Ten skład stworzył niesamowitą muzykę z ogromną intensywnością i zaangażowaniem. I w sumie trudno o lepsze podsumowanie "Forces of Nature: Live at Slugs'".
Ocena: 9/10
Nominacja do archiwaliów roku 2024
McCoy Tyner & Joe Henderson - "Forces of Nature: Live at Slugs'" (2024)
1. In 'n Out; 2. We'll Be Together Again; 3. Taking Off; 4. The Believer; 5. Isotope
Skład: McCoy Tyner - pianino; Joe Henderson - saksofon tenorowy; Henry Grimes - kontrabas; Jack DeJohnette - perkusja
Producent: Jack DeJohnette, Lydia DeJohnette i Zev Feldman
Mccoy mam u niego dług niespłacalny za My favorite thing
OdpowiedzUsuńTrzeba sprawdzić ten archiwalny materiał, bo w owym czasie Henderson był w dobrej formie. W tym samym roku ukazały się przecież „Inner Urge” i „Mode For Joe”. Z Hendersonem miałem dość długo pod górkę. Odstraszyła mnie radiowa „Trójka”, o którą niedawno kruszyliśmy kopie. W latach 90. często pojawiały się jego nagrania. Przede wszystkim nowości płytowe. Był to dość konserwatywny „środkowy” jazz. W mniemaniu, że nie są to moje klimaty utwierdził mnie jego klasyk „Multiple” (1973). Czytając archiwalne numery czasopism jazzowych doszedłem do wniosku, że jednak warto dalej eksplorować jego płyty z lat 70. Okazało się, że jest to słuszna decyzja. Płyty nagrane w latach 1969-1975 są ze wszech miar godne uwagi. Chronologicznie pierwsza - „Power To The People” (1970) - wyborny przykład nowoczesnego post-bopu z elementami ówczesnych nowinek. Inne oblicze ukazał Henderson na „Black Is The Color” (1972). Tyleż frapujące, co zaskakujące. Przepyszny ekstrakt mainstreamu, free i eksperymentalnej elektroniki. Zbliżone rejony eksplorował na „Black Narcissus” (1977, nagrany w latach 1974-1975). Nieco inna bajka to „The Elements” (1974), który wpisuje się w estetykę spiritual jazzu, wzbogaconą o elementy psychodelii i fusion. Ciekawe są również nieco bardziej zachowawcze „In Pursuit Of Blackness” (1971) i „Canyon Lady” (1975).
OdpowiedzUsuń