2 lutego 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Om" (1968)



Pierwsze pośmiertne wydawnictwo Johna Coltrane'a to zapis niespełna półgodzinnej improwizacji, jaka odbyła się 1 października 1965 roku. Było to zatem niemal równo miesiąc po pierwszym podejściu do nagrania suity "Meditations" (opublikowanym po latach jako "First Meditations (for Quartet)"), a niecałe dwa tygodnie przed zarejestrowaniem utworu "Kulu Sé Mama". Z kolei dzień wcześniej, 30 września, Coltrane zagrał koncert w Seattle (wydany w 1971 roku jako "Live in Seattle"). Podczas występu towarzyszył mu skład złożony z Pharoaha Sandersa, McCoya Tynera, Jimmy'ego Garrisona, Elvina Jonesa, oraz grającego na klarnecie i kontrabasie Donalda Garretta. Dzień później w studiu pojawili się ci sami muzycy plus flecista Joe Brazil.

O sesji nagraniowej "Om" krąży legenda, według której Coltrane lub cały skład grali pod wpływem LSD. Inna plotka mówi natomiast, że saksofonista nie chciał ujawniać tego nagrania, lecz po jego śmierci Bob Thiele - producent i szef Impulse! Records - postanowił je opublikować, licząc na zainteresowanie wielbicieli rocka psychodelicznego. Zdecydowanie nie jest to jednak muzyka, jaką potrafiłby przyswoić przeciętny słuchacz rocka. Nawet wielbiciele wcześniejszych dokonań Trane'a na gruncie freejazzowym mogą mieć problem ze zrozumieniem i docenieniem tego wydawnictwa. Jest to bowiem najbardziej radykalne i ekstremalne dzieło saksofonisty.

Pomijając wstęp i zakończenie, z wokalizami Johna i Pharoaha imitujących hinduskie medytacje, nagranie sprawia wrażenie kompletnego chaosu i bezsensownego hałasu. Muzycy zdają się w ogóle nie zwracać uwagi na to, co grają pozostali, a ich atonalnym, zupełnie niemelodyjnym (poza nielicznymi momentami) towarzyszą jakieś wrzaski i inne pozamuzyczne dźwięki. Nic dziwnego, że album przez wielu krytyków i słuchaczy został uznany za najsłabszy w dorobku Coltrane'a. Sam potrzebowałem czasu, żeby się z nim oswoić. Przy pierwszym przesłuchaniu wytrzymałem ledwie kilka minut. Przy drugim wciąż słyszałem głównie chaos, ale zacząłem dostrzegać w nim ciekawą koncepcję. Przy trzecim już w ogóle nie drażniło, a intrygowało.

Podobnie jak "Kulu Sé Mama" (nagrany zresztą w podobnym składzie), "Om" kojarzy się z jakimś pierwotnym, dzikim rytuałem (choć nie afrykańskim, a hinduskim). Wykonanie jest bardziej ekstremalne, obłąkane i chaotyczne, ale zarazem tworzy niesamowity, naprawdę mroczny i niepokojący klimat. Jeżeli do nagranego kilka miesięcy wcześniej "Ascension" pasował tytuł "wniebowstąpienie", tak ten album można by nazwać wstąpieniem do piekła (ale "Om" to też fajny tytuł, łatwy do zapamiętania).

"Om" bez wątpienia jest najtrudniejszym w odbiorze albumem Johna Coltrane'a, ale zdecydowanie nie najsłabszym. Wręcz przeciwnie - to jedno z jego najciekawszych dokonań, lecz ze względu na swój charakter bardzo hermetyczne, mogące się podobać nielicznemu gronu słuchaczy.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Om" (1968)

1. Om (Part I); 2. Om (Part II)

Skład: John Coltrane - saksofon; Pharoah Sanders - saksofon; Donald Rafael Garrett - klarnet i kontrabas; Joe Brazil - flet; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele


18 komentarzy:

  1. Trafiłby się do zrecenzowania album jazzowy z m.in. odgłosami wymiotowania a i tak dostałby wysoką ocenę ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli byłby to dobry album, to dostałby wysoką ocenę. A jeszcze nie trafiłem na album jazzowy, który byłby kompletnie do niczego. Na wiele przeciętnych - owszem. Ale ich tu nie opisuję, bo w kolejce wciąż czeka mnóstwo lepszych. Stąd może się wydawać, że każdy jazzowy album oceniam bardzo wysoko.

      Usuń
  2. Bardzo nietypowe wydawnictwo, które - w przeciwieństwie do Pawła - zdzierżyłem od razu w całości. O dziwo, przyswoiłem go całkiem nieźle, pod tym względem, że przesłuchałem już trzykrotnie.

    Na tej podstawie mogę ocenić materiał jako w połowie intrygujący, w połowie odpychający. O ile muzycznie mogę to nawet zdzierżyć (nawet jak na tak ekstremalną formę), tak początek i koniec jest po prostu okropny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam w takim razie "Ascension" - tam nie ma żadnych wokali, a muzyka równie swobodna ;)

      Usuń
    2. Zależy ile trwa ten album, do "Om" oprócz nietypowego charakteru zachęcił mnie głównie jego krótki czas trwania :) Przez takie dłuższe instrumentalne jazzowe granie trudno mi czasem przebrnąć - ale próbuję.

      Usuń
    3. Trochę dłużej, ok. 40 minut.

      Usuń
  3. No to jeszcze w miarę... Żeby nie było - cenię muzykę jazzową, ale jakoś nie potrafię polubić. Problem polega na tym, że nawet gdy jakiś album z tego obszaru mi się spodoba, to i tak nie mam ochoty do niego powracać. A co dopiero albumy jazzowe, które nie do końca przypadły mi do gustu...

    W przypadku albumów rockowych, to nawet wśród tych mniej lubianych dzieł zdarza mi się coś czasem zapuścić. W sumie w ciągu ostatnich 2-3 miesięcy powtórzyłem sobie trochę albumów, a były wśród nich takie których nie słuchałem od 7-9 lat, i ogólnie oceny nieźle pospadały w dół - nawet wśród tych, które mam zrecenzowane na blogu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z muzyką Trane'a i Davisa zetknąłem się po raz pierwszy około 2010 roku. Podobała mi się, ale też nie byłem w stanie słuchać jej w dużych ilościach. Chyba przez brak wokali, bo z instrumentalnym rockiem miałem podobnie. Już nie pamiętam kiedy mi się to odmieniło, ani jakie albumy były tego przyczyną (pewnie jakieś bluesrockowe z długimi instrumentalnymi improwizacjami), lecz nie mam z tym już problemu. Obecnie chyba nawet wolę granie instrumentalne, bo wokal zwykle jest najsłabszym ogniwem.

      Akurat do Coltrane'a i Davisa nie jest trudno się przekonać z perspektywy słuchacza rocka, bo pierwszym z nich inspirowali się rockmani, a drugi sam inspirował się rockiem ;) Na początku też nie miałem większej ochoty wracać do albumów jazzowych, z wyjątkiem "Kind of Blue". Stopniowo tych wyjątków było coraz więcej.

      Usuń
    2. Z dzieł Milesa słyszałem na razie tylko "Jack Johnson", głównie z powodu tego bardziej rockowego charakteru całości. Oczywiście w planach mam też "Kind of Blue". Za pozostałe jeszcze nie wiem czy się zabiorę.

      Usuń
    3. Z Davisa polecałbym Ci przede wszystkim te psychodeliczno-kosmiczno-funkowo-rockowe koncerty z połowy lat 70. ("Agharta", "Pangaea", "Dark Magus"), no i oczywiście kultowy "Bitches Brew", ale to wszystko są długie albumy. Krótki jest za to "In a Silent Way", ale tam jest mniej rocka, w klimacie jest to podobne do "Kind of Blue", lecz w instrumentarium są elektryczne klawisze i gitara. Bardzo ładny album.

      Z Trane'a na pewno warto znać "A Love Supreme", bo to obok "Kind of Blue" i "Bitches Brew" najsłynniejszy album jazzowy, oraz jeden z najwspanialszych w ogóle. Polecam też mało znany "Ole" z niesamowitym utworem tytułowym.

      Usuń
    4. Z takich jazzowych propozycji, to jak dotąd najbardziej spasował mi "Mind Transplant" Mouzona. Właśnie słucham też "Spectrum" Billy'ego Cobhama, i chyba jest nawet jeszcze lepszy. Chyba jednak wolę takie energetyczne granie z większą/dominującą rolą perkusji a nie trąbki czy saksofonu.

      Usuń
    5. Na tych koncertach jest więcej gitar, basu i perkusji (gra dwóch perkusistów, a można odnieść wrażenie, że jest ich ze czterech), niż trąbki. Saksofonu jest dużo, ale brzmi tak ostro jak u Coltrane'a czy King Crimson. Dave Liebman na "Dark Magus" wygrywa na saksie niesamowite rzeczy, podobnie jak Sonny Fortune na "Pangaei".

      Usuń
    6. Skoro jest tak jak mówisz, to może i na nie przyjdzie kiedyś pora i dam im szansę.

      Mogę za to powiedzieć, że nie na tym etapie nie interesuje mnie free jazz czy też spiritual jazz, zarówno "Om", jak i "Ptah, the El Daoud" Alice mnie nie zachwyciły (a słuchałem po parę razy). Doceniam wykonanie, ale taka stylistyka raczej do mnie nie przemawia.

      Usuń
    7. Myślę, że zdecydowanie za szybko na takie kategoryczne stwierdzenie, bo te albumy nie są ani najlepsze w tej stylistyce (choć bardzo dobre), ani najbardziej dla niej reprezentatywne. Możesz jeszcze kiedyś spróbować następujących albumów:

      Pharoah Sanders - "Karma"
      Alice Coltrane - "Journey in Satchidananda"
      Joe Henderson - "Elements"
      Dewan Motihar Trio, Irene Schweizer Trio, Manfred Schoof, Barney Wilen ‎– "Jazz Meets India"

      ...oraz oczywiście "A Love Supreme" i "Ascension".

      Jeżeli dalej nie będziesz zachwycony, to faktycznie nie ma sensu w to brnąć dalej, lepiej odłożyć na później. Ale sądzę, że te albumy spodobają się bardziej.

      W każdym razie fajnie, że próbujesz przekonać się do czegoś więcej, niż muzyka rockowa ;)

      Usuń
    8. No próbuję od dawna, ale wszelkie próby kończą się na przesłuchaniu danego albumu bez chęci powrotu do niego. Nie wykluczam, że może kiedyś się to zmieni.

      Może za bardzo lubię muzykę z obszaru hard rock-heavy metal, że teraz trudno zachwycić się czymś innym w równym stopniu. Choć oczywiście z tego obszaru też trafiają mi się totalne badziewia zasługujące na niską ocenę, do których nie chce mi się wracać. Choć jedną jedynkę wystawiłem tylko temu - https://www.youtube.com/watch?v=F8vDIJYWliI

      Usuń
    9. Jeśli wolisz fusion w stylu Cobhama i Mouzona, to powinny spodobać Ci się dokonania Mahavishnu Orchestra i The Tony Williams Lifetime. Ciężkie fusion, z dominującą rolą przesterowanej gitary Johna McLaughlina, bez dęciaków. Na początek polecam:

      "The Inner Mounting Flame" MO - to jest bardzo podobne do King Crimson z okresu "Larks' Tongues in Aspic" (nie wiem jak u Ciebie ze znajomością KC, ale dobre poznanie jego twórczości znacznie ułatwia wejście w świat jazzu i awangardy), tylko bardziej improwizowane.

      "(turn it over)" TTWL - na tym albumie na basie gra Jack Bruce z Cream, a to chyba wystarczająca rekomendacja. Niedługo pojawi się tu recenzja tego wydawnictwa.

      Usuń
  4. Przede wszystkim to jest album sonorystyczny. W ogóle Trane jako saksofonista z sesji na sesję coraz mocniej zagłębiał się w sonoryzm, a tutaj poszedł po prostu na całość (czy pod wpływem kwasu tego nie wiem, ale raczej mało kto na LSD byłby w stanie znieść tak rozstrajającą muzykę. Chyba, że miałby z kwasem wyjątkowo dużo w swym życiu do czynienia ;) ).

    Inaczej, może prościej mówiąc, tutaj chodzi o wydobywanie z instrumentów dźwięków nietypowych, innych, opierającym się standardowym formom notacji i o eksplorowanie samego brzmienia, a nie harmonii, czy rytmu. O ile w muzyce klasycznej te dźwięki się komponuje (i zapisuje na różne dziwne sposoby) o tyle tutaj muzycy je improwizują i na bieżąco dopasowują do siebie na tym polu. Czyli robią w sumie to, co się zawsze robi w jazzie, tylko nie na poziomie harmonicznym, ale w sferze zgrzytów, trzasków, szumów, pisków - dźwięków jako takich i samego brzmienia.

    Jednych słuchaczy takie granie może cieszyć, innych nie, ale to nie jest ot takie se rzępolenie, tylko próba - bardzo udana! - wyjścia poza schematy muzyki zachodniej, o co przecież wszystkim w tamtym czasie chodziło.

    Jedna z lepszych i ciekawszych płyt Coltrane'a jak dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Polowałem na ten album już od dłuższego czasu. Wyobrażałem sobie, że to będzie taka Coltrane`owa "Agharta", a tu taka niespodzianka. Przecież to jest genialne... Słucham trzeci raz i ciągle mam ciarki.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.