[Recenzja] Death - "Individual Thought Patterns" (1993)

Death - Individual Thought Patterns


Cykl "Ciężkie poniedziałki" S02E09

"Individual Thought Patterns" to czterdzieści minut niemal nieustannego metalowego łomotu. Zresztą właśnie tu Death osiągnął apogeum brutalności. To najbardziej agresywna płyta zespołu, na co wpływ miała narastająca wściekłość Chucka Schuldinera: na (ponoć) mijające się z prawdą artykuły prasowe na jego temat, na byłych współpracowników, którzy publicznie zarzucali mu bycie apodyktycznym liderem, a także na przemysł fonograficzny, przez który czuł się wyzyskiwany. Doszedł do tego jeszcze poważny konflikt z menadżerem, niemal przeniesiony na salę sądową. "Individual Thought Patterns" posłużył Schuldinerowi do rozładowania tego skumulowanego wkurwu, zarówno na poziomie tekstów, jak i wyjątkowo, nawet jak na Death, intensywnego oraz zjadliwego wykonania.

Jednocześnie jest to jednak metal w najbardziej inteligentnym i artystycznym wydaniu. Przy czym te artystyczne ambicje nie polegają tu bynajmniej na rozciąganiu utworów w nieskończoność i przeplataniu ciężaru pseudo-progowym smęceniem. Żaden z utworów nie przekracza długości pięciu minut, ale w każdym z nich dzieje się więcej, niż u innych grup przez cały album. Zmian motywów czy tempa w obrębie dowolnego kawałka jest mnóstwo, ale są dobrze przemyślane - nagrania wciąż są bardzo zwarte i zachowana zostaje konsekwencja. Właściwie tylko wstęp "Destiny" z czystym brzmieniem gitar oraz podniosłe klawisze w intrze "Out of Touch", przełamują ten jadowity charakter albumu.


No dobrze, jeszcze niektóre z solówek Andy'ego LaRocque - gitarzysty pożyczonego z grupy King Diamond - wnoszą na płytę trochę melodyjności. Co ciekawe, wszystkie jego partie zostały zaimprowizowane w studiu bez większych przygotowań. Muzyk nawet nie znał wcześniej pełnych kompozycji, a jedynie fragmenty, do których miał się dograć. Pomimo tego jego popisy stanowią w pełni integralną część każdego z utworów. Trochę szkoda, że Schuldiner potraktował LaRocque jak muzyka sesyjnego, mającego jedynie wypełnić przestrzeń w wyznaczonych miejscach, bo większy wkład mógłby być naprawdę ciekawy.

Jednak największym bohaterem "Individual Thought Patterns", większym nawet od lidera, jest dla mnie powracający do składu po krótkiej przerwie Steve Di Giorgio, który zagrał tu jedne z najlepszych partii basu w historii metalu. Gra w złożony, dość techniczny ale wyrafinowany sposób. Jego instrument wydaje się przy tym mocno wyemancypowany, momentami jakby niezależny od gry pozostałych muzyków, a przy tym idealnie z nią się zazębiający. Coś takiego normą jest w jazzie, ale w metalu stanowi prawdziwy ewenement. Naprawdę świetny był też pomysł, by DiGiorgio zagrał na basie bezprogowym. Dzięki temu album ma nie tylko jedne z najlepszych partii basu, ale też jedne z najciekawiej brzmiących w całym metalu.


Dla porządku należy dodać, że ówczesnego składu Death - bardziej już solowego projektu Schuldinera niż prawdziwego zespołu - dopełnił Gene Hoglan, wcześniej bębniarz w thrashowym Dark Angel. Jego gra doskonale dopełnia się z riffami lidera. Współpraca układała im się na tyle dobrze, że Chuck postanowił zatrzymać perkusistę przy sobie na jeszcze jeden album.

"Individual Thought Patterns" bardzo udanie rozwija to, co tak swietnie udało się już na "Human", czyli połączenie deathmetalowej brutalności z naprawdę niegłupimi kompozycjami oraz ponadprzeciętnym wykonaniem. Tym razem jest jeszcze bardziej intensywnie, jeszcze brutalniej, ale jednocześnie muzyka Death osiągnęła wyższy poziom skomplikowania, a wręcz nabrała pewnej finezji, którą najłatwiej usłyszeć w partiach basu. Całość jest przy tym cholernie równa, bez słabszych momentów, choć także bez fragmentów wyraźnie wybijających się ponad pozostałe.
 
Ocena: 8/10



Death - "Individual Thought Patterns" (1993)

1. Overactive Imagination; 2. In Human Form; 3. Jealousy; 4. Trapped in a Corner; 5. Nothing Is Everything; 6. Mentally Blind; 7. Individual Thought Patterns; 8. Destiny; 9. Out of Touch; 10. The Philosopher

Skład: Chuck Schuldiner - wokal i gitara; Andy LaRocque - gitara; Steve Di Giorgio - gitara basowa; Gene Hoglan - perkusja
Producent: Scott Burns i Chuck Schuldiner


Komentarze

  1. Tu prawda. Cała płyta robi robotę lepiej, niż Human. Bardziej wyrazista. A co sądzisz o uważanym za pioniera death metalu albumie Possesed ,,Seven Churches'' ? Ja osobiście uważam, że wadą kompozycji na tej płycie jest fakt oklepanej tematyki diabołka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam zdania na ten temat.

      Usuń
    2. Dark Angel - ich drugi album Darkness Descends to dokładnie Reign in Blood do potęgi drugiej i to wcale nie epigon bo płyta wydana w tym samym roku, A co do Possessed to zarówno Reign in Blood, Darkness Descends i wczesne płyty Death to wariacje na temat Seven Churches.

      Usuń
  2. Tu się zaczyna najlepszy Death, Human ma jeszcze zbyt przejściowy charakter. Świetna płyta

    OdpowiedzUsuń
  3. A propo drugiego akapitu, co sądzisz o nowym albumie Opeth? Pojawi się recenzja?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym akapicie faktycznie początkowo miałem wspomnieć o Opeth, ale uznałem, że to słabe, by dowodzić jakości jakiejś płyty przez porównywanie jej z czymś gorszym. Ale i bez tego od razu odgadłeś, kogo miałem na myśli. A nowa płyta… Cóż, takie samo nudziarstwo, jak zawsze, tylko konformistycznie przywrócili growle, dzięki czemu album z automatu zdobywa dobre oceny. A problemem Szwedów nigdy nie był brak czy obecność growli, tylko utwory przypominające zlepek różnych kompozycji, brak energii (nawet - czy też przede wszystkim - w tych cięższych momentach) i jakiejkolwiek dramaturgii (w sensie, że poszczególne fragmenty są bardzo jednostajne, bez budowania napięcia przed kolejnymi przejściami). Na "The Last Will and Testament" to wszystko wciąż doskwiera.

      Usuń
  4. Jeśli wziąłeś się za te ambitniejsze płyty Death to proponuję przesłuchać a może i strzelić recenzje na holenderską odpowiedź na Human i Patterns czyli zespół Pestilence i ich czwartą płytę Spheres. Pierwsza płyta zespołu to był jeszcze death/thrash. Druga Consuming Impulse jak wtedy mówiono to była europejską odpowiedz na Leprosy i jakość była taka sama. Kolejna Testimony of The Ancients to zmiana wokalisty i bardziej techniczne granie do tego bardzo klimatyczne no a potem już poszli po bandzie. Nagrali Spheres i lider Patrick Mameli po latach stwierdził że zrobił błąd że nie nagrał tej płyty pod innym szyldem bo była tak pokręcona a przy tym nie pretensjonalna i co dziwne instrumentalnie nie wirtuozerska i nie popisowa że zespół się wtedy rozpadł. Spheres po latach stała się kultem ale 35 lat temu była niezrozumiana i wyprzedziła swoją epokę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopisze jeszcze coś. Wokalista Atheist który narzeka na wszystko i nie lubi Mameliego nie zgadza się z tym że Spheres stawia się obok Death Atheist i Cynic bo jak twierdzi z tych trzech bucha wirtuozeria i ma rację bo Spheres instrumentalnie jest prosto ale w ogólnym zamyśle muzycznym Spheres wchodzi o wiele trudniej niż Atheist i Death mimo że nie ma tysięcy solówek....

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)