[Recenzja] Kendrick Lamar - "To Pimp a Butterfly" (2015)

Kendrick Lamar - To Pimp a Butterfly


Od mniej więcej półtora roku "OK Computer" Radiohead nie jest już najlepszym albumem wszech czasów według użytkowników Rate Your Music. Spadł na drugie miejsce, wyprzedzony przez "To Pimp a Butterfly" Kendricka Lamara. Płyta ta już w momencie wydania stała się współczesnym klasykiem, który to status natychmiast potwierdziła niezliczona ilość entuzjastycznych recenzji, miliony odsłuchów w streamingu i świetna sprzedaż fizycznych kopii, a nawet uznanie samego Davida Bowie, dla którego album stał się jedną z głównych inspiracji podczas prac nad "Blackstar". Jak się okazuje, nie był to jedynie chwilowy hajp. Po blisko dziesięciu latach od premiery "To Pimp a Butterfly" cieszy się niesłabnącą popularnością, o czym świadczy chociażby ranking RYM-a czy obecność wśród odświeżonych 500 albumów Rolling Stone'a i tych 1001, których trzeba posłuchać przed śmiercią. Ale najlepsze w tym wszystkim - a bynajmniej nieoczywiste - jest to, że longplay faktycznie na takie wyróżnienia zasługuje.

Trzecie długogrające wydawnictwo rapera Kendricka Lamara Duckwortha to album koncepcyjny. Już sama okładka może wywoływać skojarzenia z beatlesowskim "Sgt. Pepper's Lonely Heart Club Band". Tekstowo (i muzycznie, ale o tym za chwilę) jesteśmy jednak w XXI wieku i wśród problemów afroamerykańskiej społeczności, dotykającego ich rasizmu, życia w gettach czy nieprzystosowania do funkcjonowania poza nimi, bo nie brakuje tu też oskarżeń wobec samych czarnoskórych, którzy po części ponoszą winę za utrwalanie stereotypów na ich temat. Nie przeszkodziło to temu, by kawałek "Alright" stał się nieformalnym hymnem protestów przeciwko brutalności policji wobec tej społeczności. Lamar w tekstach oddaje hold swoim czarnoskórym bohaterom, jak Nelson Mandela, Malcolm X, Martin Luther King, Tupac Shakur i Wesley Snipes, ale też fikcyjnych, jak Kunta Kinte z powieści Alexa Haleya (tytuł "To Pimp a Butterfly" nawiązuje z kolei do "To Kill a Mockinbird", czyli "Zabić drozda" Harper Lee, poruszającej problem rasizmu). Cały koncept narodził się po wizycie artysty w RPA, gdzie m.in. odwiedził celę Mandeli.


W przygotowaniu "To Pimp a Butterfly" Kendricka Lamara wsparło kilkudziesięciu gości: instrumentalistów, wokalistów oraz producentów. Wsród nich znaleźli się chociażby Flying Lotus, Dr. Dre, Snoop Dogg, Pharrell Williams, ale też żywa legenda funku George Clinton, a także Kamasi Washington, Terrace Martin, Thundercat i inni muzycy jazzowego kolektywu West Coast Get Down, pianista Robert Glasper czy trębacz Ambrose Akinmusire (m.in. Mary Halvorson's Code Girl). W formie sampli pojawiają się jeszcze James Brown, Fela Kuti, Sly and the Family Stone, The Isley Brothers, Michael Jackson czy Tupac. Bo chociaż "To Pimp a Butterfly" jest przede wszystkim płytą hip-hopową, to zawarta tu muzyka jest mocno zakorzeniona w całym afroamerykańskim dziedzictwie muzycznym, jak jazz, funk czy soul. Lamar przyznawał, że słuchał wówczas sporo Milesa Davisa (zapewne, sądząc po efekcie, z okresu "On the Corner") czy Parliament-Funkadelic.

"To Pimp a Butterfly" powiela błąd charakterystyczny dla wielu albumów koncepcyjnych - szczególnie tych nagranych przez The Who, ale też choćby "The Wall" Pink Floyd - jakim jest nadmiar materiału. Całość trwa blisko osiemdziesiąt minut, a nie zawsze utrzymana jest na równie wysokim poziomie. Najchętniej usunąłbym z tracklisty "The Blacker the Berry", który po prostu niezbyt pasuje do reszty materiału, nawet nie ze względu na bardziej zadziorny, agresywny charakter, co zbliżenie się do hip-hopowej sztampy. Kontrowersyjnym zabiegiem jest też na pewno druga połowa "Mortal Man", ze spreparowaną rozmową Lamara i Tupaca - wypowiedzi tego drugiego pochodzą z jednego z wywiadów, jakich udzielił. Trochę to pretensjonalne i ckliwe, a dla słuchaczy nieanglojęzycznych - lub po prostu słuchających muzyki przede wszystkim dla muzyki - może to być zwyczajnie nużące.


Reszta płyty jest już zdecydowanie ciekawsza. Świetne są na pewno wokalne interpretacje autora, który potrafi rapować na różne sposoby, zawsze z tak samo dobrym flow. A wokalną różnorodność jeszcze bardziej wzmacniają liczni goście. Nie mniej interesująca jest jednak warstwa instrumentalna, z naprawdę kunsztowną produkcją - cały czas coś się tutaj dzieje, często na kilku planach jednocześnie. Najlepsze momenty? Trochę ich tu jest. Świetny jest początek, z chwytliwymi, funkowo rozbujanymi "Wesley's Theory" i "King Kunta", a także umieszczonym pomiędzy nimi mocno jazzowym interludium "For Free?", z popisowymi partiami Martina i Glaspera oraz Lamarem wyjątkowo bliższym Gila Scott-Herona niż współczesnych raperów. Wpływy jazzowe powracają jeszcze wielokrotnie, ale już w bardziej nowoczesnej, hip-hopowej oprawie, z najbardziej imponującym efektem w "Alright", a także "u" z prominentnym udziałem Washingtona oraz pierwsza połowa "Modal Man" z nie mniej istotną rolą Akinmusire'a. Na wyróżnienie zasługuje jeszcze żywiołowy "i" z lekką hendrixowską gitarą oraz subtelniejszy "How Much a Dollar Cost", który wyjątkowo czerpie nie tylko z afroamerykańskiej tradycji - partia pianina i smyczki ewidentnie kojarzą się z "Pyramid Song" Radiohead.

Czy "To Pimp a Butterfly" to faktycznie najlepsza płyta wszech czasów, jak wynika z rankingu RYM-a? Absolutnie nie. Natomiast niewątpliwie jest to jedno z najważniejszych muzycznych wydawnictw XXI wieku i tak naprawdę jeden z niewielu albumów z tego okresu, które dość powszechnie są już uznawane za klasykę. Może to też być mój ulubiony, obok wspomnianego "Blackstar", longplay poprzedniej dekady. Z czego wynika wartość trzeciego albumu Kendricka Lamara? Przede wszystkim z bardzo przekonującego nawiązania do całego afroamerykańskiego dziedzictwa muzycznego, które jednak zostało to odpowiednio zmodernizowane, dostosowane do współczesnych trendów. Imponująca produkcja oraz wysoki poziom wykonania również są niezaprzeczalnym atutem.

Ocena: 9/10



Kendrick Lamar - "To Pimp a Butterfly" (2015)

1. Wesley's Theory; 2. For Free? (Interlude); 3. King Kunta; 4. Institutionalized; 5. These Walls; 6. u; 7. Alright; 8. For Sale? (Interlude); 9. Momma; 10. Hood Politics; 11. How Much a Dollar Cost; 12. Complexion (A Zulu Love); 13. The Blacker the Berry; 14. You Ain't Gotta Lie (Momma Said); 15. i; 16. Mortal Man

Skład: Kendrick Lamar - wokal; George Clinton - wokal (1); Thundercat - wokal (1,5), gitara basowa (3,5,13,15,16), dodatkowy wokal (7,12,14); Terrace Martin - saksofon altowy (1,2,6-9,11,13,14,16), instr. klawiszowe (5,6,8-12), wokoder (9,14), aranżacja instr. smyczkowych; Josef Leimberg - trąbka (1,5,8,11,12,14,16), wokal (1); Robert Glasper - pianino (2), instr. klawiszowe (5,12,13,16); Craig Brockman - organy (2); Marlon Williams - gitara (2,3,5,6,11,14,16); Brandon Owens - gitara basowa (2,16); Robert "Sput" Searight - perkusja (2), instr. klawiszowe (10); Matt Schaeffer - gitara (3); Anna Wise - wokal (4,5), dodatkowy wokal (1,2,10); Bilal - wokal (4,5), dodatkowy wokal (6,8-10); Snoop Dogg - wokal (4); Pedro Castro - klarnet (4); Sam Barsh - instr. klawiszowe (4,15); Paul Cartwright - skrzypce (4,11,16); Gabriel Noel - wiolonczela (4), kontrabas (11); Gregory Moore - gitara (5); Larrance Dopson - instr. perkusyjne (5,11-14), instr. klawiszowe (5); Kamasi Washington - saksofon tenorowy (6), aranżacja instr. smyczkowych; Adam Turchan - saksofon barytonowy (6); Pharrell Williams - wokal (7); Ronald Isley - wokal (11), dodatkowy wokal (15); James Fauntleroy - wokal (11), dodatkowy wokal (16); Rapsody - wokal (12); Pete Rock - skreczy i dodatkowy wokal (12); Ronald Bruner Jr. - perkusja (13); Sounwave - instr. klawiszowe (14), aranżacja instr. smyczkowych; Keith Askey - gitara (15); Chris Smith - gitara basowa (15); Kendall Lewis - perkusja (15); Rahki - instr. perkusyjne (15); Ambrose Akinmusire - trąbka (16); Junius Bervine - instr. klawiszowe (16); Whitney Alford - dodatkowy wokal (1,3); Ash Riser, Dr. Dre - dodatkowy wokal (1); Darlene Tibbs - dodatkowy wokal (2); Taz Arnold aka Tisa - dodatkowy wokal (4,8,9,15); Jessica Vielmas - dodatkowy wokal (6); SZA - dodatkowy wokal (6,8); Candace Wakefield - dodatkowy wokal (7,15); Preston Harris - dodatkowy wokal (8,10,14); Lalah Hathaway - dodatkowy wokal (9,12,13); Dion Friley - dodatkowy wokal (10,15); JaVonté - dodatkowy wokal (12,14,16); Talkbox Monte - dodatkowy wokal (12); Wyann Vaughn - dodatkowy wokal (14); Dave Free, Devon Downing, Edwin Orellana, William Sweat - dodatkowy wokal (15)
Producent: Flying Lotus (1); Ronald "Flippa" Colson (1); Sounwave (1,3,5-8,10,12,16); Thundercat (1,10,12); Terrace Martin (2,3,5,8,12,13); Rahki (4,15); Fredrik "Tommy Black" Halldin (4); Larrance Dopson (5); Taz Arnold aka Tisa (6,8); Whoarei (6); Pharrell Williams (7); Knxwledge (9); Tae Beast (10); Lovedragon (11,14); Boi-1da (13); KOZ (13)


Komentarze

  1. Nie jest to płyta na dychę, ale chyba trudno nagrać coś lepszego w ramach hip-hopu. Zresztą, jak wspomniałeś, jakość tej płyty wynika właśnie z licznych nawiązań do innych gatunków muzycznych, przez co efekt końcowy porywający jest nie tylko tekstowo, ale także muzycznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. było wiele rzeczy lepszych od tej płycie w hip hopie pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Jakie albumy hip hopowe były "wiele" lepsze od tego?

      Usuń
    3. Nas - Illmatic, OutKast - Aquemini lub Stankonia, Wu Tang Clan - Enter the Wu-Tang (36 Chambers, Beastie Boys - Paul's Boutique, Notorious B.I.G - Ready To Die, pierwsze 5 z brzegu, które i tekstowo i muzycznie są ciekawsze od tej płyty Lamara.

      Usuń
    4. @Jakub wybacz, ale chyba poza Outkastem to nic z twojej listy nie jest tak ciekawe tak czysto muzycznie jak To Pimp A Butterfly. Szczególnie Wu Tang, który wraca nieco do rozwiązań typowych dla hip hopu z lat 80. w czasach, gdy gatunek przechodził chyba okres najszybszej ewolucji. Porównaj sobie Enter the Wu Tang z wydanym w tym samym roku Midnight Marauders - różnice są ogromne i to na niekorzyść Wu Tangu.

      Usuń
    5. SUBIEKTYWNIE Kanye West z lat 2004-2016 lepszy.

      Usuń
    6. Ze wszystkich hip-hopowych płyt, jakie słyszałem - nie było ich wiele, trochę ponad setka - jedynie te Westa kompletnie mi nie podeszły. Propozycje Jakuba są ok, ale jednak bardziej do mnie trafia to inspirowane całym afroamerykańskim dziedzictwem wydawnictwo Lamara.

      Usuń
    7. Warto więc powtórzyć, żeby zrewidować opinię, przynajmniej ten okres o którym piszę. Nie takie wzrosty oceny tu już były :)

      Usuń
    8. Tak naprawdę to "My Beautiful Dark Twisted Fantasy" przekonał mnie bardziej do hip-hopu niż jakiekolwiek dzieło Lamara - które i tak doceniam, ale nie aż tak.

      Usuń
    9. Też kompletnie nie rozumiem fenomenu Kanyego. Jak kiedyś próbowałem przesłuchać MBDTF to kompletnie mnie odrzuciły banalne melodie (czy tam beaty), monotonia, brak kreatywności (szczególnie jeżeli chodzi o korzystanie z samplingu), no i jego, do bólu przeciętny głos, oraz flow.

      W ogóle mam takie wrażenie, że pop rap (podobnie jak pop punk, punk rocka, czy ogólnie muzykę "okołopunkową" ), kompletnie pozbawia autentyzmu hip hopu, jedynie oferując miałkość, infantylność i przede wszystkim, wykalkulowane komercyjne podejście. Zapewne, nagranie "dobrego" albumu pop rapowego jest równie karkołomne, co próba stworzenia, czegokolwiek przyzwoitego w disco polo.

      Usuń
    10. Ogólnie zgadzam się z raczej nieprzychylną opinią na temat MBDTF, w tamtej płycie razi mnie nieco takie połączenie rozdmuchania z banałem, nieco jak w słabszym progu. Na plus jest bardzo zabawne wykorzystanie sampla z "'21st Century Schizoid Man". Jeśli chodzi o Westa to jednak całkiem podszedł mi Yeezus. Takie ugrzecznione Death Grips przez większość czasu, ale jest tam jednak kilka bardzo ciekawych rozwiązań.

      Usuń
    11. Ten sampling na "My Beautiful Dark Twisted Fantasy" to jest naprawdę żenująca sprawa. Wziąć sobie cały motyw z cudzego kawałka, który często już kiedyś był przebojem, i zrobić z niego główny, a przy tym jedyny charakterystyczny element nagrania, to pójście po linii najmniejszego oporu. Z całej płyty zapamiętałem najbardziej riff "21st Century Schizoid Man" i wokal Jona Andersona z utworu Mike'a Oldfielda. Cała wartość dodana była kompletnie bezbarwna.

      Usuń
    12. Oczywiście się zgadzam, jak pierwszy raz usłyszałem "Power" to wybuchłem śmiechem. Trochę mnie fascynuje to postrzeganie Westa jako boga samplingu, bo i wcześniej, i mniej więcej w tych samych latach inni producenci też sięgali po tego typu muzykę z dużo lepszym efektem, np J Dilla samplujący Out Bloody Rageous na płycie Jaylib (szkoda, że ogólnie dość słabej) lub wspomniane już Death Grips używające De Futura w wydaje mi się kawałku "Known For It".

      Usuń
    13. @Jakub przecież Illmatic to właśnie płyta skrajnie minimalistyczna muzycznie. Ma to swój urok, ale z całą pewnością nie jest "ciekawsze" niż TPAB. Outkast z kolei ewidentnie był dla Kendricka inspiracją, natomiast w tym przypadku uważam że naśladowca przebił mistrza (na co niemały wpływ miał pewnie rozwój technologii w ciągu tych kilkunastu lat, bo TPAB po prostu brzmi niesamowicie) . Pozostałych w całości nie słuchałem, natomiast na podstawie znanych mi fragmentów raczej wątpię by były one ciekawsze niż płyta Kendricka

      Usuń
    14. Nie wiem, czy całościowo “MBDTF”>”TPaB”, ale na pewno “Runaway” jest wg mnie lepsze od któregokolwiek fragmentu płyty Lamara. Nie znam drugiego tak subtelnie i po prostu ładnie brzmiącego rapowego utworu. Nie jestem absolutnie fanem Westa, ale jak już pisałem pod “Senjutsu”, te zarzuty dotyczące sampli to dla mnie nonsens. Chyba jedyne fragmenty, wobec których rozumiem ten zarzut to “Power” i “Hell of a Life”, reszta jest pod tym względem naprawdę kreatywna. Co jest niby żenującego w samplach z “Dark Fantasy“ albo “Blame Game”? https://www.youtube.com/watch?v=aJ4vr2ex4L4

      A Death Grips to dla mnie okropna muzyka, zredukowanie palety emocjonalnej do prymitywnej wściekłości z prostacką łupanką w tle, hip-hopowy odpowiednik nu metalu. Nie rozumiem ich wysokich ocen.

      Usuń
    15. Ja jestem fanem zarówno Lamara, jak i Westa (tylko muzyki) i czysto muzycznie cenię wyżej mimo wszystko Westa. Wygrywa on u mnie mianowicie melodią i kompozycją - jego kawałki są doskonałe melodycznie, produkcyjnie, praktycznie każdy czymś zaskakuje, czy to subtelnymi zmianami rytmu, ciekawą akordyką, niebanalnymi wejściami w beat. No i bardzo mi się podoba jego tendencja do opierania swojego brzmienia na stylu gospel/soul. Świetne jest też układanie przez niego kawałków w sekwencji, która zawsze jest spójna, różnie rozkładając akcenty. A i nawijka jest konkretna - wyraźna, przyjemnie akcentowana.

      Mimo wszystko nie rozumiem trochę negatywnego podejścia do samplowania - jest to coś podobnego do bluesowej tradycji stosowania starych sprawdzonych zagrywek/akordów/melodii, czy staroszkolnego dylanowskiego folku, który melodie często podbierał z innych, starszych dzieł, by wykorzystać je na nowo i dodać coś od siebie. Taka tradycja muzyczna i już. Sam Kanye często celuje też w nieoczywiste fragmenty cudzych utworów, np. Will You Still Love Me Tomorrow Smokey Robinsona.

      "Power" moim zdaniem nie opiera się na fragmencie z dzieła King Crimson, tylko na żeńskich zaśpiewach (tak, zsamplowanych), fajnym wejściu w refren i pięknie łagodzącym utwór mostku w drugiej połowie :)

      Na marginesie - może warto w sumie spróbować przesłuchać dwóch pierwszych płyt Westa - szczególnie debiutu. Jest to bardziej "swojska" płyta w jego repertuarze, więc może tutaj coś przypadnie do gustu. Była też historycznie ważna, bo wprowadziła do mainstreamu inny wizerunek rapera - przeciętnego gościa z prozaicznymi problemami, nie kozaka gangstera.

      Usuń
    16. @MrEzio45 jednak bym powiedział, że wizerunek rapera jako przeciętnego gościa wszedł dużo wcześniej, za sprawą De La Soul i A Tribe Called Quest. A sam sampling, nawet jak oczywisty, jednak wymaga moim zdaniem pewnej subtelności w tym wszystkim, a MDBTF jednak nie cechuje się tym.

      Usuń
    17. Dzięki za ciekawe płyty, chętnie poszerzę moją wiedzę o te wydawnictwa, bo kompletnie o nich nie słyszałem. Czy przebiły się one w czasie wydania do mainstreamu? W mojej wypowiedzi miałem na myśli nie to, że Kanye był pierwszy kiedykolwiek z taką tematyką, tylko że, według mojej obecnej wiedzy, dopiero on wprowadził ją do muzycznego trendu, który kojarzą wszyscy ze względu na rozgłos.

      MBDTF ma w sobie cechy samplingu jawnego i subtelnego, co dla mnie jest ok. Jednak zachęcam poznać więcej płyt Westa, jeśli po nie nie sięgałeś. Da to pełniejszy ogląd tego, jak sampling u niego działa.

      Usuń
    18. ATCQ i De La Soul byli jednymi z najpopularniejszych składów rapowych swoich czasów. O ile dziś ci drudzy są nieco zapomniani (poniekąd słusznie - brzmi to dziś bardzo archaicznie), o tyle ich wpływ w epoce był bardzo duży, własnie ze względu na zerwanie z "gangsterskością" rapu. Z kolei najlepsze płyty A Tribe Called Quest - The Low End Theory i Midnight Marauders - cieszą się niesłabnącą popularnością i także są klasykami gatunku. Producent i raper Q Tip zresztą miał gigantyczny wpływ na Westa, był także pionierem między innymi czerpania sampli z kilku utworów w kontekście jednego kawałka.

      Usuń
  2. W końcu przyzwoicie napisana recenzja hiphopowa trochę czuć że pisane jest to przez kogoś spoza środowiska ale jest ok.

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajna recenzja i w sumie się z nią zgadzam, natomiast mam z Lamarem jeden, dość trudny do przeskoczenia problem, nieszczególnie podoba mi się barwa jego głosu :p. W ogóle ten styl reprezentowany na płycie w bardzo ciekawy sposób pojawił się też na przełomie lat 90. i 00. na wschodnim wybrzeżu USA, gdzie kolektyw Soulquarians też w przekonujący sposób łączył hip hop, jazz i funk, jeszcze dodając do tego nieco psychodelii. Najbardziej mi się chyba podoba płyta Commona, "Like Water For Chocolate". Zdecydowanie za długa, ale ciekawa i utrzymująca wysoki poziom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też przy pierwszych odsłuchach miałem problem z jego głosem, ale przy powtórkach do recenzji już w ogóle mi nie przeszkadzał.

      Usuń
  4. W temacie "ciekawszych muzycznie" hip-hopowych płyt od siebie mogę podrzucić

    Cannibal Ox - The Cold Vein
    El-P - Fantastic Damage
    Deltron 3030 - Deltron 3030
    Danny Brown - Atrocity Exhibition
    Vince Staples - Big Fish Theory

    Same TBAP nie jest nawet moim zdaniem najlepszą płytą Kendricka, bawi mnie natomiast jako osobę wychowaną na rapie, że jeszcze kilka lat temu każdy bał się stawiać w jednym rzędzie artystów hip-hopowych z rockowymi, jazzowymi itd. a obecnie możemy podziwiać album Lamara jako pierwszy w chartsach na RYMie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biorąc pod uwagę jakim dnem jest współczesny mainstreamowy hip-hop (szczególnie polski, chyba nie istnieje bardziej żenująca muzyka), trudno się dziwić że przez długi czas nikt nie traktował tej muzyki poważnie. Ja sam byłem ogromnie zdumiony tym, jak wysoki poziom prezentują płyty pokroju Madvillainy, Aquemini czy wyżej recenzowana

      Usuń
  5. Od dawna czekałem na tę recenzję (miałem nawiązać do tego w komentarzu pod “Madvillainy”, ale mnie uprzedziłeś). Z większością się zgadzam (może poza opinią o “The Blacker the Berry“, zdziwiłeś mnie stwierdzeniem, że to słaby punkt, na RYMie ze wszystkich utworów jest oceniany najwyżej, dla mnie to być może numer 2, po fantastycznie bujającym “King Kunta”), choć odjąłbym u siebie od oceny dobre pół gwiazdki. Jak dla mnie może i jest to nieco lepszy numer 1 od “OK Computer”, ale wciąż daleko mu do statusu najlepszego albumu ever, jak słusznie zauważyłeś jest zbyt długi, no i żaden z kawałków nie “urywa tyłka”, wciąż są to w większości dość proste, chwytliwe piosenki oparte na zwrotkowo-refrenowym schemacie. Może całość bardziej przypadłaby mi do gustu, gdybym był ze Stanów i lepiej załapałbym cały kontekst, ale nie do końca rozumiem też, co jest tak genialnego w tekstach (z fragmentami typu “Bitch where you when I was walkin'? Now I run the game got the whole world talkin”).

    Podejrzewam, że to nie przypadek, iż ta recenzja pojawiła się krótko po tym, kiedy o Lamarze znów było głośno, ale dla pewności się spytam - czy słuchałeś tych całych dissów Lamara na Drake'a? Mnie niespecjalnie obchodzi ta draka, ale nie ukrywam, że kiedy po premierze “Meet the Grahams” wszedł na RYMie od razu na pierwsze miejsce spośród wszystkich singli ever (a wszystkie dissy miały średnią wywaloną w kosmos), to poczułem pewien niesmak (nawet jeśli równie szybko z niego spadł). Może i z pewnego punktu widzenia jest to ważne wydarzenie, które zapisze się w historii popkultury, ale pod względem muzycznym są to po prostu przeciętne rapowanki i o ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć, że “To Pimp a Butterfly“ dla kogoś może być najlepszą płytą w historii, tak jakoś nie wyobrażam sobie osoby, która po przesłuchaniu któregoś z tych dissów pomyśli sobie “nie słyszałem w życiu niczego lepszego”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem nic o drace z Drakem. W niedawnej recenzji Kamasiego Washingtona wspomniałem o jego współpracy z Lamarem i pomyślałem, że to dobra okazja do opisania w końcu tego albumu.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)