22 stycznia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Get Up with It" (1974)



"Get Up with It" to kolejny album Milesa Davisa zawierający nagrania dokonane w różnych latach i składach. Tym razem jest to jednak głównie świeży materiał, zarejestrowany już po sesji nagraniowej "On the Corner". Jedynie dwa najkrótsze utwory powstały wcześniej i w znacznie odmiennych składach. Stanowią one niewielki procent tego dwupłytowego (także na kompaktowych reedycjach) wydawnictwa - niewiele ponad dziesięć minut z ponad dwóch godzin muzyki. Tym samym, właściwie jest traktowanie "Get Up with It" jako regularnego albumu studyjnego, pełnoprawnego następcy "On the Corner", a nie kompilacji odrzutów. Tym bardziej, że poziom zawartych tutaj utworów zdecydowanie nie wskazuje na to drugie.

Owe najstarsze utwory to zabarwione bluesowo "Honky Tonk" i "Red China Blues". Ten pierwszy, wydany już wcześniej w wersjach koncertowych (na "Live-Evil" i "In Concert"), zarejestrowany został w maju 1970 roku, czyli niedługo po nagraniu "Jacka Johnsona". Skład jest niemal identyczny jak na tamtym albumie - Davisowi w nagraniu towarzyszą Steve Grossman, Herbie Hancock, John McLaughlin, Michael Henderson i Billy Cobham, a ponadto Keith Jarrett i Airto Moreira. "Red China Blues", zarejestrowano natomiast w marcu 1972 roku, a więc na krótko przed przystąpieniem do nagrania "On the Corner". Skład jest dość nietypowy, gdyż oprócz Davisa i sekcji rytmicznej, która towarzyszyła mu przez kilka kolejnych lat (Henderson, Al Foster i James Mtume), w nagraniu udział wzięli muzycy, z którymi trębacz nigdy wcześniej, ani później nie współpracował (harmonijkarz Lester Chambers, gitarzysta Cornell Dupree, oraz perkusista Bernard Purdie). Nietypowy jest też sam utwór - niemalże stereotypowy bluesrockowy kawałek, z wyrazistą melodią, prostą strukturą i pierwszoplanową rolą harmonijki. Brzmi to naprawdę świetnie.

Pozostałe utwory zostały nagrane pomiędzy wrześniem 1972, a październikiem 1974 roku. Skład w poszczególnych utworach jest bardzo podobny. Jego trzon stanowią Davis, Henderson, Foster, Mtume, oraz gitarzysta Reggie Lucas. Rolę saksofonisty/flecisty pełni - w zależności od utworu - Dave Liebman, Sonny Fortune lub Carlos Garnett. Okazjonalnie wspierają ich gitarzyści Pete Cosey (wcześniej współpracownik m.in. Muddy'ego Watersa) i Dominique Gaumont, indyjscy muzycy Khalil Balakrishna i Badal Roy, lub klawiszowiec Cedric Lawson. Co ciekawe, Miles, poza grą na trąbce (przetworzoną za pomocą efektu wah-wah, dzięki czemu jej brzmienie przypomina gitarę elektryczną), często gra w tych nagraniach także na elektrycznych organach lub pianinie.

Utwory rozwijają koncepcje z "On the Corner" - opierają się na transowym, jednostajnym rytmie, wokół którego improwizują pozostali muzycy. Mają jednak zdecydowanie bardziej przystępny charakter. Awangarda ustąpiła miejsca funkowo-rockowym inspiracjom, połączonym z silnymi wpływami muzyki hindustańskiej, afrykańskiej i środkowoamerykańskiej. Bardzo egzotycznie, a zarazem mocno funkowo i psychodelicznie, brzmią takie kompozycje, jak ponadpółgodzinny, zróżnicowany "Calypso Frelimo", czy kilkunastominutowe "Mtume" i "Maiysha". Ten ostatni to chyba najbardziej taneczny kawałek w całym dorobku Milesa Davisa, bardzo melodyjny i energetyczny, z genialnie bujającymi partiami gitar i basu, ładnymi solówkami fletu i trąbki, oraz przyjemnym organowym tłem. A w dziesiątej minucie niespodziewanie następuje przełamanie i klimat utworu całkowicie się zmienia, na bardziej rockowy. Psychodelicznie i funkowo, ale  już niezbyt egzotycznie, brzmi także "Billy Preston". Bardzo interesującym utworem jest również "Rated X", wyróżniający się brakiem jakichkolwiek dęciaków. Pierwszoplanową rolę pełnią dość posępne, dysonansowe partie organów, którym towarzyszy gęsta, mechanicznie brzmiąca perkusja i ostre wstawki gitary.

Jednak najbardziej niesamowitą kompozycją - nie tylko na tym albumie, lecz jedną z najbardziej niesamowitych, jakie kiedykolwiek słyszałem - jest rozpoczynająca album "He Loved Him Madly". Utwór powstał w hołdzie dla Duke'a Ellingtona, który zmarł w maju 1974 roku. Tytuł jest parafrazą słów, jakie Ellington miał zwyczaj kierować do publiczności podczas swoich występów: I love you madly. To powolny, utrzymany w mrocznym klimacie utwór, którego gęsta, psychodeliczno-kosmiczno-orientalna atmosfera budzi skojarzenia z twórczością Pink Floyd z koncertowej części "Ummagummy". W trakcie jego półgodzinnego czasu trwania dzieje się w sumie niewiele, lecz mimo to niesamowicie wciąga, dzięki stopniowo narastającemu napięciu i hipnotyzującemu klimatowi, jaki tworzą stonowane partie gitar, trąbki, fletu, organów, bębnów i perkusjonaliów. Bez wątpienia jest to jedno z największych arcydzieł XX wieku.

A album, jako całość, również zasługuje moim zdaniem na miano arcydzieła. "Get Up with It" bez wahania wymieniam w jednym rzędzie z takimi klasycznymi pozycjami, jak "Kind of Blue", "In a Silent Way", "Bitches Brew" i "Jack Johnson". Każdy z tych albumów jest doskonały, choć zupełnie inny. W przypadku "Get Up with It" mamy do czynienia z najbardziej funkowym obliczem Milesa Davisa, lecz album z pewnością doceni także każdy wielbiciel rocka, zwłaszcza psychodelicznego i progresywnego, a i bluesowi słuchacze znajdą na nim coś dla siebie. 

Ocena: 10/10



Miles Davis - "Get Up with It" (1974)

LP1: 1. He Loved Him Madly; 2. Maiysha; 3. Honky Tonk; 4. Rated X
LP2: 1. Calypso Frelimo; 2. Red China Blues; 3. Mtume; 4. Billy Preston

Skład: Miles Davis - trąbka (oprócz LP1:4), organy (LP1:1,2,4, LP2:1,3), elektryczne pianino (LP2:1); Dave Liebman - flet (LP1:1, LP2:1); Reggie Lucas - gitara (LP1:1,2,4, LP2:1,3,4); Pete Cosey - gitara (LP1:1,2, LP2:1,3); Dominique Gaumont - gitara (LP1:1,2, LP2:3); Michael Henderson - bass; Al Foster - perkusja (oprócz LP1:3); James Mtume - instr. perkusyjne (oprócz LP1:3); Sonny Fortune - flet (LP1:2, LP2:3); Steve Grossman - saksofon (LP1:3); John McLaughlin - gitara (LP1:3); Herbie Hancock - klawinet (LP1:3); Keith Jarrett - elektryczne pianino (LP1:3); Billy Cobham - perkusja (LP1:3); Airto Moreira - instr. perkusyjne (LP1:3); Cedric Lawson - elektryczne pianino (LP1:4, LP2:4); Khalil Balakrishna - sitar (LP1:4, LP2:4); Badal Roy - tabla (LP1:4, LP2:4); John Stubblefield - saksofon (LP2:1); Lester Chambers - harmonijka (LP2:2); Cornell Dupree - gitara (LP2:2); Bernard Purdie - perkusja (LP2:2); Carlos Garnett - saksofon (LP2:4) 
Gościnnie: Wade Marcus - aranżacja instr. dętych (LP2:2) 
Producent: Teo Macero


5 komentarzy:

  1. Album z pewnością lepszy od poprzedniego (Big Fun), jednak na mnie nie wywarł aż takiego wrażenia. Calipso Frelimo i Maiysha to arcydziała, no i bluesowa harmonijka w Red China też jest bardzo przyjemna. Jednak płyta trwa dwie godziny i choć do utworów trudno się przyczepić, nie oczarowują już tak jak te z poprzednich płyt. Największą różnicą w naszych opiniach jest jednak otwieracz, który choć przyznam ma wciągający klimat, jest po prostu wyraźnie zbyt długi. Płyta bardzo dobra, jednak ma swoje wady i osobiście nie wystawiłbym jej najwyższej noty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki utwór, jak "He Loved Him Madly", nie mógł się skończyć po pięciu, kilkunastu, czy nawet dwudziestu minutach. Potrzebne było więcej czasu, aby mógł właściwie wybrzmieć. Jak dla mnie, mógłby być nawet dłuższy. Ale cóż, i tak znacznie przekroczono optymalny czas trwania strony płyty winylowej.

      Usuń
    2. Jeżeli już do czegoś miałbym się przyczepić, to do nietrafionej kolejności utworów. Zawsze słucham tego albumu na odwrót ;) Tzn. najpierw słucham strony D, a potem C, B i A. "Red China Blues" świetnie sprawdza się jako otwieracz, a "He Loved Him Madly" to doskonały finał.

      Usuń
  2. Jest w tym trochę racji najbardziej klimatyczny utwór jest dobry na zakończenie a otwarcie byłoby szybkie i krótkie, ale według mnie Red China Blues robi między innymi bo zupełnie się go nie spodziewamy, to nagła odmiana w ostatniej części płyty, ale tak He Loved Him Madly było by lepsze na koniec, z tym się zgodzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku byłby jeszcze większym zaskoczeniem. Przy pierwszym przesłuchaniu mógłby zasugerować, że cały album jest bluesowy ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.