[Recenzja] Björk - "Volta" (2007)

Mieszanki głupoty, arogancji i chciwości obecnej administracji USA nie da się już racjonalnie obronić. W praktyce prowadzi to do rozwalania całego porządku świata. Wszystko wyłącznie po to, by jeszcze bardziej napompować ego i konta bankowe pomarańczowego narcyza, a przy okazji przykryć aferę z aktami Epsteina. Ale całe to zamieszanie z Grenlandią to nie tylko potencjalny konflikt wewnątrz NATO i koniec sojuszu, który daje nam bezpieczeństwo. To także zupełnie instrumentalne traktowanie mieszkańców wyspy. Imperialistyczne zapędy Trumpa celnie nazwała Björk, porównując je do kolonializmu. I słusznie oberwało się też Danii, która do dziś traktuje Grenlandczyków jak obywateli drugiej kategorii, a jeszcze do całkiem niedawna prowadziła wobec nich brutalną, kolonialną politykę. Islandzka artystka w temat zaangażowana jest zresztą od wielu lat, popierając prawo Grenlandii do samostanowienia. Wprost zamanifestowała to w znakomitym kawałku "Declare Independence", pochodzącym z nie tak bardzo ekscytującej płyty "Volta".
W dyskografii Björk jest to ten jeden niepasujący element układanki - zaburzający konsekwentny rozwój artystyczny. "Volta" ukazała się już po zaskakującym eksperymencie "Medulla", wykorzystującym wyłącznie ludzkie głosy i tym samym bezkompromisowo zrywającym związki artystki z mainstreamem. Nie mniej ambitnym i ciekawym przedsięwzięciem był wydany po "Volcie" multimedialny projekt "Biophilia". Album z 2007 roku powinien być więc swego rodzaju mostem między obydwoma. Sprawia natomiast pozory próby powrotu do głównego nurtu, z bardziej piosenkowym materiałem i występami gwiazd, jak Timbaland czy Anohni. Tyle tylko, że to tak naprawdę niezbyt komercyjne granie. Bywa ciekawe, gdy idzie w różne dziwactwa, ale sporo tu też smęcenia. Jedno i drugie tworzy zresztą wrażenie sabotowania swojej kariery. Nawet okładka zdaje się celowo zniechęcać potencjalnych słuchaczy.
Czytaj też: [Recenzja] Björk - "Medúlla" (2004)
Ale nie jest też tak, że to zupełnie nieudane wydawnictwo. Pozytywnym zaskoczeniem są dla mnie kawałki z Timbalandem. Świetny jest główny singiel z albumu i zarazem jego otwieracz, "Earth Intruders" - dość pokręcona piosenka, z przesterowanymi brzmieniami elektronicznymi, egzotycznymi perkusjonaliami oraz frywolnymi wstawkami. Sama Bjork jest tu wciąż w znakomitej formie, a jej partie są dalej tak samo zwariowane i pomysłowe. Podobnie jest w "Innocence", już w całości opartym na dziwnej, masywnej, połamanej elektronice. Mniej spektakularny produkcyjnie jest ostatni z efektów tej współpracy, "Hope" - w warstwie instrumentalnej to już bardziej subtelna piosenka, z tym razem trochę wycofaną elektroniką na rzecz tworzących nieco folkowy klimat partiami kory i bogatymi perkusjonaliami. Za to wokalnie nie ma tu żadnej powściągliwości, jest bardzo emocjonalnie, nieco teatralnie.
Bliższy tamtego tandemu jest natomiast przygotowany z Markiem Bellem wspomniany "Declare Independence". To Björk w swoim najbardziej zaangażowanym i agresywnym wydaniu: masywny, przesterowany bas, mnóstwo jazgotliwych dźwięków, intensywny, monotonny beat, a do tego partia wokalna, która w pewnym momencie przechodzi we wręcz punkowy wrzask. Ta wściekłość, wynikająca zresztą z osobistego stosunku do sytuacji Grenlandczyków (choć na koncertach dedykowała kawałek też mieszkańcom Kosowa i Tybetu), to coś nowego w twórczości Islandki. A umieszczenie tego kawałka pod koniec płyty, po paru spokojniejszych momentach, tylko podkręca jego siłę oddziaływania. Mocnym punktem płyty jest jeszcze "Wanderlust" gdzie ta nowoczesna, powykręcana elektronika idealnie spaja się z potężną orkiestrą dętą, a liderka znów wspina się na swoje wokalne wyżyny.
Czytaj też: [Recenzja] Björk - "Vespertine" (2001)
To wszystko jednak tylko polowa repertuaru, a reszta płyty jest dość nudnawa. W wyjątkowo trafnie zatytułowanym "The Dull Flame of Desire" ograniczenie akompaniamentu niemal do samych dęciaków - wspartych tylko topornym, jednostajnym beatem - nie byłoby najgorszym rozwiązaniem, gdyby kawałek nie wlókł się przez ponad siedem minut, opierając się na jednym pomyśle. Dopiero perkusyjny finał cos tu wnosi, ale to ledwie kilkadziesiąt sekund. Nie przekonuje mnie tez wokalny duet z Anohnim, wprowadzający do tego wszystkiego zbyt dużą dawkę teatralnego dramatyzmu. Drugie ich wspólne nagranie, "My Juvenile", jest przynajmniej wyraźnie krótsze, ale jeszcze bardziej nic się tu nie dzieje. Równie oszczędny "I See Who You Are" ma za to więcej uroku i klimatu - intymnemu przez znaczną część śpiewowi Björk towarzyszą egzotyczne dźwięki chińskiej pipy oraz delikatne tło dęciaków. Za to "Vertabræ by Vertabræ" zaczyna się z orkiestrowym rozmachem tylko po to, by przez resztę nagrania powtarzać jeden motyw, uzupełniony odrobiną elektroniki. Do akompaniamentu samych dęciaków ogranicza się rzewna "Pneumonia", gdzie znów w warstwie instrumentalnej dzieje się bardzo niewiele.
Bardziej niż regularny album "Volta" przypomina kompilację dwóch EPek, z przemieszanym materialem z obu. Te elektroniczne kawałki wypadają naprawdę udanie - w warstwie instrumentalnej, zwłaszcza pod względem produkcji, sporo się dzieje, dorównując wokalnej ekwilibrystyce Björk. Natomiast z tej drugiej połowy materiału, bazującej już głównie na tradycyjnych brzmieniach, broni się często jedynie śpiew. Sam pomysł dodania orkiestry dętej był ciekawy, ale niemal w ogóle nie wykorzystano jej tutaj w interesujący sposób. W efekcie "Volta" jest płytą najsłabszą w dyskografii Islandki, choć wciąż w połowie wartą poznania.
Ocena: 6/10
Björk - "Volta" (2007)
1. Earth Intruders; 2. Wanderlust; 3. The Dull Flame of Desire; 4. Innocence; 5. I See Who You Are; 6. Vertebræ by Vertebræ; 7. Pneumonia; 8. Hope; 9. Declare Independence; 10. My Juvenile
Skład: Björk - wokal, syntezator, klawikord, programowanie, aranżacja instr. dętych; Damian Taylor - programowanie i efekty; Mark Bell - programowanie (1,2,6,9), instr. klawiszowe (5,9); Timbaland - instr. klawiszowe (1,4), programowanie (1,4), loopy (8): Danja - instr. klawiszowe (1,4), programowanie (1,4,8); Pete Davis - programowanie (1,4); Chris Corsano - perkusja (1), instr. perkusyjne (5); Konono N°1 - kalimba (1); Anohni - wokal (3,10); Brian Chippendale - perkusja (3); Min Xiao-Fen - pipa (5); Nico Muhly - aranżacja instr. dętych blaszanych i dyrygent (7); Toumani Diabaté - kora (8); Jónas Sen - klawikord (10); Amber Chisholm-Lane, Ása Berglind Hjálmarsdóttir, Ásgeir H. Steingrímsson, Bergrún Snæbjörnsdóttir, Björk Níelsdóttir, Brynja Guðmundsdóttir, Chas Yarborough, Christopher Costanzi, Dröfn Helgadóttir, Einar Jónsson, Eiríkur Örn Pálsson, Emil Friðfinnson, Erla Axelsdóttir, Harpa Jóhannsdóttir, Joseph Ognibene, Karen J. Sturlausson, Lilja Valdimarsdóttir, Oddur Björnsson, Robert Jost, Roine Hultgren, Sharon Moe, Sigurður Þorbergsson, Sigrún Jónsdóttir, Susan Panny, Særún Pálmadóttir, Sylvia Hlynsdóttir, Theo Primis, Valdis Þorkelsdóttir, Vilborg Jónsdóttir - instr. dęte
Producent: Björk; Timbaland (1,4,8); Danja (1,4); Damian Taylor (6); Mark Bell (9)
Przy całej mojej fatalnej opinii o kampanii Kamali Harris, która sama również ciężko zapracowała na swoją przegraną, naprawdę szokuje mnie i zadziwia tak duże poparcie dla Trumpa i jemu podobnych. Buta, z jaką ten człowiek mówi i działa, jego taktyka i stratefia na polityję międzynarodową, na czele z tą słynną "nieprzewidywalnością, mentalność 10-latka - niepojętę, że miliony Amerykanów nie dostrzega, że ten człowiek dosłownie upaja się swoim stanowiskiem (w najgorszym tego znaczeniu), a Biały Dom trsktuje jak piaskownicę. Już po tej akcji z cłami narzuconymi na niezamieszkałe wyspy pies z kulawą nogą nie powinien go poprzeć, a mimo to wielu ludzi za nim podąża. Polityka to naprawdę surrealistyczny świat i to taki, jakiego naeet Python by nie wymyślił.
OdpowiedzUsuńNie pamiętam już tego albumu, ale jest to raczej ten album z rzadziej słuchanych przeze mnie albumów studyjnych, a znam wszystkie. A więc intuicyjnie nota 6/10 być może również mojej ocenie by podpadała. Co do Grenlandii, na szczęście liczni politycy dwóch czołowych amerykańskich partii chcą udaremnić w Kongresie przejmowanie Grenlandii przez USA w drodze decyzji Trumpa
OdpowiedzUsuńOperacja w Wenezueli - inny przykład na to, o czym wspominam w pierwszym zdaniu - została przeprowadzona bez zgody Kongresu, więc niezbyt to pocieszające. Trump jest zupełnie nieprzewidywalny i za nic ma tak prawo międzynarodowe, jak amerykańską konstytucję.
UsuńAle Trump ma dobrych cynicznych doradców, którzy mają rozeznanie w zdobyczach psychologii ewolucyjnej i znają modele strategii ewolucyjnie stabilnej (wspominałem już o tym wcześniej). A te modele wskazują, że strategia nie liczącego się z niczym agresora jest w większości przypadków skuteczna i zwycięska. Tylko silny odpór wielkiej koalicji legalistów może pokonać takiego agresora. A na razie nawet taki silny i duży twór legalistyczny jak UE ma w swoim składzie małych kunktatorów, którym sie wydaje, że sami dogadają się z agresorem i nawet chyba odpowiada im pozycja bycia małymi koloniami, bo rządzące elity pewnie na tym zyskają, a reszta będzie trzymana za mordę ja to wielokrotnie w historii bywało.
UsuńSprawa Epsteina obrzydliwa, z Grenlandią niepotrzebna zadyma (niemniej - trzeba zauważyć, że kupowanie terytoriów leży w wielowiekowej tradycji USA - vide Luizjana, Alaska, aneksja Hawajów też była po części umową handlową). Natomiast jeśli Trump doprowadzi do zawieszenia broni na Ukrainie i sprawi, że przestaną tam ginąć ludzie, to odkupi większość win (poza aferą pedofilską, bo to jest nie do odkupienia). Na razie oczywiście jest to kwestia warunkowa - bo rozejmu nie ma.
Usuń@okechukwu: W moim przekonaniu nie odkupi żadnych win (mam na myśli także te wszystkie zarzuty o molestowanie, oszustwa, podżeganie do szturmu na Kapitol). Nie odkupi tym bardziej, że jemu nie chodzi o żaden pokój. Chodzi wyłącznie o to, by on i jego kumple miliarderzy mogli jak najszybciej powrócić do interesów z rosyjskimi oligarchami, a przy okazji wzbogacić się na Ukrainie i jej zasobach. Stąd skandaliczny “amerykański” plan pokoju, który był w rzeczywistości rosyjską listą życzeń. Nic z tego, co robi w tej sprawie, nie może doprowadzić do trwałego i sprawiedliwego pokoju. To tylko danie Rosji czasu oraz funduszy na odbudowanie gospodarki i armii, by za kilka lat mogła znów mordować ludzi i kraść kolejne ukraińskie ziemie. A może tym razem dla odmiany napadnie np. na państwa bałtyckie, skoro Trump rozwala NATO od środka.
UsuńW kwestii Grenlandii skandaliczna jest nie sama chęć odkupienia, tylko że zamiast prowadzenia zakulisowych negocjacji, jest publiczne grożenie, w tym interwencją zbrojną, a także poniżanie Duńczyków i Grenlandczyków, czy nakładanie wyższych ceł na sprzeciwiające się państwa. Gdyby chodziło w tym o bezpieczeństwo USA, to przecież nic nie stoi na przeszkodzie dogadania się z Danią, która i tak udostępnia już Amerykanom wyspę do celów wojskowych. Tu jednak chodzi o czyjeś ego i pazerność.
Jest jeszcze sprawa Wenezueli. Maduro zasłużył sobie na najgorsze, ale Trump pogwałcił prawo międzynarodowe, a dla ludzi nic się tam nie zmieniło, nie ma planów przeprowadzenia demokratycznych wyborów. To może chociaż w samych Stanach sytuacja się poprawia dzięki tej agresywnej polityce zagranicznej? No nie, z gospodarką coraz gorzej, nierówności społeczne się pogłębiają, mniejszości są prześladowane, ale za to miliarderzy jeszcze bardziej się bogacą.
Po pierwsze, niezależnie od pobudek Trumpa, jeśli przestaną ginąć ludzie, to będzie to DOBRE (bo po prostu śmierć jest nieodwracalna - nie da jej się naprawić). Po drugie Twoja wypowiedź jest pochodną głębokiej nieznajomości tematów rosyjskich (i generalnie wschodnich). Nie ma w tym nic złego - tak jak kiedyś pisałem, 99% Polaków prawie nic o Rosji nie wie, nie czyta rosyjskich książek, nie ogląda rosyjskich mediów (w tym tych niezależnych), nie rozmawia z Rosjanami. Nie zna w stopniu wykraczającym poza jakąś obiegową wiedzę też relacji rosyjsko-ukraińskich (mówię o poziomie ich skomplikowania, o powiązaniach rodzinnych itd). Nie zna się u nas podstawowych doktryn rosyjskiej polityki historycznej. Powtarza się obiegowe opinie przekazywane przez polskie media. Temat rozwinę jeszcze w wolnej chwili- ja jestem człowiekiem Wschodu - wychowałem się pod ukraińską granicą - moja babcia była pół-Ukrainką, jeszcze bardziej wschodnia jest rodzina mojej żony (dziadek Ukrainiec w Armii Czerwonej)- która ma bliską rodzinę w Odessie. Mówię płynnie po rosyjsku, odwiedzam państwa tego rejonu- w Rosji byłem dawno (ale nie tak dawno byłem np. w Nadniestrzu), odwiedzałem wielokrotnie również Ukrainę. Bardzo interesuję się historią i kulturą Rosji. Nie chcę żeby zabrzmiało to jak bufonada - w Twojej opinii nie ma nic złego, jest to po prostu taki obiegowy standard kreślenia stosunków rosyjsko =-ukraińskich (a i szerszych - w kontekście państw bałtyckich). Napiszę więcej i konkretniej w wolnej chwili.
UsuńPobudki Trumpa mają znaczenie przy ocenie jego osoby i perspektyw na odkupienie, a to jest tu głównym tematem. Nie miałyby znaczenia w kontekście oceny sytuacji w Ukrainie, gdyby faktycznie udało się doprowadzić do trwałego, w miarę sprawiedliwego pokoju. Problem jest w tym, że działania i propozycje Trumpa w sprawie jego osiągnięcia nie tylko nie gwarantują trwałości, nie mówiąc już o sprawiedliwości, ale wręcz coś całkiem odwrotnego. A przyczyną tego są właśnie niewłaściwe pobudki.
UsuńW tej rozmowie nie oceniam Rosji jako takiej, ani jej kultury, tylko konkretne działania tego państwa na arenie międzynarodowej - a od setek lat nieustannie prowadzi agresywną, imperialistyczną politykę. Jestem świadomy wspólnej historii oraz skomplikowanych relacji rosyjsko-ukraińskich, ale to nie jest usprawiedliwienie dla inwazji, w dodatku tak bestialskiej, na suwerenne, powszechnie uznawane państwo
Ja nie usprawiedliwiam inwazji ani tym bardziej Putina (Putin to drań i swolocz). Natomiast inwazja nie jest do końca wyrazem imperialnej polityki Rosji, o tyle nie byłaby nią inwazja USA na Texas, gdyby ten oderwał się od Stanów. Po prostu Rosja uważa Ukraine (zwłaszcza te kijowska, nazywana tradycyjnie od XVIII w Malorosja) za nierozerwalna czesc swojego państwa. I trzeba powiedzieć, że kulturowo i historycznie ma do tego podstawy ( i jeszcze do niedawna znaczna część rosyjskojezycznych Ukraińców tak się identyfikowała). Nie ma też żadnej poważnej siły w Rosji- łącznie z tymi opozycyjnymi- antyputinowskimi, która by nie uważała tej części Ukrainy za nierozerwalnie związanej z Rosją. Tak po prostu jest. Więcej napisze jutro.
UsuńJak różni się ta sytuacja (historycznie) od sytuacji np Polski czy krajów bałtyckich, to niech wystarczy fakt, że cała nasza literatura romantyczna tworząca narodowy mit jest oparta na idei walki z Rosją a literatura ukraińska z tego okresy jest par excellence literatura rosyjska (tzn wielcy pisarze rosyjscy np. Gogol stworzyli literacki mit Ukrainy).
UsuńWielcy pisarze rosyjscy tworzyli mity narodowe Ukrainy, to chciałem.napisac.
UsuńTo jest właśnie to rozróżnienie, o którym nie ma u nas praktycznie nikt pojęcia. Rosja traktowała Polskę czy kraje bałtyckie (czy Finlandię) jako kraje podbite. Kraj podbity to rodzaj mniej lub bardziej eksploatowanej kolonii, ale nigdy część własnej tożsamości narodowej. Wschodnia i środkowa Ukraina to nie kolonie - to - w doktrynie rosyjskiej i rosyjskiej historii samo serce Rosji (Małorosja). To rosyjskie miasta z Odessą na czele. Dlatego Chruszczow oddał Sowieckiej Ukrainie Krym, tzn włączył go w obszar republiki (przecież nigdy by tak nie postąpił w stosunku do Litwy czy Estonii!). Jeśli posłuchałoby się jeszcze nie tak dawno - np. w latach 90 Rosjan oglądających mecz Ukrainy, no to powiedzieliby "nasi grają" (i tak samo mówili Ukraińcy o meczu Rosji - tak mówił dziadek mojej żony!). Wojna to wszystko zniszczyła, Putin to kawał drania, że pewne rzeczy bezpowrotnie zniszczył, ale Rosja NIGDY nie pogodzi się utratą tych ziem (czy brakiem kontroli nad nimi - bo przecież przed pomarańczową rewolucją - żadnego konfliktu tam nie było). Polska, kraje nadbałtyckie -ABSOLUTNIE co innego, to są kraje kulturowo i historycznie zbudowane na opozycji i walce z Rosja (albo na równych zasadach - jak w Rzeczypospolitej, albo tej narodowowyzwoleńczej). To co napisałem nie odnosi się do Ukrainy Zachodniej, która ma inną tożsamość ze względy na inne doświadczenia historyczne.
UsuńOdnośnie krajów nadbałtyckich - ich status (również w ZSRR, gdzie np. Estończycy uczyli się rosyjskiego w szkołach wyłącznie jako języka dodatkowego - jak w my w PRL) odbiegał diametralnie od statusu Ukrainy. Rosja pogardza tzw. "pribałtyką", ale pogodziła się z ich utratą jeszcze za Sowietów (w planie Andropowa, który ujawnił Zachodowi Golicyn była koncepcja rezygnacji z republik nadbałtyckich - oddania ich pod wpływy Zachodu i to jeszcze w czasie, kiedy nie było takiej koncepcji odnośnie Polski czy Czechosłowacji!). Oczywiście te kraje są narażone na mniej czy bardziej poważne nieprzyjazne akty ze strony Rosji (i wcale się nie dziwię np. Estończykom, że się Rosji boją), choćby ze względu na dużą mniejszość rosyjską, ale w doktrynie Rosji nie ma absolutnie tezy, że kraje nadbałtyckie są nierozerwalną częścią imperium. Zresztą jak zapytasz Rosjanina o Estończyka -to powie "innostrianiec" (cudzoziemiec i to z tych bardziej odległych i dziwniejszych), a Ukrainiec ze Wschodu posługujący się rosyjskim czy tzw surżykiem ("eta nasz czaławiek, eta my").
UsuńRezygnację ze wschodniej Ukrainy czu Krymu w polityce rosyjskiej popiera tylko nurt stricte liberalny (który ma marginalne znaczenie- relatywnie silniejszy, choć też na ograniczoną skalę był tylko w latach 90 - partia "Jobłoko"). Podobnie jak USA Rosja ma swoje osobliwości - antyputinowski nurt demokratyczny w Rosji (silniejszy niż liberalny), to nie jest nurt liberalnej demokracji w sensie zachodnieuropejskim. Reprezentował go np. Nawalny - zagorzały zwolennik inkorporacji Krymu do Rosji. W ostatnich latach rozmawiałem z dziesiątkami Rosjan - bardzo wiele z nich ma nastawienie antyputinowskie, ale nikt nie powie, że Krym czy Donbas są ukraińskie. Nie ma możliwości, żeby przymusić Rosję do rezygnacji z tych ziem (tzn wyparcia ich z doktryny narodowej) POZA TRZECIĄ WOJNĄ ŚWIATOWĄ. Ewentualnie przedłużenie wojny jaka się obecnie toczy o następne 10 lat.
Kolejna spraw to nastawienie samych Ukraińców - o czym akurat dobrze wiem, bo żona jest w stałym kontakcie z rodziną w Odessie - ze swoją ciotką i siostrą cioteczną. Przez pierwszy rok-dwa był entuzjazm i chęć walki, teraz jest ogromne zmęczenie i pragnienie jak najszybszego zakończenia wojny nawet za cenę dużych ustępstw terytorialnych (takie jest odczucie ogromnej części zwykłych Ukraińców - być może inaczej jest np. we Lwowie, gdzie jest inna świadomość, no i ludzie nie są aż w takim stopniu zagrożeni). Ale zwykli Ukraińcy chcą zakończenia wojny, bo chcą normalnie żyć
I jeszcze jedno- ja w wielu sprawach, o których tu dyskutujemy, nie roszczę sobie prawa do posiadania racji. Np na tematyce ekologicznej znam się slabo i niewykluczone, że opowiadam głupoty. Ale akurat na Rosji i Ukrainie znam.sie bardzo dobrze, bo to są tematy, które towarzyszą mi od dziecka - wychowałem się na jedynym skrawku Wołynia, który pozostal w granicach Polski po II wojnie- 15 kilometrów od granicy (wtedy jeszcze ZSRR). W ZSRR spędziłem miesiąc juz w 83 roku - jako siedmiolatek (m.in. w Moskwie). O powiązaniach rodzinnych juz mówiłem. Opublikowałem sporo szkiców i esejów na temat rosyjskiej literatury i muzyki. Sledze rosyjskie media niezależne, rozmawiam z Rosjanami podczas każdej podróży do krajów postsowieckich. Oglądam rosyjskie kino. Także tutaj jeśli ktoś w dyskusji powoła się na wiedzę z googla, no to przyjmę to z rezerwa.
UsuńI już naprawdę na koniec- jakie jest wyjście z tej całej sytuacji? Bolesne- po prostu Ukraina musi oddać swoją wschodnią część pod kontrolę Rosji. Nie ma innego wyjścia na zakończenie konfliktu (poza trzecią wojną światową) - myśmy też przecież oddali kawał swoich Kresów (gdzie owszem, żywioł etniczny był ukraiński i białoruski, ale miasta ze Lwowem czy Wilnem na czele, był 1000 razy bardziej zakorzenione w polskiej historii i kulturze niż np. Donieck, Ługańsk czy Odessa w tradycji ukraińskiej, nie mówiąc już o Krymie). Współczuję bardzo Ukraińcom, którzy przeżywają horror wojny - zresztą to jest też tak, że na tych terenach żyje dużo Rosjan, to wszystko jest często nieuchwytne (będąc w 2016 roku w Kijowie zaprzyjaźniłem się z taksówkarzem, który był absolutnie Rosjaninem z Rosji, ale wyjechał do Kijowa, no bo mówił, że "zdies bolsze swabody cziem w Rassiji (czyli, że Ukraina daje mu większy zakres wolności). Terytorium, które zostanie przy Ukrainie, trzeba maksymalnie zabezpieczyć - na granicy powinna stacjonować międzynarodowa armia - w tym polskie wojska. Ale wbrew temu co się mówi (głupio i BEZ ŻADNEJ ZNAJOMOŚCI RZECZY!)- im więcej dostanie Rosja - tzn im więcej dostanie ziem, które uważa za sedno i serce swojej tożsamości narodowej, tym bardziej będzie skłonna zaakceptować suwerenność przyszłej Ukrainy. Kto tego nie rozumie, NIE WIE NIC o Rosji (a niestety ta wiedza u nas jest na poziomie zerowym, łącznie z naszym ministrem spraw zagranicznych).
UsuńPisanie o rosyjskiej kulturze czy inne doświadczenia, o jakich wspominasz, to jednak inne kompetencje niż mają różni eksperci od geopolityki wyspecjalizowani w tematyce wschodniej czy dziennikarzy śledczych zajmujących się śledzeniem tamtejszej propagandy - a w mediach znajdziesz też ich analizy. Nie chcę deprecjonować Twojej wiedzy o Rosji, która na pewno jest większa od mojej, ale tu akurat nie napisałeś niczego, co byłoby dla mnie zaskoczeniem i zmieniło moją opinię.
UsuńTak, wspólna historia Rosji i Ukrainy to jest jeden z głównych argumentów rosyjskiej propagandy, mający usprawiedliwiać ich bestialską agresję. Jednak trzeba wyraźnie oddzielić to, co sobie Rosja uważa o przynależności tych terenów, nawet jeśli jest to historycznie prawdziwe, a stan faktyczny sprzed ataku. Granice Ukrainy sprzed aneksji Krymu w 2014 roku, zostały uznane na arenie międzynarodowej, także przez samą Rosję. Od 35 lat jest to suwerenne państwo, które ma prawo funkcjonować w tamtych granicach i może samo decydować, jakie sojusze chce zawierać, dowolnie kształtować własną politykę wewnętrzną oraz zagraniczną. Rosja nie miała żadnych instrumentów prawnych, by legalnie odzyskać te tereny - lub mniej oficjalną kontrolę nad nimi - bez zgody Ukrainy. Dlatego wybrała sposób nielegalny i żadne historyczne narracje tego nie sankcjonują. A historią jest też uważanie się nawzajem ze „swoich”. Rosyjska propaganda przez lata robiła wiele, żeby obrzydzić i zdehumanizować Ukraińców, a ci drudzy mają faktyczny powód, by tak już nie uważać.
O ile agresja wobec Ukrainy miała te dodatkowe, historyczne powody, o jakich wspominasz, to za naiwne uważam myślenie, że Rosja nie wymyśli powodów, by pójść dalej na Zachód (mało prawdopodobne ze względu na istnienie NATO i UE, choć równolegle z Trumpem próbuje je rozbijać). Putinowi marzy się powrót do granic Związku Radzieckiego i odzyskanie strefy wpływów aż po Berlin. Przecież jeszcze przed atakiem na Ukrainę oczekiwał wycofania wojsk NATO do stanu sprzed 1997 roku, a m.in. Polska już wtedy stała się celem ataków hybrydowych. Wspomniana przeze mnie ewentualność ataku na państwa bałtyckie miałaby całkiem praktyczne uzasadnienie i korzyści - korytarz do Obwodu Królewieckiego.
W swoich wypowiedziach stosujesz fałszywą dychotomię, że albo Rosja dostanie wszystko, czego chce (z jakiej racji?), albo wojna będzie trwać. Jest trzecie wyjście - nałożenie na nią jeszcze większych sankcji, żeby po prostu nie była w stanie prowadzić wojny. Trump miał wszystkie możliwe instrumenty żeby tak zakończyć ten konflikt, ale wolał stanąć po stronie agresora. Co do tego, że Rosja zadowoli się wschodem Ukrainy, to historia jasno pokazuje, że polityka appeasementu nie prowadzi do pokoju, tylko jest zachętą do dalszej eskalacji.
W Twojej argumentacji powraca jeszcze jeden problem: traktowanie rosyjskiej doktryny, mentalności czy „niepogodzenia się z utratą ziem” jako faktu naturalnego, niemal prawa przyrody, wobec którego reszta świata ma się dostosować. Tymczasem polityka międzynarodowa nie polega na respektowaniu cudzych roszczeń imperialnych, tylko na egzekwowaniu norm, traktatów które sama Rosja podpisała. To, że znaczna część rosyjskiego społeczeństwa podziela narrację imperialną, nie jest argumentem za jej realizacją, tylko dowodem skali problemu. Gdybyśmy stosowali ten sam tok rozumowania konsekwentnie, należałoby uznać za „realistyczne” każde historyczne roszczenie oparte na micie, sile i resentymencie. A to oznaczałoby koniec jakiegokolwiek ładu międzynarodowego. Pokój osiągnięty kosztem prawa, suwerenności i bezpieczeństwa jednego państwa nie jest pokojem - jest tylko zawieszeniem przemocy do następnej wojny.
To nie brak znajomości Rosji jest problemem, tylko akceptacja jej imperialnych roszczeń jako czegoś normalnego i w sumie niegroźnego. A cała ta argumentacja nie ma najmniejszego sensu w konfrontacji z jednym, nie tak odległym wydarzeniem - agresją na Gruzję w 2008 roku. To jest przykład analogiczny do potencjalnej agresji na Bałtów, a nie do obecnej wojny w Ukrainie.
Napisałem cztery obszerne komentarze w odpowiedzi, ale po namyśle, poprosiłem Pawła, żeby ich nie publikował (raczej zbyt ostro i nie do końca sprawiedliwie potraktowałem w nich Gospodarza bloga). Tutaj temat z mojej strony zamknięty - troszkę jeszcze podyskutowaliśmy prywatnie na RYM i (chyba), przyjęliśmy pewien zakład, co do ewentualnego rozwoju wypadków.
Usuń"Pomarańczowego" i jego twardego elektoratu nie obchodzą ludzie, którzy są mordowani, gwałceni i paleni na wojnach np. w Ukrainie, przez bandytów gorszych od zwierząt. Amerykanie myśleli, że napełni im portfele kasą , a on jeżeli to zrobi, to takim samym jak on, miliarderom, bo reszta się nie liczy. Poza tym, też mają i mieli gdzieś innych ludzi w odległej Europie. Ogromne błędy demokratow, kurczowe trzymanie się stołka Baidena, późna kampania, złe odczytywanie nastrojów społecznych (tak jak u nas przy wyborach prezydenckich przez " wszystko wiedzących magikow" ze sztabu KO plus egoizm koalicjantow) i wszystko jasne.
OdpowiedzUsuńGdzie są normy etyczne, gdzie normy prawne? Poszły się całkowicie paść! Najlepsze jest to, że ludzi (w Polsce też) już nie interesują orzeczenia sądowe, ani normy etyczne. Bo jak wytłumaczyć wygrana jednego za oceanem i drugiego w kraju?! Wiadomo było, że będą kłopoty a mimo to było bicie brawa i skandowanie w Sejmie. A Polonia w USA to już jest szczyt głupoty i egoizmu. Ktoś kto mieszka i pracuje od co najmniej 5 czy 10 lat za granicą, nie powinien mieć prawa glosu i decydowania o życiu ludzi w kraju!! Niech tam siedzi i głosuje w państwie, w którym mieszka i pracuje.
Jest hipoteza, że Trump jest w kieszeni u bandytów, bo mają go nagranego, z czasów kiedy robił z nimi biznesy. Widząc co robi, hipoteza nie bez sensu niestety.
A Polonia w USA to już jest szczyt głupoty i egoizmu. Ktoś kto mieszka i pracuje od co najmniej 5 czy 10 lat za granicą, nie powinien mieć prawa glosu i decydowania o życiu ludzi w kraju!! Niech tam siedzi i głosuje w państwie, w którym mieszka i pracuje.
UsuńZ tym fragmentem się nie zgadzam. Tak radykalne ograniczenia nie występują w żadnym demokratycznym kraju (w UK było coś podobnego, ale dotyczyło dłuższego okresu i już nie obowiązuje), zresztą kłócą się z zasadami demokracji. Nie znajduję żadnego argumentu, by takie rozwiązanie poprzeć. Może tylko w sytuacji, gdyby w zamian prawo głosu zyskał każdy, kto mieszka i pracuje od co najmniej 5 czy 10 lat w Polsce. Taka propozycję uważam za sensową, jako że odrzucam koncept państw narodowościowych, a nawet samo pojęcie narodu jest dla mnie sztucznym konstruktem.
Inna sprawa, ze akurat w naszym przypadku, gdyby prezydenta wybierała tylko zagranica, wygrałby Trzaskowski - pomimo głosów amerykańskiej Polonii. Z kolei w 2024 roku w Mołdawii w decydującym stopniu dzięki głosom diaspory referendum o integracji z UE i wybory prezydenckie wygrała opcja pro-europejska.
Tak. Jak mieliby obywatelstwo to mogliby głosować. A ci, którzy wyjechali i nie zamierzają wracać, bo siedzą tam już nie wiem np. 10 lat, MOIM ZDANIEM nie powinni miec możliwości układania nam życia w Polsce.
Usuń"Mentalność rosyjska i jej poznanie" guzik mnie obchodzą, oraz tego typu pseudoargumenty. W 21 wieku okazali się bandyckim krajem.
Już teraz obywatelstwo uprawnia do głosowania bez względu na tzw. narodowość. Mnie chodzi o to, że skoro chcesz obierać prawo głosu ludziom z obywatelstwem, to niech w zamian dostaną je ci, którzy też go nie mają, ale faktycznie tu mieszkają, pracują i płacą podatki.
UsuńCo ciekawe w mówiącej tym samym językiem Rumunii, jej diaspora za granicą poparła kandydata antyunijnego i prorosyjskiego.
OdpowiedzUsuńGeorgescu wygrał jednak (pierwszą turę unieważnionych wyborów) przede wszystkim dzięki zewnętrznej ingerencji i nachalnej kampanii w social mediach. To niekoniecznie oddaje faktyczne poglądy rumuńskiej diaspory - raczej jej podatność na manipulacje z nowych mediów.
Usuń