5 kwietnia 2018

[Recenzja] Rage Against the Machine - "Evil Empire" (1996)



Aż cztery lata muzycy Rage Against the Machine kazali czekać na następcę swojego kultowego debiutu. Słuchając "Evil Empire" można jednak odnieść wrażenie, że pomiędzy obiema sesjami nagraniowymi minęło co najwyżej kilka tygodni. Trudno się dziwić muzykom, że postawili na sprawdzone patenty - autorska mieszanka metalu, rapu i funku przyniosła im przecież ogromny sukces. A dzięki rzeszy naśladowców, tego typu granie zyskiwało coraz większą popularność. Drugi album zespołu był zatem skazany na sukces - i faktycznie, w chwili wydania sprzedawał się jeszcze lepiej od debiutu (choć do dziś nie wyprzedził go w ilości sprzedanych egzemplarzy i raczej nie ma na to żadnej szansy).

"Evil Empire" nie jest jednak dokładną kopią debiutu. Różnicę słychać przede wszystkim w grze Toma Morello, który tutaj jeszcze bardziej udziwnia swoje partie, praktycznie rezygnując z tradycyjnych solówek. Te wszystkie zgrzyty, piski i sprzężenia na dłuższą metę stają się męczące, lecz czasem efekt jest naprawdę niezły. Szczególnie wtedy, gdy dodają niemal psychodelicznego klimatu, jak w "Revolver". Nie sposób przeoczyć prób urozmaicenia materiału: "Tire Me" wyróżnia się punkowym charakterem, w "Without a Face" i "Roll Right" wpływy hiphopowe zdają się przenikać także do warstwy instrumentalnej, zaś "Year of tha Boomerang" zaskakuje nietypowym metrum. Szkoda tylko, że te wszystkie eksperymenty są tak zachowawcze. Stwarzają jedynie iluzję różnorodności, podczas gdy album tak naprawdę jest bardzo jednorodny. Przede wszystkim brakuje tu jednak dobrych kompozycji. Czegoś na poziomie tych energicznych kawałków z zapamiętywanymi riffami i bujającą sekcją rytmiczną, jakie dominowały na debiucie. Ponad średnią wyróżniają się tylko utwory "Vietnow", wspomniany "Year of tha Boomerang" oraz przede wszystkim świetny instrumentalnie "Down Rodeo".

"Evil Empire" pozostawia mieszane odczucia, wśród których przeważa jednak rozczarowanie. Album jest ewidentną kontynuacją debiutu, niestety słabszą od pierwowzoru. Pozbawioną jego świeżości, mniej udaną pod względem kompozytorskim, niepotrzebnie udziwnioną, a zarazem zbyt zachowawczą w próbach wyjścia ze schematu. Zespół miał na ten materiał jakiś pomysł, ale podczas jego realizacji zatrzymał się nawet nie w połowie drogi, a na samym jej początku.

Ocena: 6/10



Rage Against the Machine - "Evil Empire" (1996)

1. People of the Sun; 2. Bulls on Parade; 3. Vietnow; 4. Revolver; 5. Snakecharmer; 6. Tire Me; 7. Down Rodeo; 8. Without a Face; 9. Wind Below; 10. Roll Right; 11. Year of tha Boomerang

Skład: Zack de la Rocha - wokal; Tom Morello - gitara; Tim Commerford - bass; Brad Wilk - perkusja
Producent: Brendan O'Brien, Rage Against the Machine


9 komentarzy:

  1. Nooo....... Serce się raduje, że nie oceniłeś tego tak wysoko jak debiutu, chociaż w obydwu przypadkach obciąłbym 2 oczka (debiut) albo nawet 4 (to). W sumie nie chce mi się pisać nic nowego na temat tego albumu, więc przytoczę fragmenty recenzji, z pewnego nieistniejącego już bloga, zatytułowanej "Kał przeciwko maszynie" (co jak dla mnie dużo mówi o tej płycie)

    "Zack De La Rocha mimo, że starszy o kilka lat dalej może się poszczycić bardzo szczenięcym wokalem (...)
    Morello (...) stara się jak najbardziej udziwnić swoją grę, gdyż w wielu utworach gitara brzmi jakby ktoś zbierał złom i uwieczniał dźwięki swojej pracy na taśmie (...) Przeraźliwie rzężące riffy są pozbawione smaku (momentami ich złożoność przypomina Rammstein) i co gorsza często zagłuszają nawet sekcję rytmiczną, która też straciła na finezji (...) Utwory są znacznie krótsze niż na pierwszej płycie, ale i tak niesamowicie się dłużą – rekordowo krótki "People Of The Sun" trwa zaledwie 2 i pół minuty, ale jakby trwał chociaż kilka sekund dłużej, byłby nie do zniesienia. (...) Co ciekawe, po sześciu beznadziejnych utworach zespół nagle zdrowieje i cztery przedostatnie kompozycje są próbą powrotu do tego co RATM proponowali wcześniej – „Down Rodeo” przyciąga chorym riffem, a odgłosy gitary przyjemnie podkreślają rytmikę utworu (...) Podobny patent zastosowano w „Wind Below”, gdzie obok riffów niewiele gorszych niż na debiucie najlepsze wrażenie robi wolniejsza środkowa część ze słyszalnym basem i De La Rochą deklamującym w niskich jak na niego rejestrach (...) Bardzo intryguje też przedostatni na płycie „Roll Right” z jakby rozstrojoną, psychodeliczną gitarą i "naśmiewającym się" basem brzmiącym trochę jak instrument dęty. Na zakończenie pojawia się jeszcze „Year Of The Boomerang”, gdzie w czterech minutach skondensowane jest wszystko, co najgorsze na płycie - gitara brzmi jak znaleziona na śmietniku (...) Bardzo intryguje też przedostatni na płycie „Roll Right” z jakby rozstrojoną, psychodeliczną gitarą i "naśmiewającym się" basem brzmiącym trochę jak instrument dęty. Na zakończenie pojawia się jeszcze „Year Of The Boomerang”, gdzie w czterech minutach skondensowane jest wszystko, co najgorsze na płycie (gitara brzmi jak znaleziona na śmietniku).(...)Zespół ewidentnie próbował stworzyć tutaj coś równie nowatorskiego jak pierwszy album, jednak „EE” jest ledwie jego cieniem. Bardzo wysilonym cieniem.

    I dla mnie ta opinia jest lepsza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że ta opinia jest dla Ciebie lepsza, skoro jest to fragment recenzji, którą sam napisałeś (wciąż mam dostęp do Twojego bloga) ;)

      Usuń
    2. xD liczyłem na Twoją domyślność, ale też nie chciałem 'głośno' pisać, że to z mojej recenzji (powiedzmy, że po latach nieco się wstydzę tego krótkiego epizodu - m. in. dlatego że nie dysponowałem wtedy odpowiednią skalą odniesień jak muzyka jazz-fusion-szeroko pojęta klasyka) :D

      Usuń
  2. Ale w kwestii kiepskiej i odrzucającej mnie muzyki nic się nie zmieniło - jedynie opadł entuzjazm w stosunku do niektórych wydawnictw ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mógłbyś wrócić do pisania, bo brakuje bloga/strony, gdzie przeważałyby negatywne recenzje ;)

      Usuń
    2. Wiesz, mimo że wyczuwam nutę, a może nawet cały takt złośliwości w tym co napisałeś, to całkiem możliwe że wrócę ;) Na pewno teraz negatywnych recenzji byłoby więcej, bo z niektórymi 8 i 9 się mocno pospieszyłem, nie mam też wątpliwości, że nie polubiłbym się z albumami które wtedy zjechałem. Jedynie z dychą którą udało mi się wystawić zgadzam się teraz jak i wtedy. A blog (chociaż o tym zapomniałem) zostawiłem celowo dla Ciebie dostępny, jako, ujmijmy to, fajne czytadło, bo na językowej stronie zależało mi nie mniej niż merytorycznej. Jakbyś chciał coś "czytnąć" to parę recenzji smarnąłem polskim albumom na RYMie, zanim się stamtąd wyniosłem :D

      Usuń
    3. Tym razem pisałem całkiem serio, bez grama złośliwości. Sam nie chcę podążać taką drogą (choć pewnie jeszcze nie raz coś skrytykuję), ale jako czytelnik życzyłbym sobie jak największej różnorodności wśród polskich blogów o muzyce.

      Usuń
  3. Year of tha Boomerang jest grany w metrum 5/4. Nie wspomniałeś w recenzji o Bulls on Parade. Celowo czy zapomniałeś?

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.