23 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "A Night at the Opera" (1975)



"A Night at the Opera" to jeden z tych albumów, który swoją ogromną popularność zawdzięcza praktycznie jednemu utworowi. To właśnie tutaj znalazł się najsłynniejszy utwór Queen - "Bohemian Rhapsody". Pomimo swojej nieradiowej długości, przekraczającej pięć minut, i dość złożonej struktury (z operową częścią a capella), nagranie dotarło na szczyt brytyjskiego notowania singli. Utwór stanowi kwintesencję wczesnego stylu zespołu - jest tu i zgrabny fragment balladowy, i hardrockowe zaostrzenie, i studyjne eksperymenty z dublowaniem ścieżek wokalnych. Czy jednak reszta longplaya prezentuje podobny poziom?

Jest tu kilka utworów podobnego kalibru. Przede wszystkim pełen rozmachu, ośmiominutowy "The Prophet's Song". Klimatyczny wstęp na miniaturowym koto (japońskim instrumencie strunowym), przechodzi w ciężkie hardrockowe granie z ciekawie rozpisanymi partiami wokalnymi, przerwane dziwną częścią a capella z zwielokrotnioną (za pomocą tego samego efektu, którego używał do swojej gitary Brian May) wokalizą Freddiego Mercury'ego. To bez wątpienia najlepszy utwór z tego albumu. Wysoki poziom trzymają także agresywny "Death on Two Legs (Dedicated to…)" i będąca jego całkowitym przeciwieństwem fortepianowa ballada "Love of My Life". Całkiem przyjemnie wypadają jeszcze takie utwory, jak nieco beatlesowski "You're My Best Friend" (pierwsza udana próba kompozytorska Johna Deacona, a zarazem drugi singiel z albumu), akustyczny "'39" (choć albumowa wersja jest za bardzo udziwniona, z oszczędniejszą aranżacją na koncertach wypadał lepiej) oraz wodewilowe pastisze "Lazing on a Sunday Afternoon" i "Seaside Rendezvous", będące zabawnymi przerywnikami (warto zwrócić na pomysłowe imitowanie dęciaków za pomocą głosów w tym ostatnim).

Ale co za dużo, to nie zdrowo i już trzeci pastiszowy kawałek, dixielandowy "Good Company", jest całkowicie zbyteczny. Zwłaszcza, że jest nieco za długi (trzy i pół minuty) jak na żart, przez co irytuje. Do słabszych fragmentów zaliczam także "I'm in Love with My Car" i przede wszystkim banalny "Sweet Lady", które są zupełnie zwyczajnymi hardrockowymi kawałkami, niczym szczególnym się nie wyróżniającymi. Zupełnie niepotrzebnym dodatkiem jest natomiast "God Save the Queen" - gitarowa interpretacja brytyjskiego hymnu, która już od jakiegoś czasu była odtwarzana z taśmy na zakończenie każdego występu grupy. Warto dodać, że nie był to zbyt oryginalny pomysł, bo na zakończenie albumu rockową aranżacją hymnu już pięć lat wcześniej wpadli muzycy Gentle Giant ("The Queen" z eponimicznego debiutu). Zresztą styl gry Briana Maya zdaje się wiele zawdzięczać gitarowej solówce z innego utworu tej grupy, "Peel the Paint" z "Three Friends". A i być może zamiłowanie Queen do dziwnych, wielogłowych wokali ma źródło w twórczości Łagodnego Olbrzyma.

Odpowiedź na pytanie postawione w pierwszym akapicie nie jest zatem twierdzące. "A Night at the Opera" to nierówny album, zawierający kilka niemalże genialnych przebłysków, wiele bardzo przyjemnych, ale i parę zwykłych zapełniaczy. Problemem jest tu też przesadny eklektyzm. Z jednej strony fajnie, że zespół potrafi zachować rozpoznawalność w tak różnych stylach, ale z drugiej - wpływa to bardzo niekorzystnie na spójność jego albumów. "A Night at the Opera", pomimo tych wad, jest jednak jednym z najlepszych zbiorów utworów, jakie zaproponowała grupa. 

Ocena: 8/10

PS. Historię powstawania tego albumu opisałem szczegółowo w tym artykule (link).



Queen - "A Night at the Opera" (1975)

1. Death on Two Legs (Dedicated to…); 2. Lazing on a Sunday Afternoon; 3. I'm in Love with My Car; 4. You're My Best Friend; 5. '39; 6. Sweet Lady; 7. Seaside Rendezvous; 8. The Prophet's Song; 9. Love of My Life; 10. Good Company; 11. Bohemian Rhapsody; 12. God Save the Queen

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, wokal (5,10), koto (8), harfa (9), ukulele (10), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, kontrabas (1,5), pianino elektryczne (4); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, gitara (3), wokal (3), dodatkowy wokal
Producent: Roy Thomas Baker i Queen


8 komentarzy:

  1. Tak naprawdę to na 12 utworów połowa to dzieła najwyższej klasy a pozostałe to wypełniacze i gnioty. Jednakże te 6 wspaniałych kawałków sprawia że płyta jest wybitna. Mbie jednak bardzo razi ten nierówny poziom. W mojej ocenie dopiero następna płyta zespołu jako całość jest arcydziełem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerze powiedziawszy to nie uważam, że chociaż jedna piosenka tu zawarta odstaje poziomem od innych. Wszystkie bardzo mi się podobają. Wspaniały album, któremu przyznaję 10/10 :D. Ach uwielbiam te żartobliwe pastisze...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakoś nigdy nie mogłem się przekonać do Queen. Takie "dla każdego coś miłego". Gramy rocka ale na popowo żeby sprzedać więcej płyt. Zespół kalkulator.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jednej strony tak, ale z drugiej - na początku kariery nagrali parę dobrych i nawet wartościowych (przede wszystkim dlatego, że za ich sprawą ktoś może zainteresować się ambitniejszą muzyką, ale nie tylko dlatego) rzeczy. Na koncertach byli w tamtym czasie świetni, w studiu trochę mniej, bo właśnie ciążyli bardziej w stronę popu. Ale był to jednak dobry pop. Przystępność nie zawsze idzie w parze z kompletnym chłamem.

      Usuń
  4. Ej no - "Sweet Lady" wyróżnia się dość nietypowym (jak na hard rock) metrum 3/4. Tylko tyle i aż tyle.

    A nie uważasz, że "The Prophet's Song" traci trochę przez ten udziwniony środek a capella?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A i tak ostateczny efekt to tylko sztampowy, miałki kawałek.

      Na pewno jest dzięki niemu bardziej oryginalny i niekonwencjonalny, więc nie powiedziałbym, że traci. Ale nie zaszkodziłoby trochę skrócić ten fragment.

      Usuń
  5. Oj coś "lubili" muzycy ten hymn... Neil Young, Hendrix, Beatlesi, Sex Pistols, Family (ta grupa, w której grał John Wetton), no i Queen. A lista jeszcze parę pozycji ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wersja Queen jest tak podobna do tej Gentle Giant i pełni na albumie dokładnie taką samą rolę, że to nie może wynikać tylko z lubienia hymnu ;) Tym bardziej, że w słynnej solówce Maya z "Son and Daughter" / "Brighton Rock" słychać wyraźną inspirację solówką z "Peel the Paint". Musiał znać GG i się nim inspirować.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.