[Recenzja] Alice Coltrane - "Ptah, the El Daoud" (1970)

To jedna z tych okładek, które przypadkowego słuchacza mogą wprowadzić w błąd co do stylistyki zawartego materiału. Psychodelia, ciężki rock, a może ścieżka dźwiękowa jakieś przygodówki czy horroru klasy B? Nic z tych rzeczy. Bardziej zorientowani z pewnością skojarzą nazwisko Coltrane z wybitnym jazzowym saksofonistą Johnem Coltrane'em. Alice to jego druga żona oraz pianistka towarzysząca mu w ostatnich latach kariery. Pochodziła z muzykalnej rodziny McLeoldów - jej matka była chórzystką, starszy brat przyrodni został jazzowym basistą, a młodsza siostra kompozytorką w Motown. W późnych latach 50. Alice wyjechała do Paryża, aby odebrać formalne wykształcenie muzyczne. Jednocześnie uczyła się jazzu pod okiem Buda Powella. Po powrocie do Stanów wzięła udział w nagraniu dwóch płyt Terry'ego Gibbsa, zanim zajęła miejsce McCoya Tynera w zespole Trane'a.
Po śmierci Johna w 1967 roku Alice rozpoczęła własną karierę, rozwijając muzyczne idee swojego męża, łącząc nowoczesny jazz ze wschodnim mistycyzmem - przede wszystkim inspirując się hindustańską muzyką klasyczną - a czasem nawiązując też do afrykańskiego dziedzictwa. Już na debiutanckim "A Monastic Trio" z 1968 roku wzbogaciła brzmienie swoimi pariami na harfie, instrumencie rzadko używanym w jazzie, który wkrótce stał się jej znakiem rozpoznawczym. Harfa, na której zagrała, została zakupiona jeszcze przez Johna, który jednak nie zdążył wykorzystać jej we własnych nagraniach.
"Ptah, the El Daoud" to trzeci autorski album Alice Coltrane. Jego tytuł nawiązuje do memfickiego boga Ptaha, opiekuna sztuki i rzemiosła. El Daoud oznacza z kolei ukochanego po arabsku. Cała płyta została nagrana w trakcie jednego dnia, 26 stycznia 1970 roku, w piwnicy nowojorskiego domu liderki, którą przerobiono na studio. W zarejestrowaniu materiału wsparli ją bardzo doświadczeni muzycy. Saksofonista Pharoah Sanders zaczynał karierę u boku Sun Ra, następnie dołączył do kwintetu Johna Coltrane'a, by po jego śmierci stać się głównym, obok Alice, kontynuatorem jego dziedzictwa. Drugi saksofonista, John Henderson, w poprzedniej dekadzie wydał wiele cenionych albumów pod własnym nazwiskiem. Basista Ron Carter to jeden z najczęściej nagrywających jazzowych sidemanów oraz jeden z muzyków Drugiego Wielkiego Kwintetu Milesa Davisa. Perkusista Ben Riley grał natomiast m.in. z Theoloniousem Monkiem, Sonnym Rollinsem i Stanem Getzem.
Album składa się tylko z czterech utworów - własnych kompozycji Coltrane - z których dwie skrajne trwają po około kwadrans, a dwie środkowe o połowę krócej. Znakomity jest tytułowy otwieracz, prowadzony wyrazistą linią basu Cartera, wspartej ekspresyjnymi solówkami saksofonistów oraz bardziej subtelnymi partiami pianina oraz perkusji. Utwór ma swobodny, improwizowany charakter, ale jednocześnie muzycy trzymają dyscyplinę i słychać tu naprawdę znakomitą interakcję tego jednorazowego kwintetu. A całość ma ponadto ten uduchowiony nastrój, dobrze znany z dokonań Trane'a, przy czym zdecydowanie bliżej tu do przystępności "A Love Supreme" niż do późniejszych, freejazzowych odlotów. Odrobina jazzu free pojawia się natomiast w finałowym utworze "Mantra", przy czym jednak i tutaj wyraźnie prowadzona jest linia melodyczna, a nadrzędnym celem muzyków wydaje się budowanie jak najbardziej mistycznego klimatu.
Bardziej subtelny charakter ma "Turiya and Ramakrishna", zarejestrowany wyłącznie w trio, bez sekcji dętej. O ile dwa najdłuższe utwory stawiają na zespołową współpracę, tak tutaj zdecydowanie na pierwszy plan wybijają się melodyjne partie liderki, wsparte stonowaną, wycofaną grą Cartera i Rileya - przynajmniej do pewnego momentu, gdyż w drugiej połowie kontrabas nieco silniej zaznacza swoją obecność. Naprawdę ładny to utwór. ale też najbardziej konwencjonalny w tym zestawie. Całkiem odwrotnie ma się sprawa z "Blue Nile", który zdecydowanie najdalej rozwija koncepcje Trane'a. Tylko w tym nagraniu Alice przerzuca się na harfę, a Henderson i Sanders sięgają po flety altowe. W połączeniu z hipnotycznym ostinatem Cartera oraz nienachalną, ale idealnie wpasowaną perkusją Rileya, udało się stworzyć najbardziej intrygujący, transcendentny nastrój. Jest to też utwór, który ma największe szanse spodobać się słuchaczom dopiero wchodzącym - albo jeszcze nawet nie - w jazz, za to lubiących muzykę spoza zachodniej tradycji lub inspiracje nią np. w rocku psychodelicznym.
Ogólnie zresztą "Ptah, the El Daoud" wydaje się jednym z lepszych wstępów do tego w pełni akustycznego jazzu. Raz, że dzięki inspiracjom wykraczającym poza jazzowy idiom, zbliża się do innych gatunków, a tym samym dla wielu słuchaczy może być łatwiejszy do załapania, niż te bardziej uznane dzieła. A dwa, że to po prostu świetny album. Alice Coltrane pokazała się tu jako sprawna kompozytorka, która bez kompleksów może kontynuować dziedzictwo zmarłego męża. Natomiast cały kwintet daje świetny popis zespołowej interakcji i umiejętności budowania wciągającego, wręcz mistycznego nastroju.
Ocena: 9/10
Zaktualizowano: 11.2024
Alice Coltrane featuring Pharoah Sanders and Joe Henderson - "Ptah, the El Daoud" (1970)
1. Ptah, the El Daoud; 2. Turiya and Ramakrishna; 3. Blue Nile; 4. Mantra
Skład: Alice Coltrane - pianino (1,2,4), harfa (3); Pharoah Sanders - saksofon tenorowy (1,4), flet altowy (3), instr. perkusyjne; Joe Henderson - saksofon tenorowy (1,4), flet altowy (3); Ron Carter - kontrabas; Ben Riley - perkusja
Producent: Ed Michel
Zaktualizowano: 11.2024
Alice Coltrane featuring Pharoah Sanders and Joe Henderson - "Ptah, the El Daoud" (1970)
1. Ptah, the El Daoud; 2. Turiya and Ramakrishna; 3. Blue Nile; 4. Mantra
Skład: Alice Coltrane - pianino (1,2,4), harfa (3); Pharoah Sanders - saksofon tenorowy (1,4), flet altowy (3), instr. perkusyjne; Joe Henderson - saksofon tenorowy (1,4), flet altowy (3); Ron Carter - kontrabas; Ben Riley - perkusja
Producent: Ed Michel
Dla recenzji takich płyt warto tu regularnie wchodzić!
OdpowiedzUsuńMasz w terminarzu recenzji uwzględniony album Alice i Santany - "Illuminations" ?
"Illuminations" nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak "Ptah" i następny album Alicji, "Journey in Satchidananda". Prawdę mówiąc, spora jego część mnie wynudziła. Ale kiedyś go sobie pewnie przypomnę i może wtedy podejmę się zrecenzowania.
UsuńDla zainteresowanych: niedawno wyszło długo oczekiwane oryginalne wznowienie na winylu (żaden ruski bootleg). W Polsce na dniach w sprzedaży.
OdpowiedzUsuńWitam
OdpowiedzUsuńWłaśnie przed chwilą dostałem i słucham cudo, piękna płyta i świetnie zrealizowana.