21 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Queen II" (1974)



W ciągu niespełna roku, jaki minął od zakończenia nagrywania debiutu do rozpoczęcia prac nad kolejnym albumem, muzycy poczynili znaczące postępy. "Queen II" to album dojrzały, pełen przemyślanych kompozycji i aranżacji, utrzymanych w już całkowicie wykrystalizowanym, unikalnym stylu. Zwraca uwagę już eleganckie i staranie przemyślane wydanie (przynajmniej w oryginalnej wersji winylowej), z kultową okładką (później ożywioną w teledysku "Bohemian Rhapsody") oraz podziałem na strony białą i czarną, zamiast standardowych A i B. Co prawda, nie jest to album koncepcyjny, ale z całej dyskografii Queen stanowi zdecydowanie najbardziej spójne i dopracowane dzieło.

Pierwszą stronę, a więc białą, wypełniają kompozycje Briana Maya i Rogera Taylora. Gitarzysta odpowiada za cztery pierwsze utwory. Orkiestrowa introdukcja "Procession" (zagrana wyłącznie na przetworzonej efektami gitarze) płynnie przechodzi majestatyczny, łączący przebojowość z hardrockowym ciężarem i dość rozbudowaną strukturą "Father to Son". To zdecydowanie jeden z najlepszych i najbardziej niedocenionych utworów Queen. Podobnie zresztą jak piękna ballada "White Queen (As It Began)", z partią gitary ciekawie imitującą w pewnym momencie sitar. Mniej interesująco wypada "Some Day One Day" - w sumie zwyczajna piosenka, niezbyt przekonująco śpiewana przez jej autora. To taki typowy wypełniacz. Fajnie wypada natomiast napisany przez perkusistę i przez niego zaśpiewany "The Loser in the End", w warstwie muzycznej wyraźnie zdradzający inspirację zeppelinową "Czwórką", ale bez przekraczania cienkiej granicy plagiatu (wpływ Led Zeppelin jest słyszalny także w bluesowej kompozycji Maya "See What a Fool I've Been", która jednak nie trafiła na album, a na stronę B towarzyszącego mu singla).

Druga, czarna strona składa się natomiast z sześciu kompozycji Freddiego Mercury'ego. Zaczyna się od dość konwencjonalnego (pomijając studyjne efekty), hardrockowego "Ogre Battle". Jednak zaraz potem rozbrzmiewa zwariowany "The Fairy Feller's Master-Stroke", z partiami klawesynu i licznymi gitarowymi i wokalnymi nakładkami, rozrzuconymi w stereofonicznym miksie. Urocza miniaturka "Nevermore" daje chwilę wytchnienia przed podniosłym, rozbudowanym "The March of the Black Queen", będącym prekursorem słynnego "Bohemian Rhapsody". Już tutaj zespół umiejętnie połączył elementy rockowe i operowe, nadając im wyraźnie pastiszową formę. To jeden z najbardziej złożonych utworów grupy, zbudowany na polirytmicznym podkładzie i z partiami wokalnymi obejmującymi dwie i pół oktawy. Byłby to świetny finał albumu, ale po nim rozbrzmiewają jeszcze dwa kawałki: celowo niepoważny, ale i tak nieco zbyt banalny "Funny How Love Is" i rozbudowana wersja "Seven Seas of Rhye", w której najlepiej wypada znany z poprzedniego albumu początek, do którego dobudowano już nie tak dobre rozwinięcie. Kawałek został jednak wydany na singlu i odniósł całkiem spory sukces w ojczyźnie muzyków (10. miejsce na UK Singles Chart).

"Queen II" zawiera jedne z najlepszych (i zarazem najbardziej niedocenianych) utworów w całej karierze zespołu, kilka innych na bardzo przyzwoitym poziomie, ale i kilka nieco słabszych. Problem ten dotyczy zresztą całej dyskografii grupy. Ten album jest przynajmniej spójniejszy stylistycznie od późniejszych, nie tak szalenie eklektyczny. Tym większa szkoda, że ostateczny efekt budzi dość mieszane odczucia, choć ze zdecydowaną przewagą tych pozytywnych.

Ocena: 8/10



Queen - "Queen II" (1974)

1. Procession; 2. Father to Son; 3. White Queen (As It Began); 4. Some Day One Day; 5. The Loser in the End; 6. Ogre Battle; 7. The Fairy Feller's Master-Stroke; 8. Nevermore; 9. The March of the Black Queen; 10. Funny How Love Is; 11. Seven Seas of Rhye

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara, pianino (2), wokal (4), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, gitara (2); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (5), dodatkowy wokal
Gościnnie: Roy Thomas Baker - instr. perkusyjne (7), stylofon (11)
Producent: Roy Thomas Baker, Robin Geoffrey Cable i Queen


11 komentarzy:

  1. Czyżby w związku z niedawno wydanym filmem biograficznym o QUEEN, zabrał się pan za poprawki ich dyskografii? Pamiętam ostaniom ocenę tego albumu 9/10 myślę że na 8 też zasługuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbieg okoliczności, po prostu doszedłem z poprawkami do momentu, kiedy pojawiły się recenzje tego zespołu. Ostatnią oceną było faktycznie 9, ale po długim namyśle stwierdziłem, że to trochę za wysoko dla tego albumu.

      Usuń
    2. Ja za to po pierwszym akapicie recenzji wnioskuję, że większej oceny niż 8 w Queen nie będzie. Choć może się mylę...

      Usuń
  2. Chciałem napisać - prawie - to samo, z tą różnicą, że pewnie żaden album Queenu nie będzie miał więcej niż 7, plus w wielu recenzjach zaczną brylować epitety "patos", "kicz", "tandeta". A eklektyzm stanie się zmorą.

    Na to liczę. Wilsonem i PT zaostrzyłeś mi apetyt na pomyje.

    Pewno też przyznasz mi w końcu rację, że Queen to top przecenianych kapel.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że patos i kicz są u Queen obecne, tylko że zespół całkowicie świadomie nimi operował, bawiąc się taką estetyką i budując z tych elementów swój unikalny, rozpoznawalny i ciekawy styl. Gdyby tylko efekt częściej był taki, jak w "The March of the Black Queen" czy późniejszym "The Prophet's Song", a zarazem zespół grałby mniej pierdół w stylu "Some Day One Day" i "Seven Seas of Rhye", to z pewnością byłby mniej znany, ale byłby uznawany za kultowy, choć niedoceniany zespół prog-rockowy.

      Za to na żywo byli w tym początkowym okresie naprawdę świetnym zespołem hardrockowym.

      Na pomyje musisz poczekać aż dojdę do lat 80.

      Usuń
    2. Oj, w latach 80. to będzie pewno wiadro pomyj ;) Ale mam nadzieję, że chociaż ominie to mój ulubiony "The Miracle".

      Usuń
    3. Wedle obecnych ocen "The Miracle" ma 7/10 i coś czuję, że za dużo się to nie zmieni. :P
      Mnie tam ani wczesne, ani późniejsze płyty Queen nigdy nie zachwycały, za wyjątkiem "Innuendo".

      Usuń
  3. A czy zamiast tracić czas na recenzje już istniejące to nie lepiej go spożytkować i pisać coś nowego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stare recenzje wymagają aktualizacji, część Czytelników najbardziej czeka właśnie na te odświeżone opinie, a nowe recenzje są przecież regularnie publikowane. Więc gdzie problem?

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Nie byłoby, bo taki system, że zupełnie nowe recenzje pojawiają się co drugi dzień, odpowiada mi także z innych względów.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.