3 kwietnia 2018

[Recenzja] Herbie Hancock - "Head Hunters" (1973)



W Mwandishi Herbie Hancock mógł się wyszaleć artystycznie, jednak granie tak eksperymentalnej muzyki nie przynosiło korzyści finansowych i komercyjnych. O ile jemu samemu niespecjalnie to przeszkadzało - zarabiał sporo na tantiemach za swój wczesny przebój "Watermelon Man" - tak dla pozostałych muzyków było to coraz bardziej frustrujące. Wkrótce po wydaniu "Sextant" zapadła decyzja o rozwiązaniu zespołu. Niedługo potem Herbie zmontował nową grupę, która przybrała nazwę Head Hunters. Ze składu Mwandishi trafił do niej tylko Bennie Maupin. Nowymi muzykami zostali natomiast basista Paul Jackson, perkusista Harvey Mason, oraz perkusjonista Bill Summers.

We wrześniu 1973 muzycy zarejestrowali materiał na album, który nazwano po prostu "Head Hunters". Zawarta na nim muzyka znacząco odbiega od tego, co Herbie tworzył z Mwandishi. To już nie eksperymentalne wariacje na temat "In a Silent Way" i "Bitches Brew", a wyraźny zwrot w kierunku mainstreamu. Hancock dał wyraz swojego uwielbienia dla muzyki funkowej - podobnie jak Miles Davis, był w tamtym czasie pod wrażeniem twórczości Sly and the Family Stone. Klawiszowiec nawiązał do niej jednak bardziej dosłownie. W rezultacie uproszczeniu uległa warstwa rytmiczna, a dominujące nad całością syntezatory nie brzmią już tak intrygująco, jak na "Sextant" - zamiast tego zbliżają się nieco do dyskotekowego kiczu (choć na albumie wykorzystane zostały także klawinet i elektryczne pianino). "Head Hunters" to jednak wciąż granie niepozbawione pewnych artystycznych ambicji, co przejawia się pod postacią zwykle rozbudowanych i nieoczywistych struktur utworów.

Już na otwarcie pojawia się ponad 15-minutowy "Chameleon". Utwór doskonale pokazuje, że także na prostszym, wręcz tanecznym podkładzie rytmicznym można zaprezentować porywające i interesujące solówki. To dowód na to, że można zarazem grać ambitnie i prosto (dało się nawet wykroić z tego nagrania niespełna trzyminutowy singiel). Podobny charakter ma niewiele krótszy "Sly" (zadedykowany wiadomo komu), w którym chyba jeszcze ciekawiej wypada improwizacyjna interakcja muzyków. Zaskakującą zmianę klimatu przynosi natomiast finałowy "Vein Melter", w którym zespół postawił na budowanie subtelnego nastroju, zamiast funkowej przebojowości. A skoro mowa o hitach, to zupełnie nie przekonuje mnie nowa wersja "Watermelon Man" - w przeciwieństwie do oryginału, mocno ocierająca się o banał i kicz. Niektóre partie saksofonu i syntezatora brzmią niczym soundtrack do ówczesnego filmu porno. Podoba mi się jedynie mocna gra sekcji rytmicznej.

"Head Hunters" osiągnął niewiarygodny sukces komercyjny. Do dziś pozostaje drugim - po "Kind of Blue" - najlepiej sprzedającym się albumem w historii jazzu (choć można polemizować, czy to jeszcze jazz). Popularność longplaya wkurzyła Davisa, który rok wcześniej próbował dotrzeć do tej samej publiczności albumem "On the Corner". Jego wersja funku była jednak dużo bardziej eksperymentalna i awangardowa, podczas gdy Herbie postawił na przystępność. "Head Hunters" na pewno nie jest dziełem wybitnym, ale doskonale się sprawdza jako imprezowa, lecz nie odmóżdżająca muzyka.

Ocena: 8/10



Herbie Hancock - "Head Hunters" (1973)

1. Chameleon; 2. Watermelon Man; 3. Sly; 4. Vein Melter

Skład: Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Bennie Maupin - saksofon, saxello, klarnet basowy, flet; Paul Jackson - bass, marimbula; Harvey Mason - perkusja; Bill Summers - instr. perkusyjne
Producent: Herbie Hancock i David Rubinson


7 komentarzy:

  1. Jak brzmiały ówczesne soundtracki do filmów porno?? Były oparte na Jazzie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolega mówił, że na funku, takim bardziej syntetycznym.

      Usuń
  2. A to nie można bezkrytycznie słuchać kolegi, trzeba samemu posłuchać i pooglądać, by nie palnąć w recenzji głupotki.

    Jeżeli chciałbyś jeszcze ponurkowac w świecie starego, dobrego rocka, to wejdź na blog niejakiego murodeclassicrock (to chyba Brazylijczyk) ma tam sporo zespołów których tu jeszcze nie opisałeś, niektóre nawet powrzucał w mp3. Np cały Davis tam jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nie muszę tłumaczyć takich oczywistości, że "kolega" jest memem, a porównanie z recenzji ma tylko podkreślić banalny charakter tego utworu? ;)

      A bloga znam. Bywa pomocny, gdy chcę poznać jakiś trudno dostępny album, którego nie ma nawet na YouTube.

      Usuń
  3. No to już jest, jak na jazz, całkiem przystępne - takie miałem wrażenie przynajmniej. Choć w sumie naprawdę dużo jest tu wpływu funku. "Chameleon" faktycznie bardzo chwyta swoimi różnorodnymi motywami. "Watermelon..." trochę mniej.
    A tak w ogóle to łatwiej nagrać dobrą płytę jak tylko 4 kawałki się na niej mieszczą. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sądzę, że ni jest łatwo grać długie utwory, które nie nudzą ;)

      Usuń
  4. Jak dla mnie ocena 10/10 tak samo jak późniejsza płyta live z Japonii z 75(gdzie zespół był niezwykle popularny).
    Headhunters(razem z Weather Report)najlepiej łączy muzyke jazz i funk.Watermelon man -uwielbiam,można poczuc się w dżungli,Chameleon -jeden z najważniejszych utworów muzyki elektronicznej wogóle(na równi z Kraftwerk).

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.