7 czerwca 2013

[Recenzja] Black Sabbath - "13" (2013)



To był najbardziej wyczekiwany album ostatnich lat. Wciąż pamiętam tę ekscytacje, kiedy 11 listopada 2011 roku (11.11.11) Tony Iommi, Ozzy Osbourne, Geezer Butler i Bill Ward - oryginalni muzycy Black Sabbath - ogłosili rozpoczęcie prac nad nowym albumem. Pierwszym w tym składzie od czasu wydanego w 1978 roku "Never Say Die!". Później jednak z obozu zespołu zaczęły dobiegać niepokojące wieści - o konflikcie z Wardem (muzycy nie mogli dogadać się w kwestiach finansowych, więc perkusista zrezygnował z dalszej współpracy)  i poważniej chorobie Iommiego. Ostatecznie jednak udało się dokończyć longplay, który otrzymał niezbyt pomysłowy tytuł "13" (od roku, w którym go wydano).

Już od pierwszych sekund nie ma żadnych wątpliwości, z jakim zespołem mamy do czynienia. "End of the Beginning" to niemalże nowa wersja kultowego "Black Sabbath" - wolne tempo, posępny klimat, ciężkie brzmienie, a także bardzo charakterystyczna gra Iommiego i rozpoznawalny głos Ozzy'ego. Wokalista jest w naprawdę świetnej formie, podobnie zresztą, jak Tony i Geezer. Świetnie radzi tu sobie także zastępca Warda, Brad Wilk (znany z Rage Against the Machine i Audioslave). Kolejny utwór, znany już przed premierą albumu "God Is Dead?", składa się z dwóch części - pierwsza łączy balladowe zwrotki z bardziej typowymi dla grupy zaostrzeniami, natomiast w drugiej następuje przyśpieszenie, pojawia się świetny riff (przypominający trochę  ten z "Hole in the Sky"), a w tle fantastycznie pulsuje bas. Po tych dwóch dłuższych utworach pora na coś bardziej zwartego - "Loner" to bardzo chwytliwy kawałek, zbudowany na bardzo nośnym riffie w stylu "N.I.B.". "Zeitgeist" to dla odmiany oniryczna ballada w klimacie "Planet Caravan", bardzo zresztą ładna pod względem melodycznym.

Czyli co, zespół tylko kopiuje swoje pomysły sprzed czterech dekad? Na szczęście nie. Utwory z drugiej połowy nie wywołują aż tak konkretnych skojarzeń, choć nad wszystkimi unosi się klimat klasycznego Sabbath. Fantastycznym utworem jest "Age of Reason" pełen świetnych riffów Iommiego. To najlepszy dowód na to, że ze sprawdzonych elementów można stworzyć coś świeżego i porywającego. "Live Forever" to kolejny krótszy, przebojowy kawałek - niestety, to także najmniej udany fragment całości, nieco zbyt banalny (zwłaszcza w warstwie tekstowej: I don't wanna live forever, but I don't wanna die). Sporym - i to jak najbardziej pozytywnym - zaskoczeniem jest natomiast "Damaged Soul", utrzymany w stylistyce bluesrockowej. Zespół wprost nawiązuje tutaj do swoich muzycznych korzeni. Są nawet fantastyczne partie harmonijki w wykonaniu Osbourne'a. Wyszło naprawdę świetnie i w sumie szkoda, że nie ma tu więcej tego typu niespodzianek. Bo finałowy "Dear Father" to znów typowy Sabbath - ciężki, wolny i posępny. To jednak także mocny punkt tego albumu. Wielkie wrażenie robi też jego zakończenie, wprost nawiązujące do początku debiutanckiego albumu. Piękne zakończenie tego bardzo dobrego albumu.

Jako podsumowanie wystarczyłyby w sumie słowa Ozzy'ego mówiącego, że to płyta, którą powinniśmy zrobić po "Sabbath Bloody Sabbath". Rzeczywiście, są tutaj wszystkie elementy, dzięki którym pierwszych pięć albumów grupy było tak wspaniałych, bez psującego kolejne albumy oryginalnego składu kombinowania. Choć można przyczepić się do tego, że zespół czasem w zbyt nachalny sposób nawiązuje do swojej przeszłości, to jednak same utwory są na tyle udane, że w ogóle to nie przeszkadza. Mam natomiast poważne zastrzeżenia do zbyt współczesnego brzmienia - "13" jest kolejną ofiarą tzw. loudness war, czego zresztą można było się spodziewać po płycie produkowanej przez Ricka Rubina (vide "Death Magnetic" Metalliki). Szczególnie przeszkadza to w łagodniejszych fragmentach ("Zeitgeist", zwrotki "God Is Dead?"), które są tak samo głośne, jak reszta albumu. Takie nieustannie wysokie natężenie dźwięku, brak dynamiki i przestrzeni, jest bardzo męczące dla uszu. Choć niewątpliwym plusem jest dobrze słyszalna gitara basowa.

Mimo wszystko, jest to naprawdę bardzo udany powrót i jeden z najlepszych albumów XXI wieku.

Ocena: 8/10



Black Sabbath - "13" (2013)

1. End of the Beginning; 2. God Is Dead?; 3. Loner; 4. Zeitgeist; 5. Age of Reason; 6. Live Forever; 7. Damaged Soul; 8. Dear Father

Skład: Ozzy Osbourne - wokal, harmonijka (7); Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass
Gościnnie: Brad Wilk - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rick Rubin


7 komentarzy:

  1. Można powiedzieć, że to najważniejszy album dekady bo w sumie od 2000 roku nie było nic w heavy metalu czy ogólnie metalu co by mnie powaliło na łopatki.A płyty Rubina zawsze brzmiały płasko pod względem dżwięku.Mam na niego alergie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie spodziewałem się ,że ich nowy album okaże się tak zaskakująco dobry!Stylistyka lat 70-tych w połączeniu z nowoczesnym brzmieniem.Zarówno półtora roku temu jak i parę miesięcy temu zlewałem na tę informację,teraz jestem pozytywnie zaskoczony,a płytę z pewnością kupię:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się w zasadzie z każdym zdaniem, które napisałeś. Świetna płyta. Nie żyje Sabbath!

    OdpowiedzUsuń
  4. Album naprawdę genialny :) Świetny "powrót do żywych" w ciągu ostatnich dwóch dni przesłuchałem już z 10 razy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tragiczna i tandetna okładka może zniechęcić do tego albumu. Ale na szczęście jest nazwa Black Sabbath. Słuchając tej płyty odnoszę wrażenie że już to gdzieś słyszałem. Te same patenty, ta sama struktura utworów i ten charakterystyczny wokal, który na tym krążku brzmi chyba najgorzej w całej karierze Księcia Ciemności. Ale czy właśnie nie tego oczekujemy po tym zespole? Ależ TAK! brzmienie wgniata w siedzenie. Szczególnie podoba mi się bas Butlera. Dużym minusem jest jednak brak szybkich utworów. Ale pewnie Ozzy nie dałby rady zaśpiewać czegoś w szybszym tempie. Pod koniec płyty jest już nieco monotonnie. Ogólnie jednak bardzo pozytywnie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Wobec zmian w tekstach recenzji Sabbathów, zdanie "Rzeczywiście, są tutaj wszystkie elementy, dzięki którym pierwszych pięć albumów grupy było tak wspaniałych, bez psującego kolejne albumy oryginalnego składu kombinowania" chyba nie do końca ma już sens, bo "Sabbath Bloody Sabbath" na pewno nie był już albumem wspaniałym, sam zauważyłeś w jednym z komentarzy, bodajże pod Vol-em czwartym, że "jest on już wyraźniej słabszy" (od poprzedników). I tyle. Jako że do gitarowych rzeźni podchodzisz już zdecydowanie na zimniej, to teraz robię podejście nr 2 do Sabbathów, biorąc pod uwagę to co teraz o nich piszesz ;)

    Parę pierdółek:

    * Usuń linki do recenzji albumów Stevena Wilsona, bo poza "Bone" wszystkie skasowałeś
    * W jednej z ostatnich poprawek pojawiła się literówka - nie wkręcam Cię, znajdź ją ;)
    * pocieszyłbym Cię, gdyż sam miałem kiedyś złamaną nogę i parę tygodni leżenia (udo) w gipsie, ale że było to w roku, kiedy ukazał się obrzydliwy Purpendicular, to mało co wtedy jeszcze kojarzyłem
    * Widzę, ze im dalej idziesz w Iron Maiden tym niższe dajesz oceny - który w tej chwili album z 82-88 (wszystkie miały 9) uważasz, za najbardziej godny uwagi? No posłuchałbym czegoś nowego, ale że obecnie nie mam możłiwości delektować się jakimiś sofistykowanymi brzmieniami, to biorę to, na co plułem, a co jest niejako pewną klasyką.
    * Poprawish tesh Rush?
    * Nie wiem czy to dobrze, ale Twoje recenzje nieźle sprawdzają się jako czytadło na nudnych wykładach - szczególnie te gdzie potrafisz być złośliwy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Sabbath Bloody Sabbath" dałem 8/10, więc rzeczywiście można powiedzieć, że jest wyraźnie słabszy od wcześniejszych, które mają 9 i 10, ale to kombinowanie jeszcze nie daje się we znaki tak, jak na trzech kolejnych, na których niewiele jest typowo sabbathowych kawałków. Tak więc moim zdaniem wszystko się zgadza.

      * Nie wykluczam, że te recenzje wrócą.
      * Trudno, zdarza się.
      * Też miałem złamaną nogą w tamtym czasie, no, trochę później. Stało się to podczas szkolnego wyjazdu, podczas ucieczki przed dzikiem (którego ktoś "widział") albo po wyrzuceniu przez okno, sam nie wiem ;)
      * Niektóre miały 8 ("Piece of Mind", "Somewhere in Time"). Chyba "Seventh Son" jest najciekawszy, ale tam też jest jeden straszny gniot i kilka wypełniaczy.
      * Może, może... Raczej tak.
      * Dobrze, choć wolałbym, żeby lepiej czytało się te, którym poświęcam więcej czasu, czyli najbardziej pozytywnym ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.