[Recenzja] John Coltrane - "Expression" (1967)



John Coltrane zmarł niespodziewanie, 17 lipca 1967 roku. Wcześniej jednak zdążył przygotować materiał na swój kolejny album i zaakceptować jego ostateczny kształt. Na trzy dni przed swoją śmiercią, po trwającym od dawna rozważaniu, zdecydował się nadać longplayowi tytuł "Expression". Jest to jego pierwsze studyjne wydawnictwo nagrane w składzie, który towarzyszył mu przez ostatnie półtora roku kariery. Nie było już w nim McCoya Tynera i Elvina Jonesa, którzy rozstali się z Johnem na przełomie lat 1965/66, z powodu pogłębiających się różnic artystycznych. Ich miejsca w zespole zajęli odpowiednio Alice Coltrane i Rashied Ali. Na albumie zagrał także Jimmy Garrison, a podczas pierwszej sesji w studiu obecny był też  Pharoah Sanders. "Expression" zawiera bowiem utwory zarejestrowane w lutym ("To Be") i marcu (pozostałe) 1967 roku, podczas ostatnich studyjnych sesji saksofonisty. Tytułowy utwór był podobno zupełnie ostatnią kompozycją nagraną przez saksofonistę.

Jak na późnego Trane'a, jest to całkiem przystępny album. Freejazzowe odloty wciąż są tu obecne, ale raczej na zasadzie urozmaicenia melodyjnych i klimatycznych utworów. Całość rozpoczyna się od niespełna czterominutowego "Ogunde", w którym liryczny początek skontrastowany jest mniej melodyjną solówką lidera, pozornie niedopasowaną do subtelnej gry pozostałych muzyków. Zaraz potem następuje najdłuższy, ponad 16-minutowy "To Be". To nietypowy utwór w dorobku Coltrane'a, gdyż w ogóle nie został w nim użyty saksofon - lider i Sanders grają wyłącznie na fletach, tworząc niemalże transcendentny nastrój. Fragment z fortepianową solówką Alice jest wyraźną zapowiedzią jej własnych dokonań. Drugą stronę winylowego wydania rozpoczyna "Offering", grany już wcześniej na koncertach. Charakterystyczny, melodyjny temat jest rozwijany przez Coltrane'a w coraz bardziej freejazzowym kierunku. Przez pewien czas towarzyszy mu wyłącznie perkusja - jest to najcięższy i najbardziej intensywny fragment albumu. Choć ekspresji nie brakuje oczywiście także w tytułowym "Expression" - kolejnym utworze, w którym wyrazista melodia i subtelny klimat stopniowo ustępują miejsca mniej przystępnym dźwiękom.

"Expression" nie należy do ścisłej czołówki największych osiągnięć Johna Coltrane'a, ale to wciąż wspaniała muzyka, porywająca doskonałym wykonaniem, wciągającym klimatem i samymi kompozycjami.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Expression" (1967)

1. Ogunde; 2. To Be; 3. Offering; 4. Expression

Skład: John Coltrane - saksofon tenorowy (1,3,4), flet (2); Alice Coltrane - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Rashied Ali - perkusja; Pharoah Sanders - flet (2)
Producent: Bob Thiele


Komentarze

  1. Jak dla mnie poziomem to jest między gdzieś "Meditations" a "A Love Supreme". Alice Coltrane jak zwykle genialna, zdecydowanie wolę jej styl gry od McCoya Tynera, powiedziałbym nawet, że jej gra to najmocniejszy punkt tej płyty.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)