29 stycznia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Agharta" / "Pangaea" (1975)



Na początku 1975 roku, Miles Davis i jego ówczesny septet - w skład którego wchodzili Sonny Fortune, Pete Cosey, Reggie Lucas, Michael Henderson, Al Foster i James Mtume - wyruszyli na trzytygodniowe tournée po Japonii. Pierwszego lutego muzycy dali dwa około półtoragodzinne występy w Festival Hall w Osace. Oba zostały profesjonalnie zarejestrowane, a następnie przygotowane przez Teo Mecero do wydania. Zapis pierwszego występu wypełnił album "Agharta", opublikowany zarówno w Japonii, jak również w Europie i Ameryce Północnej. Zapis drugiego występu, opatrzony tytułem "Pangaea", pierwotnie ukazał się (w zależności od źródła w 1975 lub 1976 roku) wyłącznie w Japonii. Dopiero w latach 90. wydano ten materiał w innych częściach świata.

Muzykę, jaką w tamtym czasie wykonywał Miles i jego zespół podczas koncertów, można określić jako zwariowane, niesamowicie intensywne, psychodeliczno-funkowe jamy. Każdy z tych dwóch albumów to w praktyce półtoragodzinna, mocno abstrakcyjna improwizacja, oparta na bardzo gęstej grze sekcji rytmicznej, charakteryzująca się zwykle ostrym, ciężkim i pełnym dysonansów brzmieniem. Przy pierwszych przesłuchaniach taka muzyka może sprawiać przytłaczające wrażenie, ale przecież nie brakuje w tym wszystkim melodii, zdarzają się też bardziej stonowane momenty. Bez problemu można wyłapać rozpoznawalne tematy z takich utworów, jak np. "Willie Nelson", "Maiysha", "Right Off", "Ife", a nawet "So What" z "Kind of Blue". Zwykle jednak są one tylko dodatkiem do szalonych improwizacji. Nie brakuje tutaj momentów o jednoznacznie rockowym brzmieniu i charakterze, zdominowanych przez hendrixowskie partie gitar i energiczną, funkującą grę sekcji rytmicznej (nietrudno dosłyszeć się pewnych podobieństw do Band of Gypsys). Muzycy grali tego wieczoru z taką energią i mocą, że mogliby zmieść większość stricte rockowych kapel. Interakcja pomiędzy nimi jest niewiarygodna, a każdy z nich ma też sporo okazji do zaprezentowanie indywidualnych, porywających popisów. Żaden z nich jednak nie dominuje nad pozostałymi. Nawet Miles - grający zarówno na trąbce, jak i elektrycznych organach - często schodzi na dalszy plan lub jest całkiem nieobecny.

"Agharta" cieszy się całkiem sporą popularnością, podczas gdy "Pangaea" pozostaje nieco w cieniu. Jest to całkowicie zrozumiałe, biorąc pod uwagę historię wydawniczą, ale i cholernie niesprawiedliwe. Osobiście preferuję właśnie ten drugi album. Odnoszę wrażenie, że pierwszy występ, choć sam w sobie rewelacyjny, był dla muzyków tylko rozgrzewką, swego rodzaju próbą generalną. I dopiero podczas drugiego pokazali, na co naprawdę ich stać. Osiągnęli absolutne wyżyny zespołowej improwizacji i interakcji, a ich gra jest bardziej zwarta. Przykładami prawdziwego geniuszu są takie momenty, jak saksofonowa solówka Fortune'a rozpoczynająca się w szóstej minucie "Zimbabwe", intrygujący, klimatyczny początek "Gondwana", czy długa gitarowa solówka w połowie tego drugiego. Jednak "Agharta" też ma wiele fantastycznych momentów, żeby wspomnieć tylko o drugiej połowie "Theme from Jack Johnson", z naprawdę odjechanym klimatem, czy psychodeliczny gitarowy popis w środku "Interlude" (w tym miejscu warto zwrócić uwagę, że nazwy utworów z drugiej płyty "Agharty" zostały zamienione miejscami w opisie na okładce albumu i płycie). Jeśli więc pierwszy występ faktycznie był słabszy, to tylko minimalnie. Najlepiej potraktować te dwa albumy jako jedną całość. Wówczas robią jeszcze większe wrażenie - to ponad trzy godziny niesamowicie kreatywnej i porywającej muzyki, łamiącej sztywne zasady i międzygatunkowe podziały.

"Agharta" i "Pangaea" to jedne z najwspanialszych albumów - nie tylko koncertowych - jakie do tej pory poznałem. Wraz z kilkoma innymi albumami na żywo Milesa Davisa z elektrycznego okresu ("Black Beauty", "Dark Magus", czy w mniejszym stopniu "At Fillmore" i "Live-Evil") całkowicie przewartościowały moją listę ulubionych koncertówek. Nie ma co ukrywać, że poziom, na jakim gra tutaj septet Davisa, jest po prostu nieosiągalny dla rockowych wykonawców. To nie znaczy, że przestałem cenić "At Fillmore East", "Band of Gypsys", "The Great Deceiver", "Made in Japan" czy "Irish Tour '74" - wiem już jednak, że można zagrać jeszcze lepiej. Warto było się o tym przekonać. Polecam wszystkim, którzy jeszcze nie mieli okazji.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "Agharta" (1975)

LP1: 1. Prelude (Part 1); 2. Prelude (Part 2); 3. Maiysha
LP2: 1. Theme from Jack Johnson; 2. Interlude

Miles Davis - "Pangaea" (1975)

LP1: 1. Zimbabwe (Part 1); 2. Zimbabwe (Part 2)
LP2: 1. Gondwana (Part 1); 2. Gondwana (Part 2)

Skład: Miles Davis - trąbka, organy; Sonny Fortune - saksofon, flet; Pete Cosey - gitara, instr. perkusyjne, syntezator; Reggie Lucas - gitara; Michael Henderson - bass; Al Foster - perkusja; James Mtume - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero


16 komentarzy:

  1. Ulżyło mi :) Spodziewałem się przeczytać miażdżącą recenzję tych płyt. Czekam na tekst o "Dark Magus". Dodam, że kocham obie płyty całym serduchem :)"Magusa zresztą też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozumiem skąd te obawy, skoro większość elektrycznych albumów Milesa oceniłem 9-10, a tylko nudny "In Concert" poniżej 8 ;)

      Od kilku dni intensywnie zasłuchuję się w "Dark Magus", który właśnie sprawiłem sobie na winylu (właściwie winylach) i mam coraz większe wątpliwości, czy nie był to jeszcze lepszy występ od tych dwóch w Osace. Recenzja za dwa tygodnie, może do tego czasu będę miał już pewność ;)

      Usuń
    2. Obawy są stąd, że większość ludzi wcale nie uważa tych płyt za wybitne a wręcz przeciwnie uważa je za najdziwniejszy i najmniej ciekawy okres twórczości Davisa określając go jako "popłuczyny po Bitches Brew". Sam Davis podobno też nie za bardzo lubił te albumu twierdząc, że nigdy nie chciał żeby zostały wydane, ale wytwórnia miała inne zdanie niż on. Jak zawsze u niego wyjątkowo ciekawe podejście do sprawy :)

      Usuń
    3. Davis wielu świetnych rzeczy nie chciał opublikować. W latach 70. mógłby wydać jeszcze ze 2-3 studyjne albumy, które nie ustępowałyby poziomem tym wydanym ;)

      Wiem, że te koncertówki nie cieszą się uznaniem wśród słuchaczy konwencjonalnego jazzu akustycznego (z którym nie mają nic wspólnego), ale osobiście spotkałem się tylko z pozytywnymi opiniami na ich temat. A już nazywanie ich "popłuczynami po Bitches Brew" świadczy o kompletnym niezrozumieniu i laicyzmie - przecież Davis był już wtedy muzycznie w zupełnie innym miejscu, zmieniły się jego inspiracje i co innego chciał osiągnąć.

      Usuń
    4. Laicyzm?

      Usuń
  2. Agharta to mitologiczna kraina pod ziemią niby w mongoli..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tudzież pod Tybetem. Natomiast czym jest Pangea chyba każdy wie.

      Usuń
  3. "Pangaeę"znam już od jakiegoś czasu i uważam za koncertowe arcydzieło, ale tak się złożyło, że "Aghartę" właśnie przesłuchałem pierwszy raz (kurde no i "Dark Magusa" nie znam jeszcze... niedługo to na pewno nadrobię!) i cieszę się, że poznałem kolejną wspaniałą muzykę, choć album ogólnie robi na mnie nieco mniejsze wrażenie niż "Pangea". Choć szczerze mówiąc to nie jestem pewien czy słyszałem kiedykolwiek koncert, który byłby choć równie dobry, jak którykolwiek z tych dwóch ;) W ogóle ten jazz-funkowy okres w twórczości Davisa jest po prostu genialny. Jedynie "On the Corner" niezbyt mi z niego podchodzi, ale czytałem trochę opinii, że sporo osób ma tak z tym albumem na początku, więc będę się starał zrozumieć i na pewno jeszcze do tego wrócę.

    Mam tutaj jedno pytanie: czy są jakieś koncerty Davisa - poza dwoma wyżej recenzowanymi i "Magusem", za którego pewnie wezmę się w przeciągu kilku najbliższych dni - z tego jazz-funkowego okresu, których warto posłuchać? Pytam raczej o bootlegi, bo z tego, co patrzę to wśród oficjalnych wydawnictw raczej nic z tego okresu już nie ma (chyba, że coś przeoczyłem przypadkiem).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z oficjalnych wydawnictw jest jeszcze boks "Miles Davis at Newport 1955-1975: The Bootleg Series Vol. 4", w którym znalazło się kilka nagrań z 1973 i 1975 roku. W bootlegach nie bardzo się orientuję i z tego okresu znam tylko "Tokyo 1973", który ma całkiem niezłą jakość dźwięku i też dobrze tam grają. Jednak moim zdaniem żadne z tych wydawnictw nie dorównuje "Agharcie", "Pangaei" i "Dark Magus". Dlatego raczej polecam najpierw rozejrzeć się wśród koncertówek z wcześniejszego okresu, przede wszystkim: "Black Beauty", "Isle of Wight", "At Fillmore", "Live-Evil", "It's About That Time".

      Usuń
  4. Długo ignorowałem koncertowego Milesa ale Agharta mnie rozpierdzieliła. Pangaea już do mnie mniej trafia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Podobnież Davis podczas koncertów dyrygował muzykami za pomocą głowy i rąk, jak dyrygent batutą :D Głowa mi eksploduje od prób wyobrażenia sobie, jak to musiało wyglądać na tal intensywnych występach:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno były też koncerty, na których Miles był tak naćpany, że grał tylko parę dźwięków, a resztę występu... tańczył ;)

      Szkoda, że nie zachowały się żadne zapisy wideo z tego okresu.

      Usuń
    2. Przecież to byłby materiał na najlepszy dokument muzyczny w historii...!

      Usuń
    3. Na pocieszanie zostaje Isle of Wight Festival, ale to wcześniejszy okres, gdy Davis zachowywał trzeźwość.

      Lubię ten fragment, gdy po skończeniu ostatniej solówki, Miles po prostu się odwraca i schodzi ze sceny, a pozostali muzycy grają dalej.

      Usuń
    4. I spojrzenie tych dwóch gości (chyba techniczni), którzy nie ogarniają, o co tu biega :D

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.