30 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Hot Space" (1982)



Podczas sesji "Flash Gordon" muzycy Queen dopiero uczyli się wydobywać dźwięki z syntezatorów (i nie wiedzieć czemu, efekty tych prób wydali na płycie), a w trakcie nagrywania "Hot Space" radzili sobie już całkiem nieźle z graniem na nich nieskomplikowanych melodii. Po wielkim sukcesie singla "Another One Bites the Dust" (szczególnie w Stanach), muzycy postanowili nagrać album (prawie) w całości utrzymany w stylistyce funk i disco. Syntezatory są już nie tylko dodatkiem, jak na "The Game", ale podstawowym instrumentem. Gitara Briana Maya została zepchnięta na dalszy plan (zwykle zresztą gitarzysta ogranicza się do typowo funkowego podkładu), John Deacon w kilku utworach w ogóle nie gra na basie, zastąpiony syntezatorem, a Rogera Taylora czasem wyręcza automat perkusyjny. Jedyne, co się w ogóle nie zmieniło, to śpiew Freddiego Mercury'ego, który niezmiennie tak samo zachwyca - chyba, że akurat wspina się na mniej męskie rejestry.

Początek albumu jest nawet nie najgorszy. "Staying Power" (wzbogacony sekcją dętą), "Dancer", a zwłaszcza "Back Chat" naprawdę fajnie bujają i pokazują, że zespół bardzo dobrze odnalazł się w tej nowej stylistyce, nawet jeśli nosi ona znamiona pastiszu. Wiadomo, nie jest to nic choćby w małym stopniu ambitnego, ale sprawdza się w swojej roli muzyki czysto użytkowej. Zdecydowanie mniej udanie wypadają najbardziej syntetyczny, pozbawiony melodii "Body Language" i toporny "Action This Day" (z nieznośnie prostackim automatem perkusyjnym, niepasującym refrenem i nieciekawymi partiami saksofonu). Kolejne cztery utwory bliższe są stylistyki wcześniejszych albumów zespołu. Niby-hardrockowy "Put Out the Fire" i łagodniejszy "Calling All Girls" wypadają okropnie banalnie, wręcz żenująco. Natomiast bardzo lennonowskiej balladzie "Life Is Real", zresztą zadedykowanej zastrzelonemu Beatlesowi, nie można odmówić pewnego uroku. To jeden z bardziej udanych utworów na longplayu. Ale druga ballada, "Las Palabras de Amor", wypada nieznośnie kiczowato i patetycznie (w dodatku jest to właściwie powtórka "Teo Torriatte", tylko tym razem dedykowana nie japońskim, a hiszpańskim fanom). "Cool Cat" to powrót do tanecznej stylistyki z początku albumu, ale jest utrzymany w zbyt leniwym tempie i irytuje falsetową partią wokalną. Na zakończenie pojawia się jedyny, ale naprawdę wielki przebój z tego albumu - słynny "Under Pressure", nagrany wspólnie z Davidem Bowie (na singlu wydany już pół roku przed albumem, a w międzyczasie znalazł się nawet na północnoamerykańskich wydaniach "Greatest Hits"). Choć nigdy za nim nie przepadałem, na tym albumie jest jednym z lepszych momentów.

"Hot Space" to na pewno dziwny album. Pomijając "Flash Gordon", najbardziej odchodzi on od rozpoznawalnych elementów stylu Queen. Choć grupę zawsze cechowała spora eklektyczność, to w jakim stylu by nie grała, od razu można rozpoznać z jakim zespołem mamy do czynienia. W przypadku niektórych utworów z tego albumu, ta rozpoznawalność całkowicie zanika. Można zarzucić muzykom (szczególnie Mercury'emu i Deaconowi, których najbardziej ciągnęło w tym kierunku) pozbycie się własnej tożsamości i zwrot w stronę bardzo popularnej wówczas stylistyki. Ale to właśnie te zupełnie nie-queenowe kawałki wnoszą jakąś nową jakość i w większości należą do najlepszych momentów albumu. Podczas gdy te najbardziej typowe i wtórne z reguły zaliczają się do najsłabszych. Ogólnie, poziom kompozytorski nie jest tu wysoki, wykonanie jest dalekie od porywającego, a brzmienie wyraźnie się zestarzało. "Hot Space" to zdecydowanie jedno ze słabszych dokonań zespołu, choć mające pewne przebłyski.

Ocena: 4/10



Queen - "Hot Space" (1982)

1. Staying Power; 2. Dancer; 3. Back Chat; 4. Body Language; 5. Action This Day; 6. Put Out the Fire; 7. Life Is Real (Song for Lennon); 8. Calling All Girls; 9. Las Palabras de Amor (The Words of Love); 10. Cool Cat; 11. Under Pressure

Skład: Freddie Mercury - wokal, instr. klawiszowe (1,4,5,7,10,11), syntezator basowy (1,4); Brian May - gitara, syntezator basowy (2), instr. klawiszowe (9), wokal (9), dodatkowy wokal; John Deacon - bass (3,6-11), gitara (1,3,10), syntezator (3,10); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, gitara (5,8), syntezator (5), wokal (5), dodatkowy wokal
Gościnnie: Arif Mardin - aranżacja dęciaków (1); Reinhold Mack - syntezator basowy (5); Dino Solera - saksofon (5); David Bowie - wokal i syntezator (11)
Producent: Queen i Reinhold Mack, Arif Mardin (1), David Bowie (11)


8 komentarzy:

  1. Oczywiście płyta jest największym nieporozumieniem w całej karierze Queen. Doprawdy nie znajduję nic godnego uwagi w tej muzyce. Broni się jedynie Under Pressure chociaż nigdy nie przepadałem za tym utworem. Bardziej zyskuje na koncertach. Ni właśnie. Zastanawiające jest to że po tak kieoskiej płycie grupa nie straciła na popularności. Patrząc na wielką trasę koncertową ktora obejmowala Europę, Stany Zjednoczone i Japonię widać że popyt na występy na żywo był ogromny. Można też zobaczyć na archiwalych materiałach video i dostępnych oficjalnych rejestracjach koncertów że hale i stadiony pękały w szwach. No cóż, inna sprawa że sam bym był w siódmym niebie móc usłyszeć i zobaczyć np. Somebody To Love w Milton Keynes. I nawet wybaczyłbym zespołowi takie gnioty jak Action This Day czy Back Chat jakie wtedy wykonali. Co ciekawe późniejsze płyty nie dorównywały osiągnięciom z lat 70 a grupa grała najbardziej spektakularne koncerty w karierze. Nie powiem, oglądając na dvd koncerty z tamtych lat uczestniczy się niemal w misterium. A co dopiero być na takim koncercie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, dla rockowych słuchaczy najlepszy okres twórczości Queen to lata 70. (plus ewentualnie przełom lat 80. i 90.), ale bardziej komercyjna twórczość z lat 80. trafiła do szerszego grona słuchaczy i stąd te wszystkie "stadionowe" trasy koncertowe. To, co zespół zaproponował na "Hot Space", idealnie wpasowało się w ówczesne trendy - przynajmniej te kreowane przez media.

      Na żywo utwory z tego albumu nieco zyskiwały, ale i tak były najsłabszymi momentami ówczesnych koncertów.

      Usuń
  2. No tak, w Back Chat jest nawet fajna solówka Briana (np. w Milton Keynes). Kiedyś miałem też bootleg z koncertu z USA gdzie grali nawet Body Language, Calling All Girls i Put Out The Fire. Wygląda na to że na tej trasie grali większość kawałków z tej miernej płyty. Niewiarygodne

    OdpowiedzUsuń
  3. Inny, świeży i niedoceniany album. Innowacyjny, dlatego jeden z moich ulubionych w dyskografii Queen. Dęciaki dały nowy koloryt zespołowi, sporo eksperymentów. Jeden z moich ulubionych albumów Queen. Natomiast najgorsze albumy Queen to dla mnie News of the World, Jazz oraz Works. Pomimo, że na każdym z nich znajdują się perełki czy hity, to rażą jednak poziomem produkcji, chaotycznością lub zgiełkliwością

    OdpowiedzUsuń
  4. Co za pozytywna recenzja, liczyłem na większe zjechanie tego albumu i ocenę 2/10

    OdpowiedzUsuń
  5. postanowiłem przypomnieć sobie album, w pewnym momencie słuchania tzw. pierwszej strony przypomniały mi się słynne słowa z Misia : zaraz odwiozą mnie do Tworek. Ulga nadeszła przy Put Out the Fire gdy usłyszałem gitarę Maya. niestety trwała krótko - Life is Real - gdyby nie była songiem for Lennon nikt by jej nie zapamiętał, chyba nawet nie stała koło znanych melancholików Mercurego. proszę mnie poprawić - może się pomylę ale utwór chyba nawet nie wszedł do zestawu koncertowego. Nie będę pisał co by było gdyby Lennon to usłyszał. Potem było już tylko gorzej. na końcu Under Pressure chyba najlepszy z zestawu Hot Space - ale raczej przekombinowany.

    kocham Queen ale 4 to zdecydowanie za wysoko,
    może jeden ? ale wyjdę na łajdaka
    no to 2
    reasumując -- Hot Space to dziwak
    za mało cukru w cukrze czyli Queena w Queen

    OdpowiedzUsuń
  6. pamiętam że notowaniach Trójki Marka Niedźwiedzkiego najpierw Body Language bujał się obok "pudła" a Las Palabras de Amor był na 1 miejscu w sierpniu 82 i na tym był koniec. Nie słuchałem wtedy tej płyty ale pomyślałem że skoro tak - to album musi być naprawdę cienki.
    Wydawało mi się kiedyś że jak nawet płyta ma słabe piosenki to siłą Queen jest to że się je nuci. Proszę próbować zanucić : Back cHat albo coś innego - po prostu te utwory nie zapadają w pamięć
    Za każdym razem mam wrażenie że słyszę je po raz pierwszy
    A jak powiedział inżynier Mamoń - "No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę".
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Bo funk/disco to muzyka do tańca, a nie nucenia pod prysznicem czy śpiewania przy ognisku. Tutaj liczy się rytm, nie melodia. I pierwsze trzy utwory, szczególnie "Back Chat", doskonale się sprawdzają jako tego typu muzyka. "Hot Space" mógłby być świetnym albumem na imprezę, gdyby nie wepchnięto tu na siłę paru kawałków w starym stylu, które (poza przyzwoitym, ale nic więcej "Life Is Real") są naprawdę tragiczne.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.