5 stycznia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Black Beauty: Miles Davis at Fillmore West" (1973)



Rok 1973 przyniósł jeszcze jeden koncertowy album Milesa Davisa (aczkolwiek oryginalnie wydany wyłącznie w Japonii). "Black Beauty" zawiera materiał zarejestrowany kilka lat wcześniej, 10 kwietnia 1970 roku w Fillmore West w San Francisco. Zaledwie kilka dni przed tym występem do sklepów trafił album "Bitches Brew" i dopiero co zakończyły się nagrania na kolejny, "Jack Johnson". Liderowi towarzyszy tu podobny skład, jak na "At Fillmore" (zarejestrowanym dwa miesiące później w nowojorskim Fillmore East), czyli Steve Grossman, Chick Corea, Dave Holland, Jack DeJohnette i Airto Moreira (do kompletu zabrakło jedynie Keitha Jarretta).

Był to jeden z najlepszych koncertowych składów Davisa. Także tego dnia, muzycy dali niezwykle intensywny, pełen porywających improwizacji koncert. To mocno zakręcone, awangardowe granie, a zarazem tak czadowe, że większość rockowych grup nigdy nie zbliżyła się do tego poziomu ekspresji. I pomyśleć, że dało się osiągnąć taki efekt bez użycia elektrycznej gitary. Jej rolę niejako przejmują ostre partie dęciaków, przesterowane klawisze i uwypuklone linie gitary basowej (te ostatnie są także głównym nośnikiem melodii). Już sama pierwsza strona winylowego wydania kładzie na łopatki. Zaczyna się od niesamowicie agresywnego wykonania "Directions", a po chwili muzycy poprawiają miażdżącym "Miles Runs the Voodoo Down", z iście kakofoniczną końcówką. Po takim początku przydaje się chwila wytchnienia w postaci nieco lżejszego, funkowo bujającego "Willie Nelson", oraz ballad "I Fall in Love Too Easily" i "Sanctuary".

Trzecia strona to dwa absolutne klasyki: "It's About That Time" z "In a Silent Way", oraz tytułowy utwór z "Bitches Brew". Ten pierwszy wspaniale się rozwija, od stonowanego wstępu, do porywającej drugiej części. Z kolei "Bitches Brew" zagrany w mniejszym składzie nie wypada tak przytłaczająco, jak wersja studyjna, za to brzmi o wiele ostrzej, dzięki czemu ta wersja może bardziej spodobać się rockowym słuchaczom. Przynajmniej pierwsza połowa, gdyż później muzycy coraz bardziej odlatują w awangardowe, niemal freejazzowe rejony. Finałową stronę rozpoczyna "Masqualero" - jedna z ostatnich kompozycji z czasów Drugiego Wielkiego Kwintetu, jaka utrzymała się koncertowej setliście Milesa (zresztą prawdopodobnie było to jej ostatnie wykonanie). Tutejsza wersja jest oczywiście mocno przearanżowana, dostosowana do elektrycznego instrumentarium. Wypada znacznie ostrzej i agresywniej, ale moim zdaniem także bardziej porywająco. Na sam koniec pojawia się jeszcze wspaniała, bardzo dynamiczna i ciężka wersja "Spanish Key", oraz obowiązkowy fragment "The Theme", który przez długi czas wieńczył wszystkie występy Davisa.

Niesamowity koncert. To aż niewiarygodne, że jeden wykonawca może mieć w dyskografii aż tyle genialnych albumów koncertowych (wszystkie z elektrycznego okresu, z wyjątkiem nudnawego "In Concert", znalazłyby się na mojej liście najlepszych koncertówek). Chociaż repertuar "Black Beauty: Miles Davis at Fillmore West" w dużym stopniu pokrywa się z wydanym wcześniej "At Fillmore", to różnice w wykonaniu (i jakość obu) są na tyle znaczące, że warto znać oba te albumy.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "Black Beauty: Miles Davis at Fillmore West" (1973)

LP1: 1. Black Beauty Part I (Directions / Miles Runs the Voodoo Down); 2. Black Beauty Part II (Willie Nelson / I Fall in Love Too Easily / Sanctuary)
LP2: 1. Black Beauty Part III (It's About That Time / Bitches Brew); 2. Black Beauty Part IV (Masqualero / Spanish Key / The Theme)

Skład: Miles Davis - trąbka; Steve Grossman - saksofon; Chick Corea - elektryczne pianino; Dave Holland - bass; Jack DeJohnette - perkusja; Airto Moreira - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.