20 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Queen" (1973)



Queen to bez wątpienia jeden z najbardziej charakterystycznych zespołów rockowych. Charyzmatyczny, niezwykle utalentowany wokalista Freddie Mercury i mający bardzo oryginalne brzmienie gitarzysta Brian May zapewniają natychmiastową rozpoznawalność. I to pomimo wyjątkowo eklektycznego stylu, czerpiącego inspiracje z praktycznie całej muzyki popularnej. W ciągu swojej niespełna dwudziestoletniej kariery (późniejsze poczynania Maya i perkusisty Rogera Taylora lepiej pominąć milczeniem) zespół zyskał ogromną sławę, która zapewniła mu nieśmiertelność. Ale mam wrażenie, że jest traktowany raczej jako pewne zjawisko lub popowa gwiazda, a większości słuchaczy wystarcza znajomość największych przebojów. Tymczasem albumy zespołu nierzadko pokazywały, że muzyków stać na dużo więcej, niż tworzenie popowych hymnów.

Już na swoim fonograficznym debiucie zespół pokazał, że ma na siebie oryginalny pomysł. Co słychać przede wszystkim w takich utworach, jak "My Fairy King", "Liar" i "Jesus". We wszystkich zwracają uwagę charakterystyczne, często wielogłosowe partie wokalne i zwielokrotnione za pomocą efektów brzmienie gitary. Ujawnia się w nich także zamiłowanie do takiej nieco kiczowatej, pastiszowej, teatralnej estetyki. Na albumie dominuje jednak granie o zdecydowanie hardrockowym charakterze. W "Great King Rat", wspomnianym "Liar", a zwłaszcza w "Son and Daughter" nie brakuje ciężkich gitarowych riffów, uzupełnianych solidną grą sekcji rytmicznej. Warto zauważyć, ze basista John Deacon nie ogranicza się tu do samego akompaniamentu - w "Son and Daughter" jego partie doskonale uzupełniają się z gitarą Maya, a w "Liar" gra nawet krótkie solo. Najostrzejszym utworem jest rozpędzony, nietrwający nawet dwóch minut "Modern Times Rock 'n' Roll", w którym obowiązki wokalisty przejął Taylor. Bardziej przebojową odmianę hard rocka zaprezentowano natomiast w "Keep Yourself Alive", wybranym na singiel, który jednak został całkowicie zignorowany (za to w koncertowym repertuarze utrzymał się praktycznie do samego końca). Mniej przekonująco wypadają tutaj spokojniejsze kawałki. Nieco beatlesowski "Doin' All Right" jest zwyczajnie banalny, a ballada "The Night Comes Down" wypadła dość topornie. Dość ciekawy jest natomiast "Seven Seas of Rhye", ale to tylko minutowa miniaturka, która w pełnej wersji została zaprezentowana dopiero na kolejnym albumie.

"Queen" to całkiem udany debiut mającego na siebie pomysł zespołu, choć pokazujący jeszcze pewną niedojrzałość muzyków, zwłaszcza w kompozytorskim warsztacie. Nie pomaga fakt, że zespół został nieco wygładzony brzmieniowo, przez co utwory w rodzaju "Son and Daughter" i "Liar" nie zabrzmiały tak potężnie, jak podczas koncertów. 

Ocena: 7/10



Queen - "Queen" (1973)

1. Keep Yourself Alive; 2. Doing All Right; 3. Great King Rat; 4. My Fairy King; 5. Liar; 6. The Night Comes Down; 7. Modern Times Rock 'n' Roll; 8. Son and Daughter; 9. Jesus; 10. Seven Seas of Rhye...

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara, pianino (2), dodatkowy wokal; John Deacon - bass; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (7), dodatkowy wokal
Producent: John Anthony, Roy Thomas Baker i Queen


14 komentarzy:

  1. A ja tam uważam "My Fairy King" za jeden z najlepszych niedocenionych utworów Queen w ogóle. A sam krążek podoba mi się zdecydowanie bardziej od Queen II;) Tak jak piszesz - fajne jest to, że od pierwszych dźwięków słychać, że to TEN zespół. Teraz większość kapel ma problem z rozpoznawalnością.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie uważasz, że zbierając ich twórczość do kupy (tę z lat 1973-1996) to chyba najbardziej przeceniony zespół na świecie?

    Napisałeś, też że twórczość Maja i tego drugiego "po niespełna 20 letniej karierze zespołu "lepiej pominąć milczeniem - zatem Made in Heaven jest taki zły?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie uważam. Nawet jeśli druga połowa dyskografii jest wyraźnie słabsza od pierwszej, to nie inaczej jest u 99% innych rockowych wykonawców. Za to w tej pierwszej połowie są albumy na poziomie, do jakiego wiele bardzo cenionych wykonawców nigdy się nie zbliżyło.

      Miałem na myśli trasy koncertowe bez Mercury'ego i Deacona, a nie "Made in Heaven", który w znacznym stopniu składa się z materiału nagranego w ciągu tamtych 20 lat.

      Usuń
    2. Ale mam wrażenie, że mnóstwo osób podchodzi do tego zespołu bezkrytycznie, nikt nie odważy się krytykować jego muzyków, a za najlepszy moment koncertowy w dziejach muzyki uważa śpiewanie Radio Ga Ga na Live aid przez kilkadziesiąt tysięcy osób.

      I mam wrażenie, że najbardziej rozdmuchiwanie osiągnięcia tego zespołu, to płyty od lat 80. w górę i ledwie kilka pojedynczych utworów z wczesniejszych.

      Usuń
    3. To samo można powiedzieć o każdym innym tak popularnym wykonawcy. A u Queen jednak ogólny poziom jest wyższy, niż u Metalliki, U2 czy Deep Purple.

      Usuń
    4. Niestety wiele rock'owych zespołów to tylko jedna albo parę dobrych płyt. Tym bardziej smutne jest to jeśli taki zespół sięga dna np. Yes.

      Usuń
  3. A tak swoją drogą, widziałeś, bądź wybierasz się na filmidło, dzięki którym o tej kapeli ostatnio jest znowu troszkę głośniej? ;) A jeśli byłeś, to jak wrażenia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie widziałem i nie wybieram się. Szczerze mówiąc, nie interesuje mnie. Ty, jak mniemam, już widziałeś i nie podobało się ("filmidło")?

      Usuń
    2. Akurat "filmidło" nie miało wydźwięku pejoratywnego, po prostu uwielbiam to słowo :D

      Film faktycznie nie widziałem i faktycznie mi się nie podobał. Z mnóstwa powodów, ale skoro Cię to dzieło nie interesuje, to nie widzę sensu ich tu wymieniać :D

      Usuń
    3. Sam film mnie nie interesuje, ale opinią przecież możesz się podzielić ;)

      Usuń
    4. Tak w skrócie, jest to nieanimowana bajka Disneya, a nie film o legendarnej kapeli rockowej. Nad całością w pewnym stopniu czuwali May z Taylorem i od razu widać, że pilnowali, żeby wszystko było odpowiednio ugrzecznione. Są sobie fajne chłopaki znikąd, spotykają jeszcze fajniejszego chłopaka znikąd i zakładają zespół. Są jakieś tam trudności, czasem coś się stanie, ale ogólnie jest to życie niewiele ciekawsze, co u przeciętnego małżeństwa z dwójką dzieci.

      A z pewnością nikt tam nie słyszał o złotej zasadzie "Show, don't tell". Każdy trudny temat - seks, alkohol, narkotyki, w dużej mierze nawet choroba Mercury'ego - jest nam opowiadany wyłącznie przez dialogi. OGLĄDAJĄĆ FILM, zamiast ZOBACZYĆ ciekawie pokazane trudy bycia członkiem słynnego zespołu wyprzedającego stadiony, SŁUCHAMY muzyków OPOWIADAJĄCYCH jaki to alkohol jest zły, jak to showbiznes wciąga w narkotyki, jakie to męczące nie są trasy koncertowe. Zupełnie, jakby zabrakło czasu na przygotowanie odpowiednich scen i ujęć, a bohaterowie dostali losowe fragmenty biografii zespołu do przeczytania.

      A że ani reżyser, ani scenarzysta ewidentnie nie umieją w ekspozycję, szybko przyjmuje to formę tzw. "mówienia do widza" - bohaterowie rozmawiają o rzeczach, które doskonale wiedzą, ale my nie :D Często dzieje się to bez żadnego kontekstu, po prostu zaczynają mówić, bo akurat scenariusz wymaga odhaczenia tego niewygodnego wycinka z historii grupy lub tego z obowiązkowych elementów każdego filmu o zespole rockowym. Aktorstwo przy tym też nie jest zbytnio na poziomie, bo trudno było dobrać kogoś zarówno pod kątem podobieństwa do odgrywanych postaci oraz zdolności aktorskich i prym wiódł jednak ten pierwszy punkt. Jest to więc film źle zagrany i na dobrą sprawę wręcz przekłamujący historię Queen, co będzie wiedział każdy, kto przeczytał choć jedną o niej choć jedną książkę (ja nie czytałem, a i tak wiedziałem, bo to wszystko aż ocieka lukrem)

      Niby fajnym smaczkiem jest końcówka filmu, w której z ogromnych rozmachem ekipa odgrywa dość wiernie duży fragment jednego z ważniejszych koncertów w historii Queen (nie będę mówił dokładnie którego, bo to by był megaspoiler), ale nie jest to zbyt duża rekompensata bo.... nagranie tego wydarzenia w całości wisi na YouTube i (niespodzianka!) robi dużo większe wrażenie, głównie ze względu na fakt, że aktor odgrywający Freddie'ego nie ma za grosz ogromnej charyzmy, którą miał on sam.

      Aż trudno uwierzyć, jak może być nudny film o Queen. A przecież to wręcz samopisząca się historia!

      Usuń
    5. O tym, że film jest ugrzeczniony i nie zawsze zgodny z faktami, to już czytałem, ale za inne rzeczy, np. za aktorstwo, jest bardzo chwalony. Pytanie, na ile to kwestia marketingu ;)

      Usuń
    6. Właśnie mnie to dziwiło - fakt, można odczuć momentami wrażenie, jakby faktycznie obcowało się z Queen, ale to tylko ze względu na uderzające podobieństwo aktorów. Same dialogi są dosyć drętwe. Momentami miałem wrażenie, że stać ich było na więcej, ale przez ten "ulizany żelem" scenariusz w ogóle nie byli w stanie poczuć odpowiedniego klimatu.

      Usuń
    7. Dla mnie to jeden z tych filmów, gdzie podczas seansu bawisz się wystrzałowo (głównie dzięki muzyce), ale po pewnym czasie, gdy emocje opadną, zaczynasz dostrzegać coraz więcej jego wad i chcesz obniżyć ocenę.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.