24 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "A Day at the Races" (1976)



Okładka i tytuł (ponownie zaczerpnięty z filmu braci Marx) piątego albumu Queen to ewidentna próba zdyskontowania wielkiego sukcesu "A Night at the Opera". Zresztą zakończona pełnym sukcesem. Szczyt brytyjskiego notowania znów został zdobyty, w Stanach było niewiele gorzej, niż poprzednio (znów miejsce w pierwszej piątce listy Billboardu). A jednak w ogólnym rozrachunku "A Day at the Races" do dnia dzisiejszego sprzedał się w znacznie mniejszym nakładzie. Przyczyn takiego stanu rzeczy mogło być kilka, część z nich wydaje się oczywista.

"A Day at the Races" to kolejny bardzo eklektyczny zbiór kawałków, bez żadnego pomysłu na całość. Zespół właściwie niczym tu już nie zaskakuje, jedynie powtarza patenty, które przyniosły mu sławę. Poszczególne fragmenty nierzadko są odpowiednikami utworów z poprzednich albumów. Brak tu jednak kompozycji na miarę "Bohemian Rhapsody" i "The Prophet's Song". Najjaśniejszym i najświeższym punktem jest "Somebody to Love", zresztą całkiem spory przebój, wzbogacający twórczość zespołu o wpływy gospel. Wysoki poziom trzymają też dwa inne utwory: urocza ballada "You Take My Breath Away" (godny następca "Love of My Life") i jeden z najcięższych utworów w studyjnej dyskografii zespołu, "White Man". Do udanych fragmentów można jeszcze zaliczyć takie kawałki jak hardrockowo zagrany rock and roll "Tie Your Mother Down" oraz pastiszowe "Good Old-Fashioned Lover Boy" i "The Millionaire Waltz" (dwa pierwsze były wydane na singlach, ale nie odniosły większego sukcesu). Żadnego z tych sześciu utworów nie umieściłbym jednak wśród największych osiągnięć zespołu. Na albumie znalazły się też takie nagrania, jak banalne "Long Away" i "You and I", czy przesłodzona ballada "Teo Torriatte (Let Us Cling Together)". Żadnego z nich nie postawiłbym jednak wśród największych gniotów nagranych przez zespół.

"A Day at the Races" to nie do końca udana próba nagrania drugiego "A Night at the Opera", zbyt wtórna w stosunku do swojego poprzednika, bezpieczna (żadnych nowych rozwiązań) i zawierająca nieco słabsze kompozycje. Z drugiej strony, album wydaje się nieco bardziej zwarty i spójny, poziom poszczególnych utworów też jest trochę bardziej wyrównany. W ogólnym rozrachunku, jest to album na pewno mniej istotny, ale tylko nieznacznie słabszy.

Ocena: 7/10



Queen - "A Day at the Races" (1976)

1. Tie Your Mother Down; 2. You Take My Breath Away; 3. Long Away; 4. The Millionaire Waltz; 5. You and I; 6. Somebody to Love; 7. White Man; 8. Good Old-Fashioned Lover Boy; 9. Drowse; 10. Teo Torriatte (Let Us Cling Together)

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, wokal (3), instr. klawiszowe (10), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, gitara (5); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (9), gitara (9), dodatkowy wokal
Gościnnie: Mike Stone - dodatkowy wokal (8)
Producent: Queen


4 komentarze:

  1. Nie wiem co może być największym gniotem nagranym przez zespół ... ale "wrócisz" recenzję Flash Gordon?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Flash Gordon" nigdy nie recenzowałem. Poznałem ten... to coś dopiero dwa lata temu i pamiętam, że strasznie żałowałem, że to zrobiłem. Nie chciałbym przez to znów przechodzić.

      To jest ich najgorsze długogrające wydawnictwo, a co do utworów, to nie zapominajmy, że nagrali takie cuda, jak "Bicycle Race" czy "Radio Ga Ga" ;)

      Ale dziś z okazji rocznicy śmierci Mercury'ego przypomniałem sobie "Live at the Rainbow '74" i to naprawdę jest dobra rzecz. 9/10 aktualne.

      Usuń
  2. Zdawało mi się, że odwoływałeś się do FG w recenzji "Hot Space", pisząc, że HS nie jest aż tak koszmarny, jak jego poprzednik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bynajmniej. Wspomniałem tam o "FG", sugerując, że to tylko nieistotne, poboczne wydawnictwo i że w takim razie "HS" jest najsłabszym regularnym albumem.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.