[Recenzja] Squid - "Cowards" (2025)

Płyta tygodnia 3.02-9.02
Do Squid mam szczególny stosunek. Debiutancki album zespołu, "Bright Green Field" sprzed czterech lat, uważam za najlepszy rockowy debiut XXI wieku. Absolutnie powaliła mnie ta mieszanka post-punku z krautrockową motoryką, jazzującymi dęciakami i brzmieniami elektronicznymi - niby nic nowego, ale w takim zestawieniu zabrzmiało to świeżo, a całość rozpiera młodzieńcza energia. Wydany dwa lata póżniej "O Monolith" okazał się jeszcze lepszy. Muzycy pomysłowo rozwinęli swój styl i stworzyli jeszcze bardziej wyraziste kompozycje, tym razem bez żadnych wypełniaczy, jakie mogę wytknąć debiutowi. Tym bardziej jednak obawiałem się, czy grupa utrzyma ten poziom na "Cowards", swoim trzecim longplayu. Zwłaszcza, że single mocno ostudziły moją ekscytację.
Po raz pierwszy w przypadku Squid zapowiedzi albumu zwyczajnie mnie zawiodły. W przeciwieństwie do singli z "Bright Green Field" i "O Monolith" nie wracałem do nich dlatego, że to mocarne utwory, a żeby po raz kolejny spróbować się do nich przekonać. Bezskutecznie. Najbardziej obojętnym pozostawia mnie "Crispy Skin", pierwszy wybrany do promocji kawałek, a zarazem otwieracz albumu. Niby wszystko jest tu na miejscu: post-punkowe gitary i krzykliwy wokal Olliego Judge'a, wywołujące skojarzenia z Talking Heads czy The Pop Group, krautrockowa rytmika z okolic Can lub Neu!, post-minimalistyczna elektronika, do tego jeszcze niezbyt oczywista struktura, dość bogata aranżacja, znakomita produkcja i wciąż potężna dawka energii. Ale to wszystko już było. Zamiast dalszego rozwijania stylu słychać tylko bezpieczne powielanie patentów z debiutu. I raczej nie byłby to mój ulubiony fragment tamtej płyty - trochę za bardzo się dłuży, nie oferując wystarczająco treści.
Czytaj też: [Recenzja] Squid - "O Monolith" (2023)
Podobne wrażenia wywołał "Building 650". Tu dodatkowym atutem jest bardziej zwarta budowa, wyrazistsza melodia i całkiem zgrabnie wplecione smyczki Ruisi Quartet, ale znów nie zdziwiłbym się, gdyby kawałek okazał się pozostałością po sesji "Bright Green Field". W nieco inne rejony zespół podążył natomiast w "Cro-Magnon Man", zbudowanym na jednostajnej, masywnej grze sekcji rytmicznej, obudowanej z początku dziwną elektroniką, a następnie zgrzytliwymi gitarami. Bardziej urozmaicona jest tu warstwa wokalna, z kilkoma głosami, w tym humorystycznymi falsetami. Nie odbiega to jednak daleko od eksperymentów z "O Monolith", chyba że poziomem, bo w warstwie instrumentalnej wypada dość ubogo na tle tamtego - ale też nowego - albumu.
Z każdym kolejnym singlem coraz bardziej wątpiłem, że Squid dowiezie kolejny świetny album. Możliwości jednak wciąż były dwie: albo zespół faktycznie nie ma już pomysłów, albo do promocji wybrano najbardziej zachowawcze kawałki, a reszta prezentuje się ciekawiej. Szczęśliwie się okazuje, że to drugie. Jako przedpremierowe zapowiedzi wybrano kawałki, które z resztą materiału mają w sumie niewiele wspólnego. Podobne granie przynoszą jedynie fragmenty "Blood on the Boulders" i "Showtime!". W przypadku tego pierwszego jest to po prostu czadowe przyśpieszenie, wrzucone trochę na siłę, dla kontrastu z resztą utworu - wyjątkowo, jak na Squid, subtelną, z wręcz intymną warstwą wokalną. Drugi z kolei zaczyna się mniej zaskakująco, łącząc gwałtowność Contortions lub Gang of Four z luzem The Modern Lovers czy Television, podczas gdy w tle dudni dubowy bas, prawie jak z płyt Public Image Ltd. Potem jednak utwór bardzo ciekawie się rozwija, żonglując nastrojem i wprowadzając wręcz awangardowe partie kwartetu smyczkowego oraz elektroniki. To jeden z mocniejszych kawałków w dotychczasowym dorobku zespołu.
Czytaj też: [Recenzja] Squid - "Bright Green Field" (2021)
Reszta albumu to już spokojniejsze granie. Niekoniecznie jest to kierunek, jakiego spodziewałem się po Squid, a już na pewno nie po usłyszeniu przedpremierowych zapowiedzi "Cowards". Podoba mi się jednak taki zwrot, wnoszący do dyskografii zespołu potrzebne urozmaicenie. Na żadnym z poprzednich wydawnictw nie wyobrażam sobie takiego "Fieldworks I", gdzie łagodnej partii wokalnej towarzyszy jedynie zapętlony motyw akustycznej gitary i ambientowe tło. Bogatsze brzmienie oraz więcej dynamiki przynosi "Fieldworks II", wciąż jednak bardzo subtelny i melodyjny - melodycznie to zresztą jedna z najładniejszych kompozycji zespołu. Przebija ją tylko tytułowy "Cowards". Nastrojowy początek kojarzyć się może z post-rockowymi grupami w rodzaju Bark Psychosis czy nawet późnym Talk Talk. A jak ładnie się to rozwija, gdy utwór się zagęszcza, jak świetnie wpasowano tu skrzydłówkę, jak dobrze i emocjonalnie zaśpiewał tu Ollie. Wspaniałe nagranie. Intrygująco wypada natomiast finałowy "Well Met" (Fingers Through the Fance)", w pierwszej części bliski progresywnej elektroniki (takie wpływy były już w niealbumowym "Broadcaster", tu jednak wyszło bardziej przekonująco), by następnie syntezatorowe sekwencje ustąpiły miejsca klasycyzującemu klawesynowi i trąbce, a w narastającym klimaksie wróciły współczesne brzmienia. Bardzo dobrze tym razem wyszły wielogłosowe wokale, nawet lekko przypominające mi Gentle Giant - nie pod względem złożoności, ale barw czy niekonwencjonalnie prowadzonych linii melodycznych.
Tytułowymi tchórzami ostatecznie okazują się sami muzycy Squid, którzy zachowawczo zamieścili tu kilka kawałków w stylu poprzednich płyt, zamiast całkowicie skupić się na eksplorowaniu nowych dla siebie rejonów. Te poszukiwania prowadzą do całkiem fascynujących efektów i z każdym przesłuchaniem "Cowards" coraz bardziej mnie przekonują; zwłaszcza ostatnie trzy utwory wypadają mocarnie. Nie mogę jednak zlekceważyć obecności tych trzech singli, które nic nie zyskują w kontekście całego albumu, a może nawet bardziej doskwiera ich wtórność względem wcześniejszej twórczości. Nie mam wątpliwości, że to najsłabsze, najbardziej nierówne długogrające wydawnictwo zespołu, jednak jako całość wciąż trzyma wysoki poziom i otwiera kolejne możliwości rozwoju. Oby muzycy postawili na nie z większą odwagą.
Ocena: 8/10
Nominacja do płyt roku 2025
Squid - "Cowards" (2025)
1. Crispy Skin; 2. Building 650; 3. Blood on the Boulders; 4. Fieldworks I; 5. Fieldworks II; 6. Cro-Magnon Man; 7. Cowards; 8. Showtime!; 9. Well Met (Fingers Through the Fence)
Skład: Louis Borlase; Ollie Judge; Arthur Leadbetter; Laurie Nankivell; Anton Pearson
Gościnnie: Zands Duggan - instr. perkusyjne (1-3,5-9); Alessandro Ruisi - skrzypce (1-5,6,8,9); Venetia Jollands - skrzypce (1-5,6,8,9); Luba Tunnicliffe - altówka (1-5,6,8,9); Max Ruisi - wiolonczela (1-5,6,8,9); Tony Njoku - dodatkowy wokal (1,3,6,7,9); Rosa Brook - dodatkowy wokal (1,3,6,7,9); Clarissa Connelly - dodatkowy wokal (6,9); Chris Dowding - skrzydłówka (7,9)
Gościnnie: Zands Duggan - instr. perkusyjne (1-3,5-9); Alessandro Ruisi - skrzypce (1-5,6,8,9); Venetia Jollands - skrzypce (1-5,6,8,9); Luba Tunnicliffe - altówka (1-5,6,8,9); Max Ruisi - wiolonczela (1-5,6,8,9); Tony Njoku - dodatkowy wokal (1,3,6,7,9); Rosa Brook - dodatkowy wokal (1,3,6,7,9); Clarissa Connelly - dodatkowy wokal (6,9); Chris Dowding - skrzydłówka (7,9)
Producent: Marta Salogni, Grace Banks i Dan Carey
No przyzwoity album, ale ewidentnie najgorszy od nich, trochę się zawiodłem. Będę jechał na koncert to zobaczę jak wypadną na żywo. Na szczęście BCNR powinni wydać lepszy album, a na ich koncert chyba się też przejadę.
OdpowiedzUsuńSzybki jesteś. Ja jeszcze nie wiem . Na pewno nie wali w pysk jak dwa doskonale poprzedniki. Szybko wydali tą płytę,jak bardzo człowiek może się rozwinąç w tak krótkim czasie? Ich ryzyko. Jak bardzo my się zmieniliśmy w tym czasie?
OdpowiedzUsuńDam tej płycie jeszcze sporo szans tym bardziej że generalnie bieda:)
Byłem bardzo ciekaw czy przemycą dalej swój wkurw ale to praktycznie dla nikogo nie jest wykonalne a tego mi najbardziej brakuje.
Z jednej strony masz rację, że trudno wymagać by zespół, działając w tym samym składzie, co dwa lata wymyślał się na nowo. Jednak na "O Monolith" otworzyli sobie kilka furtek, którymi mogli teraz pójść. Dlatego single tak mnie rozczarowały, bo muzycy po prostu olali to, co tam osiągnęli, i cofnęli się do grania w stylu debiutu. A nie jest też przecież tak, że na "Cowards" nie ma żadnego rozwoju, bo jest w tych niesinglowych kawałkach. Zabrakło więc konsekwencji i chyba właśnie odwagi, by definitywnie zamknąć już tamten etap "Bright Green Field". Mam wrażenie, że dużo lepiej czują się teraz w innym graniu, ale są też świadomi, czego oczekują od nich słuchacze, a to tłamsi kreatywność.
UsuńJestem trochę dalej po przesłuchaniach.
UsuńJednak nie dowożą. Problem chyba jest że kompozycje są kłopotem.
Przede wszystkim album nie jest spójny.
Jeśli chodzi o ten rok, to jeszcze przydałoby się opisać tą płytkę od FACS- coś czuję, że ocenka wzrośnie XD
OdpowiedzUsuńJa szczerze mówiąc jestem zadowolony. Eksperymenty wypadają świetnie i otwierają drogę ku dalszemu rozwojowi, zaś te bardziej odtwórcze kawałki i tak bronią się dobrymi melodiami. To z pewnością nie są wypełniacze, raczej po prostu "bezpieczniejsze" kompozycje, mające być pewnym łącznikiem z wcześniejszą twórczością
OdpowiedzUsuń