11 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Highway to Hell" (1979)



Wydany zaledwie pół roku przed śmiercią Bona Scotta album "Highway to Hell" okazał się pierwszy prawdziwym sukcesem komercyjnym w karierze AC/DC (choć już wcześniejsze wydawnictwa sprzedawały się całkiem nieźle). Na zainteresowanie tym longplayem z pewnością wpłynęła wspomniana tragedia. Jednak trzeba przyznać, że to jedno z najlepszych wydawnictw zespołu. Zaledwie rok po słabym "Powerage", muzykom udało się wrócić do dobrej formy kompozytorskiej i stworzyć jeden z najlepszych zbiorów utworów w swojej karierze, jeśli nie najlepszy (choć poważnym konkurentem jest "Let There Be Rock").

Najbardziej znanym utworem jest oczywiście tytułowy "Highway to Hell" - oparty na od razu rozpoznawalnym riffie (który bez problemu mógłby zagrać każdy początkujący gitarzysta), z równie zapamiętywanym refrenem. Jednak album ma do zaoferowania znacznie więcej. Potężnej dawki energii i chwytliwych melodii nie brakuje w takich utworach, jak "Shot Down in Flames", "If You Want Blood (You've Got It)" czy "Girls Got Rhythm", choć najbardziej stadionowe refreny - pomijając kawałek tytułowy - znajdziemy w "Walk All Over You" i "Love Hungry Man". Świetnie wypadają też te nieco bardziej stonowane utwory, jak bardzo melodyjny "Touch Too Much" (mój faworyt z tego albumu) i bluesowy "Night Prowler". Niestety, nie obyło się bez mniej udanych fragmentów, czego przykładem banalne "Beating Around the Bush" i "Get It Hot".

W kategorii mainstreamowego, nastawionego na samą rozrywkę rocka, jest to zdecydowanie jeden z najlepszych albumów. Warto też zauważyć, że "Highway to Hell" to pierwszy album zespołu, od którego wydania z poszczególnych kontynentów przestały różnić się zawartością (aczkolwiek wydanie australijskie ma nieco zmodyfikowaną okładkę).

Ocena: 7/10



AC/DC - "Highway to Hell" (1979)

1. Highway to Hell; 2. Girls Got Rhythm; 3. Walk All Over You; 4. Touch Too Much; 5. Beating Around the Bush; 6. Shot Down in Flames; 7. Get It Hot; 8. If You Want Blood (You've Got It); 9. Love Hungry Man; 10. Night Prowler

Skład: Bon Scott - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Robert John "Mutt" Lange

Po prawej: okładka wydania australijskiego.


9 komentarzy:

  1. Moim zdaniem najlepsza płyta AC/DC. Bez ani jednego słabego momentu. Szkoda, że była to ostatni album ze wspaniałym Bonem Scottem. Moja ocena 10/10 :D.

    OdpowiedzUsuń
  2. To co nieśmiało wykluwało się na Powerage, tutaj zyskało niemal doskonały kształt. Zmiana producenta, wpłynęła na bardziej przyjazne radiu i... amerykańskiemu odbiorcy brzmienie oraz jeszcze bardziej chwytliwe melodie. To jeden z najbardziej przebojowych albumów grupy. W dodatku niepozbawiony pełnego rozmachu czadu. A właśnie ten czynnik kulał na poprzedniej płycie najbardziej. Highway to Hell to jakby połączenie uderzenia Let There Be Rock z najbardziej hitowymi momentami na Powerage. Niniejszym otrzymaliśmy więc styl, któremu panowie będą hołdować na kolejnych płytach, nagranych już z nowym wokalistą... Podobnie jak na Let There Be Rock, płyta jest równa i ciężko wyłowić jakąś chwilę słabości. Nawet taki silnie zamerykanizowany Love Hungry Man miło zaskakuje, choć arcydziełem na pewno nie jest. Ale już cała reszta to "ejsidisowy" hard rock w najlepszym wydaniu. Już nie tak czytelnie bazujący na bluesie (Walk All Over You, Shot Down in Flames, If You Want Blood... You've Got it), choć z drugiej strony absolutnie się odeń nie odcinającym (Beating Around the Bush, Night Prowler). Więcej tu jednak motorycznego czadu, już bardzo stadionowych zaśpiewów, bardziej swobodnego i niezależnego od riffów wokalu Scotta, niestety łabędziego... Począwszy od najbardziej tu klasycznej kompozycji tytułowej, właściwie każdy kolejny utwór to potencjalny lub realny przebój. Weźmy chociażby Touch Too Much, już ewidentnie zerkającego w kolejną dekadę i Angusem posługującym się techniką gry kciukiem we wstępie do tegoż (po raz pierwszy zresztą). Czy uskrzydlającym wręcz Get it Hot, z ultrachwytliwym riffen i takimż refrenem. Wspomniane już Shot Down in Flames i If You Want Blood... You've Got it, to także kapitalne, hard rockowe numery o ogromnym przebojowym potencjale. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Highway to Hell to jeden z tych albumów, który zapalił lampkę w głowie wielu późniejszym glammetalowcom, do czego zresztą sami się przyznawali... 10/10

    OdpowiedzUsuń
  3. to tutaj oceny (na RYM) też zleciały? W sumie słusznie. Czyżbyś też stwierdził że to ordynarny akordowy rock stadionowy?

    Z poprawianiem czeka Cię masa roboty... a tymczasem już w poniedziałek początek nowego roku szkolnego ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Powiem Ci tak - nigdy tego albumu nie darzyłem uwielbieniem, nawet w czasie fazy na ACDC (miałem jakieś 17 lat) wolałem debiut (tak, tak...) w wersji australijskiej (ten gdzie był Baby Please d'g i Little Lover) i przede wszystkim Back in Black gdzie (wtedy) nie było dla mnie słabego utworu. Ale że od jakiegoś 2010 ani razu nie słuchałem jednego i drugiego w całości, to zapewne oba bym teraz wyłączył pod dwóch trzech kawałkach. Z tego pamiętam Touch Too Much, tytułowy i Night Prowler. A ocena i tak o 1-2 za wysoka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, akurat AC/DC aż tak bardzo bym się nie czepiał. Przynajmniej są bezpretensjonalni i szczerzy w tym, co robią - nigdy nie udawali, że mają jakiekolwiek ambicje (w przeciwieństwie do np. patetycznego i nadętego Guns N' Roses, albo pozerskiego Van Halen). A w ich muzyce nie było nigdy takiego kiczu, jak u Dio, Iron Maiden czy Scorpions. W tej muzyce chodzi tylko o to, żeby było prosto i energicznie, o dobrą zabawę. I z tego zadania się wywiązuje (w przeciwieństwie do np. Dio, gdzie chodzi o dokładnie to samo i nic więcej, a efekt jest niezamierzenie śmieszny i żałosny). Dlatego nie widzę przeszkód, by te lepsze albumy, jak "Let There Be Rock" i "Highway to Hell", miały ocenę 7 - najwyższą, jaką mogę dać tak nieambitnemu i nieodkrywczemu, ale w sumie przyjemnemu graniu.

      Usuń
    2. No ja też bym się nie czepiał... przecież nie mówię że to coś na dwójkę. Po prostu pewnego typu granie, jak się sobie uświadomi czym jest, budzi lekki uśmiech zażenowania. Koleś sypie 2-3 riffy, solówki oparte na pentatonice (wspomniałeś że motyw z Highway to Hell jest bezproblemowy nawet dla początkującego gitarzysty - uwierz mi, że nie :D ). To mogło być dobre dla buszmenów i dzikiej części Australii, ale w porównaniu z bardziej cywilizowanym graniem zachodu... nie ma co porównywać.

      Nie wiem na co poprawisz BiB, ale myślę, ze krzywdą byłoby uznanie go za gorszy od tej dwójki.

      Ze Scorpionsami zbliżasz się już do XX wieku, czy ACDC też planujesz zakończyć na jakimś konkretnym albumie? (W sumie po For Those About To Rock nastąpiły chude lata i morze syfu, trwające aż do Razora)

      Usuń
    3. A jednak muzyka AC/DC stała się ogromnie popularna na całym świecie - "Back in Black" to podobno drugie najlepiej sprzedające się wydawnictwo w historii fonografii. Dla mnie to zupełnie niepojęte (podobnie jak znaczna większość tytułów na tej liście). Przecież nawet w samym hard rocku jest mnóstwo znacznie lepszych albumów.

      Stawiam go jednak niżej od wspomnianej wyżej dwójki. Jest już na nim ten irytujący wokalista, a muzyka ma jeszcze bardziej komercyjny charakter, całkiem odchodząc od swoich bluesowych korzeni. Nie wiem, ile jeszcze recenzji poprawię.

      Usuń
    4. Widzę, że ostatecznie uważasz, za najlepszy album "Let There Be Rock" - czemu jednak nie Highway?

      Usuń
    5. To podobny poziom. "Let There Be Rock" ma chyba jednak więcej wyrazistych utworów.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.