20 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Cross Purposes" (1994)



Historia lubi się powtarzać. Ronnie James Dio po raz drugi opuścił zespół, ponownie zabierając ze sobą perkusistę Vinny'ego Appice'a. W zespole - oprócz stałych członków, Tony'ego Iommiego i Geoffa Nichollsa - pozostał Geezer Butler, na stanowisko wokalisty ściągnięto z powrotem Tony'ego Martina (który zaledwie trzy lata wcześniej musiał ustąpić miejsce Ronniemu), a nowym perkusistą został Bobby Rondinelli (były członek Rainbow). Nagrany w tym składzie "Cross Purposes" różni się od poprzednich albumów z Martinem. Słychać, że to już lata 90., kiedy do łask wróciło bardziej naturalne, surowsze brzmienie. Cieszy mniejsza rola brzmień klawiszowych, a także mniej pretensjonalny śpiew Martina, którego głos brzmi tutaj niżej, jest bardziej zachrypnięty.

Świetnie wypada jego mechaniczna partia wokalna w ciężkim "Virtual Death", brzmiącym jak skrzyżowanie wczesnego Black Sabbath z Alice in Chains. To połączenie klasyki z nowoczesnością dało naprawdę fantastyczny efekt. Gdybym miał wybrać najlepszy utwór zespołu z Martinem, bez wahania wskazałbym właśnie na ten. Całkiem nieźle wypada także rozpędzony "I Witness", podobnie jak półballadowy "Cross of Thorns", choć w tym drugim niepotrzebnie pojawia się klawiszowe tło. Potencjał był także w balladzie "Dying for Love", wyróżniającej się nieco bluesowymi zagrywkami Iommiego, ale ostatecznie muzycy za bardzo przesłodzili ten utwór. W bezbarwnym "Back to Eden" zmarnowano natomiast całkiem fajny riff. Im zresztą dalej, tym album bardziej nudzi. Z jego drugiej połowy wyróżnia się właściwie tylko "Cardinal Sin" - za sprawą fragmentów przypominających zeppelinowy "Kashmir". Ciekawostką jest natomiast, że w powstaniu finałowego "Evil Eyes" pomógł Eddie Van Halen - jego udział nie został jednak odnotowany z przyczyn prawnych. A sam kawałek jest najmniej ciekawym fragmentem całości, najbliższym metalowej sztampy (nie licząc dodanego w wydaniu japońskim "What's the Use").

"Cross Purposes" pozostawia mieszane odczucia. Z jednej strony cieszy, że zespół obrał mniej kiczowaty kierunek, niż pod koniec lat 80., ale z drugiej - niewiele tutaj naprawdę udanych kompozycji.

Ocena: 6/10



Black Sabbath - "Cross Purposes" (1994)

1. I Witness; 2. Cross of Thorns; 3. Psychophobia; 4. Virtual Death; 5. Immaculate Deception; 6. Dying for Love; 7. Back to Eden; 8. The Hand That Rocks the Cradle; 9. Cardinal Sin; 10. Evil Eye

Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bobby Rondinelli - perkusja; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Producent: Leif Mases i Black Sabbath


3 komentarze:

  1. Bardzo dobra płyta. Moim zdaniem stanowi udany pomost między starym Sabbath a tym nowszym z Tonym Martinem na wokalu. Cardinal Sin nie ma nic wspólnego z Kashmir poza tym, że jest nieco orientalny podobnie jak słynny utwór Zeppelinów. Skąd to porównanie?? Czy każdy utwór polany orientalnym sosem od razu musi być kopią Kashmir? Virtual Death to ten utwór który nawiązuje do starego Sabbath. Piękne jest Dying for Love, naprawdę bardzo udana ballada. Perłą jest natomiast Cross of Thorns - na pewno jeden z najwspanialszych utworów Sabbath ery Martina. Ogólnie płyta jest bardzo równa. Wszystkie utwory trzymają dobry poziom. Dla mnie jedynie Immaculate Deseption odstaje nieco od reszty, ale i tak jest niezłe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Orientalny klimat to raz, a dwa - zbudowanie całej kompozycji na jednym, mantrowo powtarzanym riffie. Poza tym oba utwory mają podobny, podniosły nastrój. I z tego co pamiętam, rytmicznie też są bardzo zbliżone.

      Usuń
  2. No to faktycznie podobieństwo jest uderzające...

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.