[Recenzja] Blood Incantation - "Absolute Elsewhere" (2024)

Blood Incantation - Absolute Elsewhere


Z "Absolute Elsewhere" jest trochę jak z "Joker: Folie à deux". Filmem, który sprzedaje się kiepsko i zdobywa fatalne oceny nie dlatego, że jest obrazem kiepskim, ale obrazem kompletnie innym niż chcieliby otrzymać miłośnicy przewidywalnego kina superbohaterskiego czy nawet wielbiciele pierwszej części, odchodzącej od komiksowej sztampy na rzecz inspiracji dramatami Scorsesego. Najnowszy album Blood Incantation akurat oceniany jest na ogół bardzo pozytywnie, ale również może odrzucić ortodoksów, dla których nie do zaakceptowania są jakiekolwiek zmiany stylu i sięganie po inspiracje bardzo odległe od spodziewanego gatunku.

Poprzednie dwie płyty Blood Incantation nie odchodziły daleko od estetyki ekstremalnego metalu. Tym razem też z początku wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Okładka "Absolute Elsewhere", z nieczytelnym logo i grafiką wpisującą się w gatunkowe klisze, nie zapowiada żadnych zmian. Być może niektórym słuchaczom tytuł skojarzy się z efemeryczną grupą Billa Bruforda z połowy lat 70., ale na tym etapie można to jeszcze wziąć za przypadkową zbieżność, którą - jak wynika z materiałów prasowych - wcale nie jest. Tym, co nie znają, należy się wyjaśnienie, że Absolute Elsewhere na swoim jedynym albumie "In Search of Ancient Gods" z 1976 roku zaproponował muzykę na pograniczu progresywnego rocka i progresywnej elektroniki. Nie ma w tym jednak przypadku, że mimo udziału Bruforda grupa nie zdobyła większej popularności. Muzycy niezbyt dobrze odnajdują się w takim graniu, nie mają na nie żadnego oryginalnego pomysłu, a kompozycje są jedynie pretekstowe.


Inaczej sprawa ma się z "Absolute Elsewhere" Blood Incantation, pokazującym całkiem odświeżające podejście do metalu. Już sama struktura albumu kojarzy się raczej z progiem: to tylko dwa utwory, składające się z trzech segmentów każdy. Początek pierwszego z nich "The Stargate", pomijając samo intro z syczącym syntezatorem, może nieco uspokoić ortodoksów, bo to czysto deathowe napieprzanie, z growlem, brutalnymi riffami i perkusyjnym łomotem. Po ledwie dwóch minutach następuje jednak instrumentalne zwolnienie, z czystym brzmieniem gitar, mniej gęstą pracą bębniarza oraz melodyjnymi partiami oldskulowego syntezatora, ustępującymi potem gilmourowskiej solówce, po której zespół wraca do deathowego wygrzewu. Jeszcze bardziej zaskakuje środkowy segment "The Stargate", bo to już niemal w całości coś w rodzaju hołdu dla Tangerine Dream. Na klawiszach - w tym na melotronie - zagrał tu zresztą Thorsten Quaeschning z obecnego składu tamtej grupy. Dopiero w samej końcówce następuje agresywne zaostrzenie, płynnie przechodzące w trzeci segment, najbardziej brutalny, ale z znów klimatycznymi zwolnieniami, a nawet wejściami czystego śpiewu.

Równie zróżnicowanym utworem jest "The Message". Tu akurat pierwszy segment utrzymany jest w stricte metalowym stylu, przeplatając jednak deathową brutalność z bardziej melodyjnym graniem. Pojawiają się jedne z najbardziej miażdżących riffów na płycie, za to gitarowa solówka dodaje nieco subtelności. W środkowym segmencie wracają syntezatory i czysty śpiew, a po półtorej minuty utwór znacznie łagodnieje, imitując stylistykę Pink Floyd z okresu "Dark Side of the Moon" i "Wish You Were Here" - partie wokalne i gitarowe to niemal David Gilmour, a całość zatopiono w bardzo klasycznym brzmieniu organów. W ostatnim segmencie muzycy podkręcają tempo, a także przywracają ciężar i agresję. Nie zabrakło jednak wolniejszych momentów, przywołujących skojarzenia z latami 70. - ten zaczynający się w trzeciej minucie to najładniejszy pod względem melodii oraz klimatu fragment płyty, w dodatku niebudzący aż tak oczywistych skojarzeń z żadnym konkretnym wykonawcą.


O ile sam pomysł na "Absolute Elsewhere" jest bardzo ciekawy, to mam pewne zastrzeżenia do tego, jak go zrealizowano. Przede wszystkim brakuje mi tu tego, by elementy metalowe i inspiracje prog-rockiem czy progresywną elektroniką faktycznie się tu ze sobą miksowały. Zamiast syntezy jest przeplatanie się jednego z drugim. Trochę jak u Opeth, choć z lepszym skutkiem, bo nie jest to tak statyczne i anemiczne granie, a spokojniejsze fragmenty faktycznie udanie przywołują brzmienie oraz klimat lat 70. z okolic Tangerine Dream czy Pink Floyd. Mimo wszystko doceniam odwagę Blood Incantation, jaką było nagranie płyty tak bardzo wbrew oczekiwaniom dotychczasowych słuchaczy. Poza tym zespół bardzo sprawnie odnajduje się w każdym stylu, po jaki tu sięga.

Ocena: 7/10

Nominacja do płyt roku 2024



Blood Incantation - "Absolute Elsewhere" (2024)

1. The Stargate [Tablet I]; 2. The Stargate [Tablet II]; 3. The Stargate [Tablet III]; 4. The Message [Tablet I]; 5. The Message [Tablet II]; 6. The Message [Tablet III]

Skład: Paul Riedl - wokal, gitara, syntezator, melotron; Morris Kolontyrsky - gitara, syntezator; Jeff Barrett - gitara basowa, syntezator; Isaac Faulk - perkusja i instr. perkusyjne, gitara, melotron
Gościnnie: Nicklas Malmqvist - instr. klawiszowe; Thorsten Quaeschning - instr. klawiszowe (2), programowanie (2); Mors Dalos Ra - wokal (3-5)
Producent: Arthur Rizk


Komentarze

  1. Niedawno słuchałem tej płyty. Naprawę bardzo dobra. Death nie będzie raczej jakąś szczególnie przeze mnie lubianą formą metalu, ale w tak bogatym kompozycyjnie wydaniu prezentuje się fajnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Biorąc pod uwagę pierwsze zdanie w recenzji, czy będą jakaś nowa top lista filmów w tym roku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z kinem nie jestem tak na bieżąco, jak z muzyką - za mało oglądam, żeby robić podsumowania rocznikowe. Co nie znaczy, że żadnych filmowych przeglądów nie będzie w przyszłości.

      Usuń
  3. "może odrzucić ortodoksów, dla których nie do zaakceptowania są jakiekolwiek zmiany stylu i sięganie po inspiracje bardzo odległe od spodziewanego gatunku" Ortodoksi BI raczej nie słuchają, bo odsiały ich poprzednie ambientowe odjazdy, natomiast mało entuzjastyczne reakcje ze strony nie-ortodoksów wynikają raczej z faktu, że oczekiwania były spore, a finalnie ani ich death metal, ani te loty progresywne na tym albumie nie są jakieś porażające, zaś ich integracji - jak zauważyłeś - w zasadzie brak. Swoja drogą: czekam na recenzje płyt współczesnych bandów metalowych, które faktycznie swoje poszukiwania z metalem integrują i wychodzi im to ciekawie, tzn. jest to naprawdę progresywna muzyka, a nie tylko nawiązująca do stylistyki nazywanej "progiem". Same nasuwają się nazwy Imperial Triumphant (coverowali np. davisowe "Nefertiti") i przede wszystkim Deathspell Omega :)

    "Poprzednie dwie płyty Blood Incantation nie odchodziły daleko od estetyki ekstremalnego metalu. " Poprzednia płyta BI zawierała akurat ambient :)

    "Mimo wszystko doceniam odwagę Blood Incantation, jaką było nagranie płyty tak bardzo wbrew oczekiwaniom dotychczasowych słuchaczy. "

    Ja bym powiedział, że dotychczasowi słuchacze BI raczej wiedzieli, że będzie kombinowane, zaskoczeni mogli być natomiast słuchacze death metalu, którzy BI słabo kojarzą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Poprzednie dwie płyty Blood Incantation nie odchodziły daleko od estetyki ekstremalnego metalu. " Poprzednia płyta BI zawierała akurat ambient :)

      Tak, w sumie jakieś 5 minut rozproszone w różnych kawałkach w postaci intra czy zwolnienia, co zdarzało.się w metalu wcześniej, nawet tym ekstremalnym. Dlatego napisałem, że te poprzednie płyty nie odchodziły daleko, a nie że nie odchodziły wcale ;)

      Same nasuwają się nazwy Imperial Triumphant (coverowali np. davisowe "Nefertiti") i przede wszystkim Deathspell Omega :)

      Chyba nigdy nie słuchałem Triumphant, ale zaciekawiłeś mnie tym "Nefertiti".

      Usuń
    2. "Tak, w sumie jakieś 5 minut rozproszone w różnych kawałkach w postaci intra czy zwolnienia, co zdarzało.się w metalu wcześniej, nawet tym ekstremalnym." Chyba nie mówimy o tym samym. Poprzednia płyta BI, Timewave Zero z 2022, to bite 40 minut ambientu :) W wersji poszerzonej o "Chronophagię" - ponad godzina.

      Usuń
    3. To akurat jest kwalifikowane jako EP-ka, więc w zamyśle i de facto poboczne wydawnictwo. Chodziło mi akurat stricte o albumy.

      Usuń
    4. Cóż, płyta jest płyta, nazywanie tego EP-ką jest czysto umowne i nawet (moim zdaniem) dość osobliwe, biorąc pod uwagę, że trwa to dłużej, niż którykolwiek z ich "dużych" albumów, a w wersji poszerzonej niemal tyle samo, co oba razem wzięte ;) Imperial Triumphant serdecznie polecam, najlepiej od wysokości "Alphaville". Nie jest to granie doskonałe, ale na pewno ambitne i bardzo ciekawe.

      Usuń
    5. Od wielu już lat na rozróżnienie albumów od EP-ek wpływa nie długość, a wola twórcy. Powstaje niepotrzebny chaos, ale jeśli muzycy zdecydowali się 40-minutowe wydawnictwo określić EP-ką, to widocznie nie chcą, by traktować je na równi z albumami.

      Postaram się sprawdzić tę propozycję.

      Usuń
    6. Ale fajnie, że trwają dyskusje o tym albumie - to pokazuje, jednak, jego siłę. Patrzyłem na OLIS w na przełomie października i listopada'24 i ta płyta była chyba na 16 miejscu w rankingu sprzedaży płyt winylowych w Polsce, to też coś nam mówi. Knock Out chyba dwa razy domawiał winyle i CD, bo wszystko wymiotło. Koncert z NIEBA przeniesiony do PROGRESJI. Trzeba się bardzo starać, by zignorować poruszenie dotyczące tej płyty. Do zobaczenia na koncercie.

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)