[Recenzja] Om - "Advaitic Songs" (2012)

Om - Advaitic Songs


Cykl "Ciężkie poniedziałki" S02E07

Gdyby nie kilka minut cięższego grania w drugim na płycie utworze "State of Non-Return", trudno byłoby uwierzyć, że zespół stojący za "Advaitic Songs" ma cokolwiek wspólnego z metalem. Ma akurat całkiem sporo. Oryginalny skład Om tworzyli śpiewający basista Al Cisneros i perkusista Chris Hakius, wcześniej sekcja rytmiczna Sleep, jednego z czołowych przedstawicieli stoner metalu. Debiutancki album duetu, "Variations on a Theme", przyniósł natomiast mieszankę sabbathowego ciężaru ze wschodnim mistycyzmem, mantrową konstrukcją utworów i beznamiętnym wokalem inspirowanym tybetańskim czy bizantyjskim śpiewem. W praktyce najbardziej brzmi to jednak jak stonerowa wariacja na temat floydowego "Set the Controls for the Heart of the Sun".

Na kolejnych płytach, "Conference of the Birds" (zbieżność tytułu z arcydziełem Davida Hollanda wynika najpewniej ze wspólnej inspiracji perskim poematem Farida ud-Din Attara) oraz "Pilgrimage", już tylko połowa repertuaru zawierała stonerowy ciężar, podczas gdy druga jeszcze bardziej zbliżała się do klimatu wspomnianego utworu Pink Floyd. "Pilgrimage" był zarazem pierwszym albumem Om z prawosławną ikoną na okładce, co miało od tego czasu stać się tradycją. Był też ostatnim, na którym zagrał Hakius. Zarejestrowany już z Emilem Amosem "God Is Good" przyniósł dalsze łagodzenie brzmienia, ale też jego poszerzenie o dźwięki tambury, fletu czy wiolonczeli, dzięki czemu muzyka zespołu zyskała jeszcze ciekawszy klimat.


"Advaitic Songs" - ostatni, jak dotąd, album Om - idzie jeszcze dalej w tym kierunku. Sekcja rytmiczna traci tu dotychczasową dominację, a na pierwszy plan przeważnie wychodzą smyczki, czasem z dodatkiem pianina, gitary, tambury, tabli i innych perkusjonaliów czy fletu. Jedynie we wspomnianym "State of Non-Return" pojawia się potężny, ostinatowy motyw przesterowanego basu, ciężkie uderzenia w bębny i zadziorniejszy śpiew Cisnerosa. W to wszystko wpleciono jednak orientalizujące wejścia smyków,  które w instrumentalnej kodzie wychodzą na prowadzenie, wsparte jedynie pianinem oraz nieco już bardziej stonowanymi bębnami. Splata się to w zaskakująco spójną całość, choć jako część płyty utwór ten akurat tak raczej średnio tu pasuje.

Może miałby "State of Non-Return" więcej sensu jako otwieracz, dzięki któremu miłośniczy wcześniejszych płyt Om - zwłaszcza trzech pierwszych - nie czuliby się zbyt zagubieni. Bo jednak ten rzeczywisty otwieracz, "Addis", mocno podnosi próg wejścia dla kogoś oczekującego sabbathowych riffów i metalowych bębnów. Instrumentarium obejmuje tu wyłącznie smyczki, tablę oraz inne perkusjonalia, w dalszej części dochodzi też trochę nastrojowych dźwięków gitary, natomiast zamiast głosu Cisnerosa pojawia się żeński śpiew w języku sanskryckim. Tak naprawdę jest to typowa dla Om kompozycja, inaczej zaaranżowana i stosunkowo krótka - nie przekracza sześciu minut - ale o dokładnie tym samym klimacie, inspirowanym wschodnim mistycyzmem.


Trzy dłuższe, ponad dziesięciominutowe nagrania są bardziej wywożone, łącząc typową dla Om pracę sekcji rytmicznej - w wersji z czystym brzmieniem basu - oraz ten beznamiętny głos Cisnerosa z bogatszymi aranżacjami. Oprócz obecnych już w dwóch pierwszych utworach smyczków i egzotycznych perkusjonaliów, rozbrzmiewają także dronowe dźwięki hindustańskiej tambury ("Gethsemane", "Sinai") lub folkowe partie fletu oraz gitary ("Haqq al-Yaqin"). Bardzo ciekawie splatają się tu różne tradycje muzyczne - przede wszystkim blisko- i dalekowschodnie - tworząc intrygujący, hipnotyczny nastrój. Szczególnie w finałowym utworze udaje się budować odpowiedni klimat i napięcie. Jest to zarazem najlepsze nagranie na płycie.

Podoba mi się ewolucja, jaką na przestrzeni lat przeszedł Om. Zespół zaczynał od wypracowania własnego stylu w obrębie stinger metalu - opartego na bardzo minimalistycznych środkach: jedynie na wokalu, basie i bębnach - a następnie starał się go urozmaicać, niemal na każdej kolejnej płycie (z niechlubnym wyjątkiem "Pilgrimage") proponując coś nowego. Jednocześnie udawało się przez cały ten czas zachować charakterystyczny klimat, który tak dobrze współgra z nazwą grupy. "Advaitic Songs", zdecydowanie najbogatsza i najbardziej różnorodną płyta Om, pod względem aranżacji niemal w ogóle - poza fragmentami drugiej ścieżki - nie przypomina surowego debiutu czy dwóch kolejnych albumów, a jednocześnie ma ten sam, hipnotyczny nastrój. A zarazem to właśnie ta brzmieniowa różnorodność i głębsze zanurzenie się w pozaeuropejskie tradycje muzyczne czynią "Advaitic Songs" najciekawszym wydawnictwem Om.

Ocena: 8/10



Om - "Advaitic Songs" (2012)

1. Addis; 2. State of Non-Return; 3. Gethsemane; 4. Sinai; 5. Haqq al-Yaqin

Skład: Al Cisneros - wokal, gitara basowa, pianino, instr. perkusyjne; Emil Amos - perkusja i instr. perkusyjne, gitara, pianino
Gościnnie: Jory Fankuchen - skrzypce; Jackie Perez Gratz - wiolonczela; Lucas Chen - wiolonczela (1); Kate Ramsey - wokal (1); Robert Aiki Aubrey Lowe - tambura i dodatkowy wokal (3,4); Lorraine Rath - flet (5); Hom Nath Upadhyaya - tabla (5)
Producent: Om


Komentarze

  1. Coś dla fanów Batushki przed rozłamem. W ogóle to jakie masz zdanie o tym Projekcie ? Ja tylko mogę od siebie powiedzieć ,że debiut Litorgia (mogłem źle zapisać tytuł) warto poznać . Potem tylko jak już to wersja Krysiuka zrobiła coś ciekawego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Om to inny rodzaj metalu, połączony ze znacznie szerszymi inspiracjami, a jedno z drugim zostało idealnie zintegrowane. Tak naprawdę podobieństwa zaczynają i kończą się na okładkach. Słuchałem którejś płyty Batushki i tam po prostu taki zupełnie konwencjonalny, bardzo podstawowy black metal, gdzie nic ciekawego muzycznie się nie dzieje, przeplatał się z cerkiewnymi chórami a capella i było to połączone bardzo topornie, właśnie bez żadnej integracji. Podejrzewam, że na innych albumach jest to zrobione podobnie. Jak ktoś szuka płyt inspirowanych prawosławną muzyką sakralną, to lepszym wyborem będzie Aporea albo ścieżka dźwiękowa "Andriejq Rublowa".

      Usuń
    2. I tak dziękuję za polecajkę , bo zawsze warto poszerzyć gusta

      Usuń
    3. Co do poszerzania , to nie wiem , czy Królówczana Smuga jest warta uwagi ? Bo łączy dużo elementów muzycznych , dużo elektroniki , psychodeli , lekko ambientowe też.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)