10 stycznia 2018

[Recenzja] The Stone Roses - "The Stone Roses" (1989)



Debiutancki album brytyjskiego grupy The Stone Roses to zbiór jedenastu nieskomplikowanych, melodyjnych piosenek. Nie jestem wielbicielem tego typu grania, ale ten longplay od razu rzekł mnie świetnymi melodiami w stylu wczesnych The Beatles czy, nawet bardziej, The Byrds. To muzyka o podobnym charakterze, lecz oczywiście bardziej współczesna brzmieniowo, jak przystało na przełom lat 80. i 90.  Krytycy uznają ten album za bardzo ważny w rozwoju sceny zwanej Madchesterem (jej przedstawiciele łączyli pop rock i psychodelię lat 60. z acid housem, lecz u Stone Roses wpływy tego ostatniego są marginalne) i britpopu.

Dominują tutaj krótkie utwory o piosenkowej strukturze, oparte na prostej, energetycznej grze sekcji rytmicznej i nieco rozmytych, lecz zadziornych partiach gitary. Nie brakuje tu różnych smaczków, jak pianino w "She Bangs the Drums", wokalne harmonie w "Waterfall", czy psychodeliczne efekty w "Don't Stop". Najważniejsze są jednak melodie, naprawdę kapitalne, praktycznie w każdym kawałku. Pod tym względem Stone Roses przebijają nawet Beatlesów, których wczesne albumy w dużej mierze składały się z wypełniaczy. Tutaj całość jest bardzo równa i ciężko wskazać jakieś słabsze momenty. Za to kilka utworów zapada w pamięć wyjątkowo mocno, żeby wspomnieć tylko o "I Wanna Be Adored", "Bye Bye Badman", czy "Made of Stone". Wyróżnia się także urocza miniaturka "Elizabeth My Dear", jak również wyjątkowo na ten album długi, ośmiominutowy "I Am the Resurrection", z fajnie rozbudowaną częścią instrumentalną. Jeszcze lepiej wypada amerykańskie wydanie albumu, z dwoma bonusowymi utworami z niealbumowych, przebojowych singli: "Elephant Stone" i "Fools Gold". W przypadku tego drugiego wykorzystano 10-minutową wersję 12-calową*, która jeszcze lepiej od oryginalnej oddaje taneczny, funkowy charakter tej kompozycji.

Świetny album, nie przypadkiem doceniany zarówno przez wielbicieli klasycznego, jak i nowszego rocka. Jeśli ktoś z czytających te słowa jeszcze nie słyszał, lepiej niech jak najszybciej nadrobi zaległości, bo wstyd nie znać takiego albumu.

Ocena: 9/10

* W latach 70., obok standardowych singli na 7-calowych płytach winylowych z dwoma utworami, zaczęto wydawać także single 12-calowe z większą ilością utworów i/lub zremiksowanymi, wydłużonymi wersjami. Takie wydawnictwa były szczególnie popularne w muzyce disco i funk. 



The Stone Roses - "The Stone Roses" (1989)

1. I Wanna Be Adored; 2. She Bangs the Drums; 3. Waterfall; 4. Don't Stop; 5. Bye Bye Badman; 6. Elizabeth My Dear; 7. (Song for My) Sugar Spun Sister; 8. Made of Stone; 9. Shoot You Down; 10. This Is the One; 11. I Am the Resurrection

Skład: Ian Brown - wokal; John Squire - gitara, dodatkowy wokal (2); Gary Mounfield - bass; Alan Wren - perkusja, pianino (2), wokal (3), dodatkowy wokal
Producent: John Leckie


15 komentarzy:

  1. Jedna z najlepszych płyt rockowych lat 80'. Takie niby powtórzenie brytyjskiej inwazji, ale w totalnie inny sposób. Oryginalne, kreatywne granie, które nawet teraz brzmi świeżo. Bardzo fajnie, że recenzujesz takie rzeczy, bo to niby absolutny standard, ale w Polsce przez lata nie było o nim zbyt głośno i nie każdy się z nim zetknął - choć powinien!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zetknął, zetknął, podobnie jak z robiącymi w tym samym czasie Ride czy Galaxy 500. To wszystko muzyka z jednej półki - melodyjnie, gitarowo czasem mniej lub bardziej brudno. A autorowi recenzji jestem wdzięczny, bo w momencie gdy zwątpiłem że kiedykolwiek wyjdzie z dętego jazzu i krautsyfu zasunął czymś o czym od dawna już nawet nie marzyłem. Płyta fajna, zaskakująco świeża jak na tamte czasy, chociaż aż tak optymistyczny bym nie był - momentami to leci w banał (she Bangs the drums) czy zalatuje U2 (riff z Waterfall to coś w stylu I still haven't found). Naciągane 8.

      Usuń
    2. Nie każdy. Ja nie wiedziałem o istnieniu takiego zespołu w czasach, gdy jeszcze słuchałem radia i czytałem Teraz Rocka.

      A o krautrocku nawet jeszcze nie zacząłem pisać. Czymże są te trzy recenzje jednego zespołu (Agitation Free), przy bogactwie tego nurtu.

      Usuń
  2. Ten album grała Trójka, kasety można było kupić wszędzie. Oj dzieci netu :)
    BlodwynPig

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jakoś nie spopularyzowali tego zespołu wśród swoich słuchaczy na tyle, by ci głosowali na jego utwory w Topie "wszech czasów" (pewnie nawet nie ma takiej możliwości). A przecież jest to stacja, która potrafiła zrobić przebój i jeden z utworów "wszech czasów" z 15-minutowego kawałka, w którym zupełnie nic się nie dzieje - mam na myśli oczywiście "Again" Archive.

      Dogrzebałem się do numerów Teraz Rocka z listami stu "płyt wszech czasów" i trzydziestu pięciu "najważniejszych debiutów płytowych światowego rocka", i na żadnej z nich nie ma Stone Roses. Zresztą nie ma bardzo wielu rzeczy, które być powinny. Ale czego się spodziewać po piśmie redagowanym przez ludzi o niesamowicie wąskich horyzontach muzycznych, bojących się wyjść ze swojej niszy.

      Usuń
  3. To że coś się w Trójce pojawiało nie oznaczało z automatu że było to popularyzowane. Musiałby to robić człowiek z nazwiskiem typu: Mann, Kaczkowski, Beksiński, Niedźwiedzki a żaden z nich fanem Stone Roses nie był.
    A Lizard pisał o Stone Roses, bo nie zauważyłem?
    Co do popularyzowania to na Forum plebiscyt, Trójka gra co dzień, wczoraj np. Metz przez godzinę, a dla mnie to nuda jak telenowela, im więcej tego artysty słucham, tym bardziej nie pojmuję czym tu się zachwycać. W dodatku im starszy tym jego wokal stawał się nie do zniesienia.
    BlodwynPig

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I o to właśnie chodzi - Stone Roses w radiu gości(ł) tak rzadko, że nie każdy miał okazję się zetknąć z tym zespołem w ten sposób. Nie wiem, czy w Lizardzie pisali o tym zespole, bo czytam to pismo od niedawna, ale pewnie też nie, bo to raczej pismo kierowane do słuchaczy innej muzyki.

      W ostatnim akapicie chodzi o Bowiego? Kurczę, też nie mogę zrozumieć jego fenomenu. Przesłuchałem wszystkiego jego najbardziej cenione albumy, kilka innych też, ale nie znalazłem tam nic dla siebie. Nic, co by mnie choć trochę zainteresowało. Ze zdecydowaną większością popularnych rockowych wykonawców z bogatymi dyskografiami, którzy zaczynali w latach 60. lub pierwszej połowie lat 70., mam tak, że podobają mi się przynajmniej pojedyncze albumy, czy choćby utwory. A Bowie jest tu wyjątkiem.

      Usuń
    2. Z Bowiem tak już jest, że albo się go kocha, albo nienawidzi :D Takich muzyków nie da się lubić tylko trochę, za pojedyncze albumy lub utwory (pomijając debiut Bowiego, bo tego nie da się lubić).

      Też niezbyt często spotykałem Stone Roses w prasie lub radiu (dopóki go jeszcze słuchałem). Ta grupa jest zdecydowanie za mało znana w Polsce, a szkoda. Ja miałem to szczęście, że za malca znalazłem ten album na kasecie i CD w domowym zbiorze. I choć znacznie częściej wtedy zasłuchiwałem się w "Nevermind", to Stone Roses też rozbrzmiewało nieraz. Madchester to w ogóle ciekawa muzyka, taka do tańca i do różańca.

      Usuń
    3. Ale ja mam właśnie z Bowiem tak, że jest mi całkowicie obojętny. Jego twórczość nie robi na mnie ani pozytywnego, ani negatywnego wrażenia. Może z wyjątkiem okresu glamowego, którego płytowi przedstawiciele nieco mnie irytują (szczególnie "Aladdin Sane").

      Usuń
    4. I sądzę, że tak Ci już zostanie. Jeśli nie przekonały Cię do niego jego najpopularniejsze albumy, to żadne inne już raczej tego nie zrobią. Bo jego siła leży głównie w wokalu i tym specyficznym podejściu do muzyki, które zawsze towarzyszy jego płytom, mimo tego, że obcował z wieloma różnymi gatunkami.

      PS: Daję słowo, że to ostatni wpis o Bowiem pod tym postem :D Wiem, że ich miejsce jest w Q&A, ale głupio było tam pisać i odnosić się do komentarzy obecnych gdzie indziej.

      Usuń
    5. Myślałem, że może trzeba się bardziej osłuchać z jego albumami. Ale przecież nie jest to jakaś skomplikowana muzyka, do której trzeba dojrzeć, raczej standardowy rock. A skoro mówisz, że siła tkwi w wokalu, to faktycznie nie mam czego szukać w jego twórczości, bo wokal zdecydowanie mi nie leży.

      Usuń
  4. Fantastyczna muzyka. Dzięki za możliwość poznania tego zespołu, Paweł. Jestem urzeczony ich twórczością. Fan The Beatles znajdzie tu sporo dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Może znów padłem ofiarą zbyt wysokich oczekiwań (tutejsza ocena 9), ale dla mnie to tylko dobry album. Tak do puszczenia w tle nada się w sam raz. Może kiedyś bardziej się przekonam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak chcesz świetnych melodii, klimatu i brzmienia to puść sobie płytę "I could live in hope" zespołu Low. To tak jakbyś zwolnił post-punk trzykrotnie i usunął zabrudzenie tła - ascetyczne, czyste brzmienie, rozmarzone wokale i spirytualno-mistyczny klimat.

    Polecam. Kupiłem na początku roku za ponad dwie stówy na CD, bo to oczywiście biały kruk. A potem jak taki rozmarzony klimat Ci się spodoba, to możesz sięgnąć po "On Fire" Galaxie 500

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.