[Recenzja] The Cure - "Disintegration" (1989)

The Cure - Disintegration


Są albumy, których najchętniej słucham w określonych warunkach, np. podczas konkretnego okresu w roku. Taką płytą jest na pewno "Disintegration" The Cure, który ze swoim chłodnym, ponurym klimatem idealnie pasuje do bardziej zaawansowanej jesieni. Wydawnictwo, które okazało się największym komercyjnym sukcesem zespołu w dotychczasowej karierze, sprawia wrażenie, jakby muzycy celowo chcieli zostać wykluczeni z mainstreamu. Co zresztą nie jest dalekie od prawdy. Robert Smith czuł się coraz bardziej zmęczony sławą zdobytą dzięki tej bardziej pogodnej muzyce, jaką grupa prezentowała po swoim powrocie w połowie dekady. Jednocześnie czuł się zdołowany, że zbliża się do trzydziestych urodzin, a w przeciwieństwie do swoich idoli, wciąż nie nagrał prawdziwego arcydzieła. Stąd powrót do bardzo pesymistycznych, wręcz depresyjnych tekstów oraz odpowiednio dopasowanej muzyki - choć tym razem przepełnionej raczej melancholią niż dołującym mrokiem "Pornography". Smith czuł także, że jeśli ma to być jego opus magnum, musi przejąć całkowitą kontrolę nad The Cure. Był to zwrot o sto osiemdziesiąt stopni względem wydanego zaledwie dwa lata wcześniej, najbardziej zespołowego "Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me".

Swoje autorytarne zapędy Smith pokazał już na samym początku prac nad "Disintegration", kiedy zapowiedział, że jeśli pozostali muzycy nie będą chcieli realizować jego pomysłów, to nagra płytę bez nich i wyda ją pod własnym nazwiskiem. Sesja trwała od listopada 1988 roku do lutego, a odbywała się w należącym wówczas do Davida Gilmoura Hook End Recording Studio, mieszczącym się w XVI-wiecznej posiadłości na angielskiej wsi. Zespół pracował nad ponad trzydziestoma utworami, z których dwanaście wyselekcjonowano na album (dziesięć w wersji winylowej). Podczas nagrań praktycznie nie udzielał się Lol Tolhurst - grający w zespole od samego początku, najpierw na bębnach, później na klawiszach - którego problemy z alkoholem stawały się coraz większym problemem dla zespołu. Już na trasie promującej poprzedni longplay okazało się konieczne zatrudnienie dodatkowego klawiszowca Rogera O'Donnela. Tolhurst został natomiast ze składu wyrzucony w trakcie sesji "Disintegration", według niektórych źródeł nawet przed rozpoczęciem nagrań, choć jego nazwisko pojawia się na okładce zarówno jako współtwórcy wszystkich kompozycji - wbrew dyktatorskiemu podejściu Smitha, podpisano je demokratycznie nazwiskami całego składu - jak i odpowiedzialnego za grę na innych instrumentach. Tych nieobecnych na płycie. Wprawdzie sam Tolhurst podkreślał swój rzekomy wkład w ten album, jednak pozostali muzycy dementowali te słowa. Najbardziej wyrozumiały okazał się O'Donnel, twierdząc, że Lol miał pewien udział w opracowywaniu "Homesick".


"Disintegration" to bardzo długi album - przy sześciu mniej utworach w porównaniu z "Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me", jest niespełna trzy minuty krótszy od swojego poprzednika, zbliżając się do 72 minut. Wynika to z charakterystycznych dla tego albumu, rozbudowanych wstępów, które potrafią trwać nawet pół utworu, sprawiając wrażenie, jakby zespół najpierw grał te kompozycje w wersji instrumentalnej, a potem jeszcze raz, z wokalem. Z czasem staje się to nieco męczące i tak naprawdę nieco sztucznie rozciąga ten album, nadając mu monumentalizmu, ale nie treści. W przypadku poszczególnych utworów ten zabieg sprawdza się naprawdę dobrze. Najlepszym tego przykładem okazuje się już otwierający płytę "Plainsong", gdzie długie intro buduje przepiękny, dreampopowy klimat. Na początku słychać jedynie delikatne perkusjonalia, a potem wyłaniają się przestrzenne, słodko-gorzkie klawisze, z dość stonowaną sekcją rytmiczną, do czego z czasem dołącza melodyjna partia gitary i - dopiero w drugiej połowie nagrania - melancholijny śpiew Smitha. Pod względem nastroju, brzmienia czy budowania napięcia może to być najlepsze nagranie w całym dorobku The Cure. Za to już drugi na płycie "Pictures od You" - mimo że posiada jeden z najkrótszych tu wstępów w stosunku do całkowitej długości - wydaje się zbyt rozwleczony, zwłaszcza że to bardziej konwencjonalna piosenka, nieimponująca atmosferą, choć o przyjemnej melodii i wciąż ciekawa brzmieniowo. Optymalną wersją jest jednak bardziej treściwy miks singlowy.

Dwa pozostałe single to już także w wersjach albumowych bardziej zwarte piosenki, zresztą najkrótsze na całej płycie. Najbardziej chwytliwy, choć przesiąknięty smutkiem "Lovesong" równie dobrze pasowałby na poprzedni lub jeszcze wcześniejszy album. Wolniejszy "Lullaby" w sumie też nie odchodzi daleko od tego nastawionego radiowo wcielenia grupy. Oba to fajne kawałki, jednak niezbyt reprezentacyjne dla całości. Na singlu, ale tylko w Stanach, wyszedł także "Fascination Street" - najbardziej intensywny na tym albumie utwór, także najcięższy, z mocno wypuklonym basem, ostrzejszymi gitarami i histeryczno-krzykliwym wokalem, ale zarazem będący jednym z najbardziej emocjonalnych fragmentów płyty, z idealnie tu pasującym, pesymistycznym klimatem. Choć pod tymi dwoma względami jeszcze lepsze są dwa najdłuższe nagrania - ponad dziesięciominutowy "The Same Deep Water as You", utrzymany w subtelnym, bardzo ładnym, ale wciąż smutnym nastroju, a także krótszy o minutę utwór tytułowy, bardziej żwawy, dość chwytliwy, choć pełen desperacji. Świetny klimat mają też "Last Dance" oraz "Homesick", które nie wiedzieć czemu pominięto na winylu. Pasują tu bardziej niż niektóre z singli czy optymistyczny finał, "Untitled" - kolejna bardzo zgrabna piosenka, tylko jakby nie z tej samej sesji.


"Disintegration" nie jest arcydziełem, które Robert Smith tak pragnął stworzyć. Nie nazwałbym go nawet najlepszym albumem The Cure, zostawiając ten tytuł dla bardziej zwartego oraz konsekwentnego "Pornography". "Disintegration" jest płytą stanowczo za długą - część utworów dobrze byłoby skrócić, nad obecnością paru innych można by się poważnie zastanowić, choć nie tyle ze względu na ich jakość, co nieco odmienny charakter, zaburzający klimat dość konsekwentnie budowany w pozostałych. Mam też zastrzeżenia do perkusji, która często jest toporna i za głośna w miksie, nie pasując do nastroju. Wciąż jednak jest to zbiór jednych z najbardziej chwytliwych, a przede wszystkim najlepiej zaaranżowanych i najciekawiej wyprodukowanych utworów w dorobku The Cure. Mimo pewnych zastrzeżeń, lubię do niego wracać o tej porze roku.

Ocena: 8/10



The Cure - "Disintegration" (1989)

1. Plainsong; 2. Pictures of You; 3. Closedown; 4. Lovesong; 5. Last Dance*; 6. Lullaby; 7. Fascination Street; 8. Prayers for Rain; 9. The Same Deep Water as You; 10. Disintegration; 11. Homesick*; 12. Untitled

*poza winylowymi edycjami sprzed 2010 roku

Skład: Robert Smith -wokal, gitara, gitara basowa, instr. klawiszowe; Roger O'Donnel - instr. klawiszowe; Porl Thompson - gitara; Simon Gallup - gitara basowa, instr. klawiszowe; Boris Williams - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: David M. Allen i Robert Smith


Komentarze

  1. Kwestia odbioru, dla mnie "Untitled" to jedna z najsmutniejszych kompozycji na tej płycie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny zespół, bardzo klimatyczny. Pytanie z innej beczki - czy planuje Pan recenzje płyt Oddziału Zamkniętego?

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajna recenzja. Świetna płyta.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo dobra płyta, to chyba po tym krążku stali się tak "popularni". Gdyby nie te troszkę męczące utwory na końcu, to byłaby to ich najlepsza płyta, a tak jest u mnie na podium za Pornography i Faith. W następnych latach nie udało im się już nagrać tak dobrego materiału.

    OdpowiedzUsuń
  5. Z perkusja faktycznie jest problem. Np do dziś nie rozumiem, dlaczego w trakcie produkcji oryginalną "stopę" graną przez Williama zastapiono samplem - w każdym kawałku. Ale - dla mnie to i tak najlepsza płyta Cure i wspaniała pamiątka lata '89roku :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Venom - "Black Metal" (1982)

[Recenzja] Can - "Live in Paris 1973" (2024)

[Recenzja] Fire! - "Testament" (2024)

[Recenzja] Shuggie Otis - "Inspiration Information" (1974)

[Recenzja] Julia Holter - "Loud City Song" (2013)