[Recenzja] Ozzy Osbourne / Black Sabbath - "The Ozzman Cometh" (1997)
Cykl "Ciężkie poniedziałki" S03E03 Ozzy Osbourne wyreżyserował swoją śmierć niemal jak David Bowie, który w przedostatni dzień życia opublikował jeden z najambitniejszych albumów, "Blackstar", w warstwie lirycznej będący pogodzeniem się z nieuchronnym końcem. W przypadku oryginalnego wokalisty Black Sabbath był to natomiast po prostu pożegnalny koncert. Schorowany Osbourne, na dwa tygodnie przed śmiercią, dał dwa krótkie występy: z solowym materiałem oraz z utworami jego macierzystej grupy, która po raz pierwszy od dwudziestu lat zagrała w oryginalnym składzie, z basistą Geezerem Butlerem, perkusistą Billem Wardem i, oczywiście, Tonym Iommim, który jako jedyny grał we wszystkich wcieleniach. To właśnie ten kwartet na początku lat 70. zrewolucjonizował muzykę rockową, budując fundamenty metalu, stając się główną inspiracją dla kolejnych przedstawicieli tej estetyki. Przy czym była to głównie zasługa Iommiego, twórcy charakterystycznych riffów oraz ciężkiego, posępneg...