[Recenzja] Stevie Wonder - "Songs in the Key of Life" (1976)

Będąc u szczytu swoich twórczych moźliwości i tuź po wydaniu czterech albumów, które odniosły ogromny sukces artystyczny i komercyjny, Stevie Wonder wpadł na szalony pomysł. Postanowił rzucić to wszystko i wyjechać do Ghany, gdzie miał zająć się działalnością charytatywną. Trwały już przygotowania do wielkiego koncertu pożegnalnego, kiedy muzyk nagle zmienił zdanie i podpisał nowy, bardzo lukratywny kontrakt. Z budżetem 13 milionów dolarów rozpoczął roczną pracę nad albumem "Songs in the Key of Life", angażując kilkudziesięciu muzyków sesyjnych. Wśród gości znaleźli się m.in. Dorothy Ashby, George Benson, a nawet Herbie Hancock. Materiał przybrał potężną formę dwóch płyt winylowych, do których początkowo dodawano jeszcze 7-calową EPkę z czterema bonusami (dodanymi także w wersjach kompaktowych i streamingu). W sumie to dwadzieścia utworów i ponad półtora godziny muzyki.
Częstym problemem tak długich albumów jest ich nierówny poziom, czego dałoby się uniknąć, gdyby skrócić je do jednej płyty. "Songs in the Key of Life" to jednak jeden z tych rzadkich przypadków, gdy dwupłytowy format faktycznie wydaje się mieć uzasadnienie. Fakt, ze względu na pewien eklektyzm poszczególnym słuchaczom nie wszystko musi się spodobać - mnie np. nieco razi przesłodzony "Isn't She Lovely", napisany dla właśnie narodzonej córki Wondera - jednak utworom z podstawowego wydania trudno zarzucić brak wyrazistości. Dopiero te z bonusowej EPki wypadają nieco słabiej pod tym względem i nietrudno zrozumieć, dlaczego są tylko dodatkiem.
Naprawdę świetnie wypadają tu te bardziej żywiołowe kawałki, oparte na gęstym, funkowym pulsie, jak wręcz jazz-funkowy instrumental "Contusion", przebojowe "Sir Duke" oraz "I Wish" czy najbardziej z nich rozbudowany "Black Man". To muzyka bardzo imprezowa, o ogromnym potencjale tanecznym, jednocześnie jednak niezwykle kunsztownie zaaranżowana, wykonana i wyprodukowana. Ciekawie wypadają coraz bardziej zaawansowane eksperymenty z syntezatorami, jak w "Have a Talm with God", a zwłaszcza "Village Ghetto Land" i "Pastime Paradise", gdzie za ich pomocą całkiem przekonująco imitowane są smyczki. Ten ostatni to zresztą jeden z najbardziej znanych kawałków Wondera. Nawet jeśli nie słyszeliście nigdy oryginału, to z pewnością od razu skojarzycie, który radiowy hit jest jego niewyszukaną przeróbką.
Sporo tu też bardzo przyjemnych, melodyjnych piosenek w rodzaju "Love's in Need of Love Today" z wręcz gospelowymi chórkami, zwiewnego "Summer Soft" czy latynoskiego "Ngiculela", a także emocjonalnych ballad, jak "Knocks Me Off My Feet" i "Joy Inside My Tears". Choć utwory te mogą wydawać się dość zwyczajne, to fenomenalne wykonanie wokalne i nienachalne, ale dopracowane aranże czynią z nich niemal niedościgniony wzór popu. Na szczególne wyróżnienie zasługują natomiast "If It's Magic" - gdzie kolejnej świetnej partii wokalnej towarzyszy jedynie akompaniament harfy Dorothy Ashby, z odrobiną harmonijki w końcówce - oraz "As" z klawiszowym duetem Wondera i Hancocka, kierującym tę subtelną piosenkę w nieco jazzowe rejony - fragment instrumentalny to już niemal Head Hunters. Wspomnieć trzeba też o finałowym "Another Star", zrealizowanym z rozmachem co bardziej bombastycznych ścieżek dźwiękowych, równoważonym jednak lekkimi partiami fletu.
Czytaj też: [Recenzja] Stevie Wonder - "Innervisions" (1973)
Gdyby Stevie Wonder zrealizował swój plan udania się na wcześniejszą emeryturę, byłaby to spora strata dla muzyki. "Songs in the Key of Life" to jedno z największych dzieł muzyki soul i funk, a właściwie po prostu muzyki. To znakomicie napisane, zaaranżowane i wykonane piosenki, których ogromne walory rozrywkowe nie wykluczają artystycznego kunsztu. Niesamowite, że udało się Wonderowi nagrać dwupłytowy album na tak wyrównanym poziomie i to w dodatku tuż po czterech równie wspaniałych longplayach. Osobiście wyżej stawiam tylko "Innervisions", którego zwartość sprawia, że chętniej do niego wracam. Nie znaczy to bynajmniej, że długość "Songs in the Key of Life" obniża jakość tego wydawnictwa. Po prostu trudniej znaleźć czas na wysłuchanie całości.
Ocena: 9/10
Stevie Wonder - "Songs in the Key of Life" (1976)
LP1: 1. Love's in Need of Love Today; 2. Have a Talk with God; 3. Village Ghetto Land; 4. Contusion; 5. Sir Duke; 6. I Wish; 7. Knocks Me Off My Feet; 8. Pastime Paradise: 9. Summer Soft; 10. Ordinary Pain
LP2: 1. Isn't She Lovely; 2. Joy Inside My Tears; 3. Black Man; 4. Ngiculela – Es Una Historia – I Am Singing; 5. If It's Magic; 6. As; 7. Another Star
"A Something's Extra" EP: 1. Saturn; 2. Ebony Eyes; 3. All Day Sucker; 4. Easy Goin' Evening (My Mama's Call)
Skład: Stevie Wonder - wokal, instr. klawiszowe, harmonijka, perkusja i instr. perkusyjne; Hank Redd - saksofon altowy; Trevor Lawrence - saksofon tenorowy; Jim Horn - saksofon; Steve Madaio - trąbka; Raymond Maldonado - trąbka, instr. perkusyjne; George Bohanon - puzon; Glenn Ferris - puzon; Susaye Greene - puzon; Bobbi Humphrey - flet; Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Greg Phillinganes - instr. klawiszowe; Ronnie Foster - organy; Dorothy Ashby - harfa; George Benson - gitara, dodatkowy wokal; Ben Bridges - gitara; Peter "Sneaky Pete" Kleinow - gitara; Dean Parks - gitara; Michael Sembello - gitara; W. G. Snuffy Walden - gitara; Nathan Watts - gitara basowa, instr. perkusyjne; Greg Brown - perkusja; Raymond Pounds - perkusja; Nathan Alford, Jr. - instr. perkusyjne; Charles Brewer - instr. perkusyjne; Shirley Brewer - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Eddie "Bongo" Brown - instr. perkusyjne; John Fischbach - instr. perkusyjne; Carmello Hungria Garcia - instr. perkusyjne; Bobbye Hall - instr. perkusyjne; Renee Hardaway - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Nelson Hayes - instr. perkusyjne; Nastee Latimer - instr. perkusyjne; Amale Mathews - instr. perkusyjne; Josette Valentino - instr. perkusyjne; Marietta Waters - instr. perkusyjne; Carolyn Dennis, Michael Gray, Terry Hendricks, Josie James, Madelaine "Gypsie" Jones, Hare Krishna, Lynda Laurence, Artece May, Charity McCrary, Linda McCrary, Minnie Riperton, Sundray Tucker, Mary Lee Whitney, Deniece Williams, Syreeta Wright, Al Fann Theatrical Ensemble, West Angeles Church of God Choir - dodatkowy wokal
Producent: Stevie Wonder
Dla mnie opus magnum muzyki rozrywkowej szczerze nikt nie nagrał lepszej płyty. Zanim s
OdpowiedzUsuńoul przeszedł w disco zanim pojawił Prince wszystkie rapsy wszystkie nu soule jazzu itd mają dług zaciągnięty nie spłacony:). Wielka płyta
I to jest właśnie eurobiałocentryczne podejście do tematu King Crimson Gentle Giant są wybitne ( przynajmniej byli) ale dobro czarnej muzyki jak Wonder Prince Brown i inni są kompletnie ignorowani. Takie wychowanie muzyczne nam zgotowali decydenci muzyczni.
OdpowiedzUsuńCo takiego? Przecież to właśnie King Crimson i Gentle Giant są znacznie mniej znane (szczególnie ten drugi, choć Crimsoni poza debiutem pewnie też) niż wymienieni przez ciebie czarnoskórzy wykonawcy. Trudno mi wyobrazić sobie by ktoś nie kojarzył Prince'a czy Wondera, za to GG już jak najbardziej
UsuńByć może nazwy czy nazwiska nie są obce. Ale spójrz na liczbę komentarzy spójrz choćby np na listy wszech czasów.Przykro mi generalizować ale tak to wygląda jak Prince to Purple Rain najbardziej biały kawałek. Itd. o ile w życiu bywam rasistą niestety w muzyce nie jestem
UsuńTo na której konkretnie liście jest Gentle Giant?
UsuńOgólnie masz rację, że polskie media mainstreamowe skrzywiły ludziom gusty, wpajając przekonanie, że im utwór jest dłuższy, smutniejszy i dalszy od afroamerykańskich korzeni, tym jest lepszy. „Ofiarami” tego są zresztą nie tylko czarnoskórzy muzycy, bo ogólnie muzyka Amerykańska (nie mówiąc już o innych kontynentach), przynajmniej ta sprzed lat 80., nie jest tu zbyt dobrze znana ani szczególnie ceniona. W powszechnej świadomości istnieją chyba tylko The Doors, Hendrix (ale głównie te nagrania z brytyjskimi muzykami) plus ten jeden kawałek The Eagles. Co nie zmienia faktu, że akurat brytyjski Gentle Giant też nigdy w Polsce nie zyskał większej popularności - może przez zbyt krótkie utwory, humor i wpływy amerykańskie, zresztą tylko w Stanach grupa odnosiła sukcesy.
PS. Popracuj nad przecinkami, bo nie wiem, czy niestety bywasz rasistą, czy niestety w muzyce nim nie jesteś.
No właśnie - mało znane i cenione w Polsce są np. grupy southern rockowe typu Molly Hatchet, Atlanta Rhytm Section, Marshall Tucker Band, Charlie Daniels Band i w zasadzie Eagles też poza tym jednym numerem. Więc to jest szersze zjawisko- nie dotyczące tylko czarnoskórych muzyków. A kogo masz na myśli, mówiąc o "smutnych" utworach? Bo nie ma większych smutasów od choćby The Cure, a oni są akurat całkiem popularni u nas.
Usuń"Gentle Giant też nigdy w Polsce nie zyskał większej popularności - może przez zbyt krótkie utwory, humor i wpływy amerykańskie, zresztą tylko w Stanach grupa odnosiła sukcesy".
UsuńZ sukcesami w Stanach (i w Kanadzie) to prawda, ale jakie wpływy amerykańskie są na płytach Gentle Giant??? Bo ja nie słyszę prawie żadnych na klasycznych płytach z lat 70-75 (no może poza Plain Truth i niektórymi utworami z Free Hand, która była trochę robiona pod amerykański rynek). Klasyczny Giant to typowo europejskie brzmienie a i sama koncepcja muzyczna też nie ma nic wspólnego z muzyką z USA. Amerykanizmy pojawiły się szerzej u Olbrzyma dopiero na płytach, powiedzmy- AOR-owych z lat 77-80.
@Kosien
Usuń„Takie wychowanie muzyczne nam zgotowali decydenci muzyczni”.
@Paweł
„Ogólnie masz rację, że polskie media mainstreamowe skrzywiły ludziom gusty, wpajając przekonanie, że im utwór jest dłuższy, smutniejszy i dalszy od afroamerykańskich korzeni, tym jest lepszy”.
Sprecyzujcie, w jakich latach miała miejsce tego typu „edukacja”. Poza tym może jakieś konkrety - programy radiowe, czasopisma muzyczne. Najlepiej audycje, artykuły, programy i ich autorzy. Mile widziane fakty, które potwierdziłyby głoszoną tezę.
@okechukwu: Mam na myśli utwory, jakie dominują na trójkowym Topie Wszech czasów. The Cure i jego popularność w naszym kraju to także doskonały przykład, że Polacy preferują smutne granie. Co do Gentle Giant, to oczywiście jest to bardzo brytyjski/europejski zespół w charakterze, ale w porównaniu z wielką szóstką proga, więcej czerpie z afroamerykańskiego grania. Już pierwszy utwór z debiutu wokalnie zdradza takie wpływy, a potem choćby na "In a Glass House" są te funkowe rytmy i brzmienie nieco pod jazz fusion, szczególnie w ”Way of Life".
Usuń@Astralna Odyseja Muzyczna: I może jeszcze mamy podać daty wszystkich audycji, gdzie muzyka europejska dominowała nad amerykańską? Wystarczy spojrzeć na wspomniany Top Trójki i wyraźnie widać, w jaki sposób media kształtowały gust Polaków. Z własnego doświadczenia mogę dodać, że zanim zyskałem dostęp do internetu, a moim źrodłem informacji było radio i "Teraz Rock", moja znajomość amerykańskiej muzyki sprzed lat 80. ograniczała się właśnie do The Doors, Hendrixa i "Hotel California".
Zgoda, są rytmy funky i na Glass i na Power, ale taka tendencja w tym okresie była u wielu brytyjskich zespołów - np. Purpli. Ba, nawet tak do kości europejski zespół jak Banco - zaczął w połowie lat 70 sięgać po funkowe rytmy. Poza tym zwróć uwagę, jak istotny był np. dla gitarowego stylu Howe'a bluegrass- przecież stricte amerykański styl. Wiele partii Howe'a - łącznie z Close to the Edge nawiązuje do bluegrassu, często pojawia się u niego gitara steel (np. na Going for the One). Albo "Baranek" Genesis to też jest przykład amerykanizmu u modelowo brytyjskiego zespołu. Albo For the Girls Caravan - z partiami altówki pod country, calypso i dęciakami w stylu Gila Evansa (Hoedown). Więc nie zaryzykowałbym twierdzenia, że Gentle Giant był najbardziej amerykańsko brzmiącym zespołem spośród topu brytyjskiego proga .
UsuńCo do polemiki Mahavishnuu - to akurat myślę, że teza iż rock brytyjski (czy nawet szerzej- brytyjska muzyka popularna) z lat 70 był w Polsce o niebo bardziej popularny niż amerykański w analogicznym okresie jest tak oczywista, że nie wymaga dowodzenia.
Sorry za przecinki, nie cierpię pisać na telefonie długo. Przykłady wybrakowania muzycznego są proste palmę pierwszeństwa dzierży Trójka, czasopisma kształtujące gusta Non Stop, Rockendroll T/ rock,. Lepsza Machina. Świetny Brum ale tylko w okresie schyłkowym gdzie kontrolę przejął Rafał Księżyk. Coś tam soulu wtrącał Niedźwiecki ale to były głównie smutasy ballady.
UsuńAle generalnie chciałem zwrócić uwagę na jakiś kompleks niższości do muzyki klasycznej jak jakiś zespół wpinał w swoje kompozycje coś z klasyki to nasi europejscy/ polscy krytycy na klęczkach to przyjmowali. Klasyka do muzyki rockowej pasuje jak kwiatek do korzucha moim zdaniem zawsze będzie spłyceniem.
Usuń"Teraz Rock", moja znajomość amerykańskiej muzyki sprzed lat 80. ograniczała się właśnie do The Doors, Hendrixa i "Hotel California"
UsuńJeszcze lepszym przykładem jest "Tylko Rock' z lat 90, który kupowałem od bodaj 5 numeru. W słynnych wkładkach - kapitalnym źródle wiedzy w latach 90 miejsca zajmowali artyści brytyjscy. Że nie było wkładek np. o Wonderze, no to można logicznie wytłumaczyć - mało rockowym charakterem jego twórczości. Ale przecież w Teraz Rocku nie było w tamtych czasach wkładek o Grateful Dead, Jefferson Airplane, Neilu Youngu, Talking Heads. O grupach z Południa poza Allmanami i ZZ Top to nawet nie wspomnę, bo one nie miały nawet krótkich recenzji. Byli Doorsi (dużo!), Hendrix, Dylan (dość późno), LourReed, Iron Butterfly, chyba Allmani, chyba ZZ Top i to wszystko. No i oczywiście grupy nowsze - Metacha, Nirvana itd. Także przewaga Brytyjczyków była przygniatająca.
@okechukwu: Zgoda, są rytmy funky i na Glass i na Power, ale taka tendencja w tym okresie była u wielu brytyjskich zespołów - np. Purpli. Ba, nawet tak do kości europejski zespół jak Banco - zaczął w połowie lat 70 sięgać po funkowe rytmy.
UsuńTak, było to wówczas popularne wśród europejskich wykonawców, ale to wciąż, nawet jeśli często pośredni, wpływ muzyki afroamerykańskiej.
Ten funkowy epizod Deep Purple akurat cieszy się mniejszym uznaniem niż wcześniejsze i późniejsze dokonania Mark II. Co też może świadczyć o tym, że Polakom trudniej przekonać się do tego typu grania.
Poza tym zwróć uwagę, jak istotny był np. dla gitarowego stylu Howe'a bluegrass- przecież stricte amerykański styl. Wiele partii Howe'a - łącznie z Close to the Edge nawiązuje do bluegrassu, często pojawia się u niego gitara steel (np. na Going for the One).
Tak, ale bluegrass to jednak muzyka białych Amerykanów. A właśnie im bielsza ta amerykańska muzyka, tym łatwiej przyswajalna u nas. Właśnie dlatego The Doors czy Hendrix się przyjęli, a taki Grateful Dead już niezbyt.
No nie wiem, czy ta teza "o bielszym odcieniu bieli" jest do końca słuszna. Bo przecież country w Polsce jest znane głównie w wersji najbardziej odpustowej i popowej - a najlepsze amerykańskie kapele tego gatunku np. Dillards czy Charlie Daniels Band są tu zupełnie nieznane.
Usuń"Klasyka do muzyki rockowej pasuje jak kwiatek do korzucha moim zdaniem zawsze będzie spłyceniem". Kosien - tak z ręką na sercu - pasjonujesz się muzyką klasyczną? Bo ja - poruszałem ten temat kiedyś tutaj. Jakoś tak się dziwnie składa, że najgłośniej o wulgaryzacji muzyki klasycznej przez zespoły progowe krzyczą zazwyczaj ludzie, którzy znają 5 utworów klasycznych na krzyż i nigdy nie byli w filharmonii na koncercie muzyki poważnej. Nie znaczy, że taki problem nie występuje - ale jest po prostu różnie - wszystko zależy od klasy wykonawcy rockowego i pomysłu na czerpanie z klasyki. I mówię to jako wielki miłośnik muzyki klasycznej.
Moje doświadczenia były trochę nietypowe niż większości Polaków, bo zaczynałem od bluesa i chociaż pierwsze płyty były „białe” (Mayall), to „czarna” muzyka w moich początkach dominowała. Poza bluesem chętnie sięgałem po innych czarnoskórych wykonawców, a nie było to w tamtych czasach łatwe. W radiu słuchałem wyłącznie Trójki, ale tam amerykańska muzyka, zwłaszcza czarna, była spychana na późne pory. Muzyka europejska dominowała w Trójce, a przechył progowy był tak mocny, że na wiele lat zniechęcił mnie do prog-rocka i dopiero w wieku dojrzałym wróciłem do tej muzyki, ale nadal bardziej wolę te zespoły wczesno progowe, niż te z głównego nurtu. Kiedy wszedłem w jazz problem przestał istnieć, bo jazz nie był dzielony na czarny i biały, a jazz europejski (również dzięki Polakom) nie odstawał. Kiedy po upadku komuny miałem wreszcie szansę wyjazdu za żelazną kurtynę i wróciłem do muzyki również pozajazzowej, odkryłem świat second handów z płytami i dosłownie walizkami przywoziłem płyty wykonawców znanych mi z kanałów pozatrójkowych i odkryłem muzykę amerykańską, czarna i białą, i dopiero wtedy pojąłem jak zubożony repertuar forsowała Trójka. Podzielam opinię Pawła, że to radio mocno spaczyło gusty Polaków.
UsuńA to przywiązanie rodaków do muzyko „smęcącej” ma chyba głębsze podłoże kulturowe. Zwracali na to uwagę badacze kultur muzycznych (o czym czytałem przy okazji wykładów z socjobiologii), że północni i wschodni Słowianie od zawsze katowali się taką muzą i tylko ludy górskie wyłamywały się z tego schematu. Próbowano to tłumaczyć tym, że te narody w znacznej części były niewolnicze (Polska i Rumunia to ostatnie kraje europejskie, w których większość narodu była w stanie niewolniczym aż do XIX wieku) i porównywano z muzyką niewolniczych Afroamerykanów, w których organiczny smętek też był bardzo zaznaczony.
Le Bo - to nie do końca ostatnie - po przecież podobnie było z Finlandią, krajami nadbałtyckimi, Słowacją , Słowenią, że nie wspomnę już o Ukrainie. Ale generalnie w tezie o kulturowych podłożach naszego przywiazania do smutku i powagi jest słuszna. Wystarczy porównać super-"poważnego" polskiego rocka z lat 70 - SBB, Niemena, Budkę, nawet Breakoutów z wesołym, lekkim rockiem węgierskim z analogicznego okresu.
UsuńMożna się cofać do archeologi i tam jest brak odnalezienia zestawów bębnowych(?) na naszym terenie . Niby tłumaczono to że skóry naciągano na naczynia z gliny ale dowodów brak. Może to tłumaczy brak groovu(?) u nas?
Usuń@ Lebo
UsuńNo ale różnica między jazzem amerykańskim a europejskim jest dosyć wyraźna.
@Kosien
UsuńA niby w czym jest ta wyraźna różnica? Jest ilościowa, bo muzyków jazzowych w Hameryce było więcej, ale wkład Europejczyków w nowoczesny jazz jest bardzo istotny. Nawet niektórzy Amerykanie uważali, że jazz polski jest na równi z amerykańskim (jest taka anegdota związana z jednym z najbardziej znanych animatorów sceny jazzowej w USA, w której on nawet był skłonny postawić polski jazz wyżej; poszperaj w internecie to znajdziesz tę historię).
"Tak, ale bluegrass to jednak muzyka białych Amerykanów. A właśnie im bielsza ta amerykańska muzyka, tym łatwiej przyswajalna u nas. Właśnie dlatego The Doors czy Hendrix się przyjęli, a taki Grateful Dead już niezbyt".
UsuńCiekawa dyskusja, więc dopowiem jeszcze, że w przypadku Deads wydaje mi się - nawet patrząc bo moich znajomych - że tu nie "czarna" tradycja jest problemem, ale country (przecież ważny element ich stylu). Generalnie fani klasycznego rocka (czy proga) i to nie tylko w Polsce są uczuleni na country.
@okechukwu
UsuńPisząc o elementach country w muzyce Nieboszczyków to jest to duże uproszczenie. Jerry Garcia był fanem i wybitnym muzykiem w nurcie bluegrass, wydał kilka autorskich płyt w tym stylu, ale w muzyce GD tego prawie wcale nie było. Jeżeli na płytach GD trąciło country, to była to muzyka w nurcie outlow country (wybitnymi przedstawicielami tego nurtu są Waylon Jennings, Willie Nelson, Kris Kristofersson i częściowo Johnny Cash). Outlow bardziej przypomina muzykę Boba Dylana niż country z nurtu Nashville, jest mocno balladowa, oszczędna instrumentalnie, z genialnymi tekstami (poezja Kristoferssona to mistrzostwo świata) i bardzo by się Polakom podobała, gdyż niesie duże pokłady smutku, nostalgii i tym podobnego smętku, które nasi rodacy lubią. Problem w tym, że w naszym radiu prawie niepodobna było posłuchać tych wykonawców, ani Nieboszczyków (chyba nazwa zespołu odrzucała redaktorów radiowych). Korneliusz Pacuda propagujący country w audycjach radiowych w Polsce sięgał, niestety, głównie po produkcje z nurtu Nashville i to często te prostackie, które potem wyśmiewał Tymański na płycie z Kurami.
No mnie też nie chodziło o bluegrass. Na tyle na ile znam Nieboszczyków (a przyznam się bez bicia, że znam bardzo wybiórczo w sumie bodaj 6 płyt łącznie z dwoma lajwami), no tam faktycznie są to senne "countrujące" ballady. Ja akurat za takim wcieleniem (jak to mówisz outlow) country nie przepadam - lubię blue-grass z wymiataniem instrumentalnym - czy to w wersji bardziej korzennej jak u The Dillards, czy country rockwej (Charlie Daniels Band, wczesna Atlanta Rhythm Section) czy zmieszanej z southern i jazz rockiem (Marshall Tucker Band) czy bardziej popowo-balladowej ale z klasowymi aranżami (Emmylou Harris). Tych artystów chyba też w Polsce nie propagowano - ja dowiedziałem się o nich dzięki kumplowi z Krakowa - Wojtkowi. Wcześniej country kojarzyło mi się albo z obciachem albo z tą wersją "outlow" (chociaż absolutnie nie znałem tej nazwy), no która mi generalnie średnio wchodzi (łącznie z Dylanem).
UsuńWczesny Grateful Dead to jednak przede wszystkim psychodelia. Tylko w tym amerykańskim wydaniu, zanurzona w tamtejszej tradycji, także tej afro. Podobnie jak Quicksilver Messenger Service, Jefferson Airplane, The Byrds, The 13th Floor Elevators, Love - nie są to szczególnie popularne u nas kapele, w przeciwieństwie do The Doors, który wydaje się, poza dwiema ostatnimi płytami z Morrisonem, bliższy europejskiej psychodelii. Dla odmiany brytyjskiemu Traffic bliżej do tej amerykańskiej i też nie jest tu bardzo znany.
Usuń@Paweł
OdpowiedzUsuń@Kosien
Problem jest bardziej złożony i daleki od jednoznaczności. Lektura trójkowego Topu i wspomnienia z dzieciństwa z przełomu XX i XXI wieku to bardzo wątły background faktograficzny. Kilka lat temu, gdy czytałem czasami różne muzyczne wpisy na Facebooku, nieraz spotykałem się z wpisami osób w wieku mniej więcej Pawła. Co ciekawe, miały predylekcje do formułowania wyrazistych, nierzadko „czarno-białych” tez. Zastanawiająca była apodyktyczność ich sądów. Pisali przecież o audycjach (lata 70. i 80., 90), które pojawiały się, gdy nie było ich jeszcze na świecie, ewentualnie byli brzdącami. Niestety, czasami były to piramidalne bzdury.
Najbardziej kontrowersyjna była, rzecz jasna, radiowa „Trójka”. Nie jest to dla mnie wygodna sytuacja, bo tym razem przyjdzie mi jej bronić, tymczasem mam do niej różne zastrzeżenia. W krytyce należy jednak zachować umiar. Najważniejsze jest jednak to, aby odwoływać się do faktów. Świat własnych wyobrażeń może być zawodny.
Do rzeczy. Muzyka w radiu była bardzo zróżnicowana. Podam tylko przykłady z lat 80., aby nie poszerzać nadmiernie tematu. Jest to jedna z kluczowych dekad, jeśli chodzi o kształtowanie gustu, o którym pisaliście. Owszem, muzyka europejska dominowała, ale żadną miarą nie był to krajobraz nakreślony przez Was. A propos Kosiena, podobnie było w przypadku czasopism muzycznych. Dziwne, że wskazałeś akurat „Rock’n’roll” i „Non Stop”, bo to dobre przykłady na to, że było inaczej niż podajesz. Swoją drogą, w tym miejscu również należałoby sprecyzować, czy chodzi o „Non Stop”, kiedy redaktorem naczelnym był Mann czy też Hołdys (różnice programowe były zauważalne). Sporo numerów tego czasopisma mam zresztą nadal w domu, bo w tamtych czasach kupowałem regularnie. Mógłbym podawać konkretne przykłady z poszczególnych numerów. Tylko po co tracić czas? Jeśli kogoś naprawdę to interesuje, wystarczy zanurzyć się w necie i poczytać dostępne numery.
We wspomnianych latach 80. poznałem mnóstwo wykonawców z USA. Różne „czarne” i „białe” nurty muzyki rozrywkowej. Odrębny, szeroki wątek to jazz. Jeśli ktoś twierdzi, że wtedy niemal nie można było usłyszeć amerykańskiej muzyki, to są dwie możliwości. Formułuje opinie a priori lub ma dobrą pamięć, ale krótką. Aby nie być gołosłownym kilkanaście przykładów z polskiego radia.
Radiowa „Dwójka”
Włodzimierz Kleszcz, Romuald Jakubowski - soul, funk, blues, muzyka etniczna. Sławomir Wierzcholski - „Blues na pożegnanie”. Marek Gaszyński miał audycję o muzyce country. Nie brakowało jazzu - kłania się choćby Tomasz Szachowski . To jednak szerszy temat. Jadwiga Skolarska chętnie grała kawałki Wondera. W jej audycjach często pojawiały się klimaty funkowe, soulowe i inne nurty „czarnej” muzyki rozrywkowej. Pamiętam choćby jej audycję „Cudowny świat muzyki Stevie Wondera”. Kolego Kosien, Wonder, o którym wspominałeś, bardzo często pojawiał się w radiowej „Trójce”. Było w niej kilku admiratorów jego twórczości. W drugiej połowie lat 80 w radiowej „Dwójce”, dokładnie w „Klubie Stereo o 18.30 (od poniedziałku do piątku) prezentowano wybraną dyskografię Wondera. W „Trójce” miał kilku admiratorów swojej twórczości.
cd
OdpowiedzUsuńRadiowa „Trójka"
Podobnie jak „Dwójka”, była polistylistyczna. W każdy czwartek w „Tonacji Trójki” Korneliusz Pacuda prowadził audycję bez reszty zdominowaną przez country. Jan Chojnacki miał audycję „Bielszy odcień bluesa”. W innych zazwyczaj dominował u niego blues, nierzadko „czarna” odnoga i jego pochodne. Sporo muzyki amerykańskiej pojawiało się u Wojciecha Manna („W tonacji Trójki”, poranno-popołudniowa audycja sobotnia, nocne „Zapraszamy do Trójki”. Wielu mniej lub bardziej znanych wykonawców z USA prezentował Jerzy Janiszewski. Swoja drogą, był to jeden z największych fanów Hendrixa. Niedźwiecki także gustował w muzyce amerykańskiej. Generalnie, w tych nieco lżejszych odmianach. Grzegorz Brzozowicz i Przemysław Mroczek grali bardziej eksperymentalną muzykę amerykańską. To właśnie w ich audycjach po raz pierwszy usłyszałem płyty Captaina Beefhearta, Franka Zappy, The Velvet Underground i innych niezależnych twórców. Włodzimierz Kleszcz popularyzował muzykę etniczną, bluesa i tym podobne rzeczy. Jazz - „Trzy kwadranse jazzu” - audycje prowadzili m.in. Jan Ptaszyn-Wróblewski, Jan Borkowski. Starusieńkie płyty jazzowe prezentował Jan Zagozda. Czasami pojawiał się w nocnej „Zapraszamy do Trójki”. „Czarne” klimaty często gościły w audycjach Marii Jurkowskiej.
Można tego podać znacznie więcej, ale nie mam zamiaru się rozpisywać. Poza tym były również zupełnie inne „czarne” klimaty. Krystyna Sikora odkrywała uroki muzyki latynoskiej. Kłania się choćby jej audycja „Muzyczna brazyliana”. Wojciech Ossowski grał różne etniczne płyty. Była choćby jego audycja „Brzmienie Afryki”.
Skąd bierze się pomstowanie na fakt, że u nas częściej pojawia się muzyka europejska? Przecież to oczywista oczywistość. Background kulturowy robi swoje. Czy w Stanach Zjednoczonych jest inaczej? Nie ma sensu dorabiać do tego ideologii.
Mahavishnuu, żeby być ścisłym - mnie chodziło o to, że ROCK amerykański z końca lat 60 i lat 70 był u nas o wiele mniej popularny niż brytyjski (zwłaszcza ten z Południa USA). Oczywiście złożył się na to głównie background kulturowy i jest to w pewnym sensie naturalne. Bądź co bądź w latach 60 i 70 grały u nas- sporadycznie, bo sporadycznie - ale jednak gwiazdy rocka z UK (Gallagher, Procol Harum, Stonesi), a ze Stanów chyba nikt. Natomiast to wszystko dotyczy rocka. Jeśli uwzględnimy jazz - jako w większości "czarną" muzykę- no to proporcje się zupełnie wyrównują, bo przecież nawet na takim Jazz Jamboree grali CO ROKU najwięksi czarnoskórzy jazzmani z USA, a "Jazz Forum" bardzo prominentnym i prestiżowym pismem. Natomiast co do funky, popu, np. Stevie'go Wondera no to w latach 80- czyli czasach, które pamiętam z dzieciństwa- był pierwszoplanową gwiazdą w Polsce i w radio i TV.
UsuńMożna też dodać, że Niemen w latach 60 był bardzo zainspirowany wokalistyką soulową z USA - np. Jamesem Brownem. Jego wokal był w zasadzie "czarny" - oczywiście na tyle, na ile było to możliwe w danym "słowiańskim" backgroundzie. Więc sprawa nie jest tak jednoznaczna jeśli chodzi o wpływy u poszczególnych artystów. Natomiast - jeszcze raz powtórzę - biały amerykański rock z lat 70, nigdy nie zdobył u nas takiej popularności jak rock brytyjski i to - jak mi się wydaje - nie podlega dyskusji.
Usuń@okechukwu
OdpowiedzUsuń„Co do polemiki Mahavishnuu - to akurat myślę, że teza iż rock brytyjski (czy nawet szerzej- brytyjska muzyka popularna) z lat 70 był w Polsce o niebo bardziej popularny niż amerykański w analogicznym okresie jest tak oczywista, że nie wymaga dowodzenia”.
Nie chodziło o fakt, że muzyka brytyjska jest o niebo bardziej popularna. Kosien pisał, że czarna muzyka była „kompletnie ignorowana”. Paweł, w istocie, pisał w podobnym duchu, bo stwierdził, że niemal nie słyszał muzyki amerykańskiej w radiu. Obydwaj mocno pojechali po bandzie. W rezultacie powstał zafałszowany obraz rzeczywistości. Dlatego podałem sporo przykładów audycji, w których pojawiała się muzyka z kraju Davisa i Coltrane'a (nierzadko stricte amerykańska).
@Astralna Odyseja Muzyczna: Skąd bierze się pomstowanie na fakt, że u nas częściej pojawia się muzyka europejska? Przecież to oczywista oczywistość. Background kulturowy robi swoje. Czy w Stanach Zjednoczonych jest inaczej? Nie ma sensu dorabiać do tego ideologii.
UsuńNikt nie mówi o żadnej ideologii. Po prostu ta zdecydowana przewaga muzyki europejskiej nad amerykańską w polskich mediach sprawia, że ta druga jest mniej popularna wśród Polaków i trudniejsza dla nich do przyswojenia.
Paweł, w istocie, pisał w podobnym duchu, bo stwierdził, że niemal nie słyszał muzyki amerykańskiej w radiu. Obydwaj mocno pojechali po bandzie.
Nie wiem, na jakiej podstawie podważasz moje osobiste doświadczenia z radiem. Zwłaszcza, gdy sam post wcześniej potwierdzasz, że muzyka amerykańska jest słabiej reprezentowana.
Do wszystkich:) Owszem Wonder bywał na naszych salonach ale przede wszystkim w dwóch białawych utworach i just call to say i love you oraz par timer lovers. Nigdzie nie pisałem o przewadze rocka amerykańskiego nad brytyjskim tylko że u nas czczone były kawałki ,zespoły nurtu progresywnego. Różnice między jazzem amerykańskim a europejskim serio muszę tłumaczyć? Trójkę ledwo odbierałem na moim zadupiu gdzie dwójka?. Non stopu aż tak dobrze nie pamiętam ale np Rockendroll zajmował się głównie metalem ( różnym) ale fakt pisali tam o Living Colour ,Bad Brians z czarnego chyba tyle a w miarę dobrze pamiętam.Co do łączenia muzyki rockowej z klasyczną i jazzem jestem przeciw zabija witalność rocka jaki złożoność i kreatywność drugich gatunków. No i znam trochę więcej niż 5 płyt z klasyki. Ale to nie taki blog na szczęście.
UsuńCo do łączenia muzyki rockowej z klasyczną i jazzem jestem przeciw zabija witalność rocka jaki złożoność i kreatywność drugich gatunków.
UsuńNo jeśli rozszerzasz tę tezę na jazz, to musisz odrzucić nie tylko klasycyzujących "proggersów", ale i elektrycznego Milesa, Mahavishnu, RFT, Weather Report - w zasadzie całe fusion.
"No i znam trochę więcej niż 5 płyt z klasyki. Ale to nie taki blog na szczęście" - OKI- nie mam powodu Ci nie wierzyć. Ale pytanie - czy muzyka klasyczna i jazz to są dla Ciebie wiodące gatunki? Tzn takie, bez których nie możesz sobie wyobrazić swojego muzycznego "życia"? Bo dla mnie są. Oczywiście nie cała klasyka i nie cały jazz, ale absolutnie kocham klasykę i jazz - kolekcjonuję płyty (samych płyt z Chopinem mam coś koło setki), chodzę na koncerty . I dlatego tak bardzo lubię prog-rocka i fusion. Mahavishnu chyba ma podobnie.
Usuń@Astralna
UsuńMnie akurat trudno postrzegać jako małolata, który słucha muzyki dopiero od końca XX wieku, bo zacząłem w roku 1968. Wcześniej w podstawówce miałem już kontakt z muzyką, nawet na długiej przerwie organizowałem z kolegami puszczanie pocztówek dźwiękowych z adapteru i było tam nawet trochę rocka. Potem, jak wielu z mojego pokolenia, szukałem audycji w Radiu Luksemburg, radiowej Dwójce i Trójce (ta miała na początku słabe nadajniki i czasem trzeba było majstrować z anteną, żeby mieć dobry odbiór). Co do jazzu masz rację, od początku można było słuchać jazz z najwyższej półki, ale głównie mainstreamowy. Takiego free prawie nie było, a Jazz Forum też nie propagował tego nurtu. Ale w rocku dominacja muzyki europejskiej była bardzo zaznaczona. Nie twierdzimy z Pawłem, że tej amerykańskiej nie było w ogóle, zwłaszcza "czarnej", tylko, że proporcje były zaburzone. Gusty kilku czołowych prezenterów były mocno przechylone w kierunku europejskiego proga, blues owszem bywał, ale głównie w późnych porach, ale o wielu amerykańskich zespołach dowiedziałem się dopiero jak zacząłem jeździć po świecie i odwiedzać komisy płytowe. W latach 90-tych z paroma kolegami z Wrocławia "handlowaliśmy" (piszę w cudzysłowie bo bardziej to była giełda wymiany niż handel) używanymi płytami na bazarach i np. dopiero tam dowiedziałem się o takich wykonawcach jak Neil Young, Grateful Dead, wiely słynnych folkowcach itd. Dobrze, że przypominasz autorów tych audycji, które penetrowały muzykę amerykańską, ale naprawdę nie oni dominowali w radiu.
@oke
UsuńKlasyki fakt tylko liznąłem nie moja ekspresja chyba. Jazz jest regularnie aplikowany w moim życiu odkrywam go dopiero gdzieś od dwudziestu lat i czasem czuję się jak dziecko we mgle. Taki to ocean do zmierzenia. Fakt jestem za jazzem akustycznym fakt nie cenie za bardzo fusion nie sposób co prawda nie docenić Machavishnu początkowego czy wczesnego elektrycznego Davisa i paru innych ale potem brak energii zabijał ten gatunek ( i pomysłów) Teraz badam okres między 58-,61 rokiem w jazzie i jest tam kilkaset płyt dobrych niewiarygodne wręcz. Bill Evans!
Widzisz- to możemy sobie podać ręce. Ja też uwielbiam Billa Evansa - i generalnie przełom lat 50 i 60 fantastyczny okres w jazzie. Np. moją ulubioną płytą Coltrane'a jest... Blue Train
Usuń@Paweł
OdpowiedzUsuń„Nie wiem, na jakiej podstawie podważasz moje osobiste doświadczenia z radiem. Zwłaszcza, gdy sam post wcześniej potwierdzasz, że muzyka amerykańska jest słabiej reprezentowana”.
Bo było jej z pewnością mniej, jednak istotne są również proporcje. Oto Twój wpis na ten temat:
„Z własnego doświadczenia mogę dodać, że zanim zyskałem dostęp do internetu, a moim źrodłem informacji było radio i "Teraz Rock", moja znajomość amerykańskiej muzyki sprzed lat 80. ograniczała się właśnie do The Doors, Hendrixa i "Hotel California".
Z tego wpisu wynika, że amerykańska muzyka była tylko kwiatkiem do kożucha. Moje doświadczenia były inne, dlatego podałem różne przykłady. O kilku istotnych zapomniałem, bo na przykład wielkim fanem jankeskiego rocka w „Trójce” był Roman Rogowiecki. Nie podważam Twojego doświadczenia. Dobrze jednak, że tak to ująłeś, bo zapomniałem wtedy dopisać jeszcze jeden akapit, który jest szalenie istotny. Miał dotyczyć nie tylko Twojego wpisu, ale także kolegi Kosiena. Chodzi o nieszczęsną „edukację muzyczną” i wypaczanie gustów.
Realny wpływ „Trójki” na gust Polaków to lata 60., 70., 80 i początek 90. Później następowały gwałtowne zmiany. Pod koniec lat 90. ilość osób, które słuchały „Trójki”, była relatywnie niewielka. W każdym razie różnica była drastyczna. Pamiętam jak w owym czasie dziennikarze „Trójki” często utyskiwali, że słupki słuchalności systematycznie im spadają. W czasach, gdy jej słuchałeś, miała circa kilka procent udziału w rynku. Na głowę biły ją różne zetki i inne eremefy. Poza tym było jeszcze mnóstwo rozgłośni lokalnych. Spadek słuchalności był prawdopodobnie najważniejszą przyczyną tego, że szefem „Trójki” przestał być jej legendarny dziennikarz - Piotr Kaczkowski. Konkludując - na początku XXI wieku, gdy zaczynałeś jej słuchać, nie była już muzyczną wyrocznią, przestała zatem kształtować gusty niezliczonej ilości Polaków. Oczywiście, zdecydowana mniejszość, która pozostała, zapewne była pod jej wpływem, jednak było to już zjawisko na znacznie mniejszą skalę. Poza tym, generalnie, dobiegły końca czasy radiowych guru. Ludzie mieli coraz lepszy dostęp do muzyki, ciągle rosła ilość źródeł dostępu. Proces emancypacji był więc czymś oczywistym. Sam jesteś zresztą potwierdzeniem tego trendu. Nie inaczej było w moim przypadku.
cd
OdpowiedzUsuńTrzeba wziąć pod uwagę jeszcze jeden aspekt. „Trójka”, którą słuchałeś na początku XXI wieku, była już w niemałym stopniu inna. Zmieniła się muzyka, w redakcji następowały zmiany pokoleniowe. Znacznie bardziej istotne były jednak przemiany gospodarcze, które rozpoczęły się wraz z transformacją ustrojową. Wolnorynkowy kapitalizm z silnym przechyłem w stronę modnego wówczas neoliberalizmu sprawił, że wszędzie drastycznie zmieniała się linia programowa. W rozgłośniach radiowych najważniejszym bożkiem była słuchalność. W prostej linii prowadziło to do komercjalizacji. Wspomniana Zetka i RMF są drastycznym przykładem tego, do czego to doprowadziło. „Trójka” i inne państwowe rozgłośnie musiały jakoś dopasować się do nowych uwarunkowań. Niby starały się realizować mityczną misję, jednak zgniłych kompromisów było całe mnóstwo. Miałeś to szczęście/nieszczęście, że nie żyłeś w czasach PRL-u. Gdyby tak było, byłoby Ci znacznie łatwiej uchwycić złożoność różnych procesów, które dokonywały się w latach 90. w sferze programowej rozgłośni. Nie inaczej byłoby w przypadku porównania „Trójki” circa z 1982 roku i tej z XXI wieku.
Do „Trójki” mam multum zarzutów. Nie prezentowali tego, tamtego... Lista jest długa. Można również pomstować na to, co promowali. Trzeba jednak uwzględnić realia, w których przyszło im działać. Ekipa gierkowska była niechętnie nastawiona do muzyki rockowej. Paradoksalnie, w latach 70. było jej w różnych mediach mniej niż w latach 80. Jaruzelszczyzna po wprowadzeniu stanu wojennego postanowiła odciągnąć młodych ludzi od polityki i „Solidarności”, stąd słynny koncept związany z „wentylem bezpieczeństwa”. Z perspektywy czasu trzeba przyznać, że było to zręczne posunięcie. Czas antenowy nie był jednak z gumy. Dlatego nadal sporo wartościowej muzyki nie pojawiało się na falach eteru. Trzeba pamiętać o tym, że oprócz rozmaitych gatunków muzyki rozrywkowej, pojawiały się także audycje poświęcone różnym odmianom muzyki ludowej. A była jeszcze muzyka „poważna” i jazz.
Na obronę „Trójki” podam jeszcze argument o charakterze „komparatystycznym”. Porównajmy sobie muzykę, którą grano wtedy w innych państwach socjalistycznych. Na tym polu wypadamy znakomicie. Tylko Jugosławia mogłaby stanąć z nami w szranki. Mieszkając w południowej Polsce miałem możność oglądać telewizję czechosłowacką i słuchać ich rozgłośni radiowych. Jeśli chodzi o muzykę rockową, to wyglądało to naprawdę słabo. Nie dziwię się, że Czesi i Słowacy bardzo chętnie słuchali naszych rozgłośni. Summa summarum - do rewelii droga była daleko, jednak naprawdę nie było tak źle. Szczególnie jeśli uwzględnimy uwarunkowania ustrojowe. Jeżeli część z Was uważa, że „Trójka” wypaczyła ludziom gust, to co mają powiedzieć dzisiejsi słuchacze radia Eska, Zet i RMF-u?
@LeBo
OdpowiedzUsuńTak jak pisałem już wcześniej, koledzy przesadnie nakreślili dysproporcje, stąd mój wpis. Poza tym, moim zdaniem, przerysowany był również poniższy wpis Pawła:
„Ogólnie masz rację, że polskie media mainstreamowe skrzywiły ludziom gusty, wpajając przekonanie, że im utwór jest dłuższy, smutniejszy i dalszy od afroamerykańskich korzeni, tym jest lepszy”.
Do pierwszej części tego zdania odniosłem się w innym miejscu. Tym razem chodzi o długość kompozycji i nade wszystko wątek afroamerykański. Nie byłbym w stanie przypisać nikomu tego typu narracji. Nawet największym entuzjastom muzyki europocentrycznej. Im mniej afroamerykańskich korzeni, tym lepiej. Czy przypominasz sobie, aby którykolwiek z dziennikarzy sugerował coś w tym stylu? Co do free jazzu, to pełna zgoda. Było go bardzo mało. „Jazz” (późniejszy „Magazyn Muzyczny Jazz” i „Jazz Forum” opanowali konserwatyści. Podobnie było w radiu - zarówno w „Dwójce” (królował w niej Tomasz Szachowski), jak i „Trójce”. Szachowski był wielkim entuzjastą Chicka Corei. Trzeba mu oddać, że prezentował również jego free jazzowe albumy. Choćby takie, jak obydwie części „Piano Improvisations” czy też „The Song Of Singing”. Inna sprawa to polityka programowa decydentów. Jak wiadomo, reżimy totalitarne i mocno autorytarne, delikatnie rzecz ujmując, nie przepadały za awangardą w sztuce. Free jazz jest zatem tylko fragmentem większej całości. Podobnie było na polu muzyki współczesnej. Dopiero na fali destalinizacji w 1956 roku mogła się rozwijać, a i tak jej twórcy nie mieli łatwo. Nie inaczej w filmie, teatrze i innych dziedzinach sztuki.
Trochę włożyłem kij w mrowisko nie do końca o to mi chodziło ( skąd wątek country?) bardziej myślałem że Reddinga, czy Browna hity generalnie Franklin nie są w naszej tkance muzycznej gdzie melodyczność rytm i ekspresyność ustawialyby naszą wrażliwość muzyczną na innym poziomie
Usuń@Kosien
OdpowiedzUsuń„Owszem Wonder bywał na naszych salonach ale przede wszystkim w dwóch białawych utworach i just call to say i love you oraz par timer lovers. (...)Trójkę ledwo odbierałem na moim zadupiu gdzie dwójka?”.
To, o czym piszecie, a propos muzyki amerykańskiej, najlepiej korygować na przykładzie konkretnego artysty. Bardziej ogólne wpisy, z oczywistych względów, są niemożliwe. To temat rzeka. Ad rem. Wonder w latach 80. pojawiał się w radiu bardzo często. Pogląd zbliżony do Twojego mogłaby potwierdzić osoba, która słuchała wtedy (wybiórczo!) tylko listy przebojów „Trójki”. Nawet na niej utworów Wondera było znacznie więcej. Oprócz wymienionych przez Ciebie pamiętam choćby: „Ebony And Ivory” (z McCartneyem), „Keep Our Love Alive”, „Free”, „Overjoyed”, „Don’t Drive Drunk”, „That Girl”, „Ribbon In The Sky”. Wondera słyszałem we wszystkich programach radiowych (I, II, II, IV). Najczęściej gościł w „Trójce” i „Dwójce”. Bardzo lubił go Niedźwiecki, szczególnie ballady. Nawiązując do recenzji Pawła - to właśnie w „Trójce” usłyszałem po raz pierwszy mój ulubiony album Stefana -„Songs In The Key Of Life”. Nie pamiętam już dokładnie o jaką audycję chodzi (lata 80.), ale fragment „The First Garden” z „Journey Through The Secret Life Of Plants” był muzyczną wizytówką regularnie pojawiającego się programu. W „Dwójce” na tym polu rej wodziła Jadwiga Skolarska. Miała nawet audycję „Cudowny świat muzyki Stevie Wondera”. W „Klubie Stereo” prezentowano jego wybraną dyskografię - dokładnie pięć płyt. W sumie było tego naprawdę sporo...
Na początku zestawiłeś ze sobą między innymi Wondera i Gentle Giant, jak wzorzec, co wtedy popularyzowano i poważano. W latach 80. w ŻADNEJ rozgłośni radiowej nie słyszałem NIGDY Gentle Giant. Płyty tego zespołu kupiłem „na ślepo” w sklepie muzycznym circa w 1994 roku. W prasie muzycznej było podobnie. W latach 80. - NIC. W 90. bodaj dwie krótkie recenzje debiutu i „Three Friends” w „Tylko rocku”.
Masz rację . Może w otchłaniach nocnych audycji Beksińskiego w trójce dałoby się GG usłyszeć?
UsuńMi bardziej chodziło o wzorzec muzyki popularnej na którym zostaliśmy skrzywdzeni.
O tym że Stefan jest ok to Red hoci na płycie Mothers Milk swoją wersją Higher Ground mnie przekonali .zaciekawili. Długa droga była przede mną by dotrzeć do wzorca muzyki środka przecież skąd dużo łatwiej robić wypady na każdą stronę muzyki czy na obrzeża czy na lśniący parkiet.
@Kosien
OdpowiedzUsuń„Może w otchłaniach nocnych audycji Beksińskiego w trójce dałoby się GG usłyszeć?”.
Pamiętam jeden taki przypadek. W 1996 roku w nocnej „Trójce pod księżycem” zaprezentował fragmenty „Acquiring The Taste” oraz „Three Friends”.