[Recenzja] King Gizzard and the Lizard Wizard - "The Silver Cord" (2023)

King Gizzard and the Lizard Wizard - The Silver Cord


Zeszłoroczny październik przyniósł aż trzy nowe albumy King Gizzard & the Lizard Wizard. Tym razem ukazuje się tylko jeden. I zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, "The Silver Cord" to przeciwieństwo, a zarazem dopełnienie, opublikowanego w czerwcu "PetroDragonic Apocalypse". Oba wydawnictwa są jak yin i yang: poprzedni utrzymany w metalowej stylistyce, najnowszy - zarejestrowany wyłącznie przy pomocy przeróżnych instrumentów klawiszowych, syntezatorów, elektronicznych bębnów i automatów perkusyjnych. Wciąż aktualne pozostaje pytanie, kiedy muzycy znajdują czas nie tylko na nagrywanie takich ilości muzyki, ale też dokonywanie tych wszystkich przewrotów stylistycznych. Wiadomo, że podstawę "The Silver Cord" stanowią nagrania ze stycznia tego roku w australijskim studiu zespołu. Liczne nakładki rejestrowano natomiast od marca do lipca w busach, hotelach i na lotniskach podczas trasy po Stanach i Europie, w tym także w Polsce. Całość zmiksowano w Australii podczas dwóch przerw od koncertowania, w maju oraz lipcu.

"The Silver Cord" wydano w wersji fizycznej w dwóch dostępnych oddzielnie wersjach. Pojedynczy winyl zawiera siedem premierowych kompozycji o łącznej długości 28 minut. To drugi najkrótszy album KGLW, zaraz po "Eyes Like the Sky" z 2013 roku. Edycja dwupłytowa zawiera siedem dokładnie tych samych kompozycji, ale w znacznie rozbudowanych wersjach, trwających razem aż 88 minut, pobijając tym samym długość dotychczasowego rekordzisty, 80-minutowego "Omnium Gatherum" z zeszłego roku. W streamingu obie odsłony "The Silver Cord" funkcjonują jednak jako jeden album. Czy warto słuchać obu wariantów? Zdecydowanie tak, gdyż każda z nich daje odmienne spojrzenie na ten materiał oraz ma nieco inne walory i niedociągnięcia. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, która wersja wypada lepiej - każda sprawdza się pod innymi względami, a w dodatku wydaje się skierowana do nieco innej grupy słuchaczy.


Wersja krótka to materiał przeznaczony dla osób preferujących zwarte piosenki, jakie mogłyby nawet rozbrzmiewać w radiu. Prawie połowę tego materiału - trzy pierwsze kawałki - zespół ujawnił już w formie singla. Ponieważ wszystkie utwory są płynnie połączone, można potraktować te nagrania jako rodzaj minisuity, spójnej za sprawą retro-elektronicznego brzmienia, a zarazem dość zróżnicowanej. Świetnie wypada otwieracz "Theia", bardzo melodyjna piosenka z dźwiękami przywołującymi Kraftwerk z okresu "Die Mensch-Maschine". Tytułowy "The Silver Cord" to już bardziej nastrojowe granie, wzbogacone robotycznymi wokalami. Zupełnie odmiennie wypada "Set", bardzo energetyczny, chwytliwy i taneczny, w warstwie instrumentalnej bliski synthpopu Depeche Mode, za to wokalnie jest to typowy KGLW, bardzo groteskowy, co pogłębia rapowana wstawka. Pierwszy na płycie nieznany wcześniej utwór, "Chang'e", jest zarazem najmniej zaskakującym - brzmi jak odrzut z "Butterfly 3000". Ciekawiej robi się w intensywnym "Gilgamesh", z bardziej house'ową elektroniką i ponownie udziwnioną, częściową rapowaną warstwą wokalną, a także w kolejnym zwariowanym kawałku, "Swan Song" w klimatach industrial techno. Intrygująco wypada finałowy "Extinction", łączący dość eteryczną atmosferę z szybkim tempem, co działa tu zaskakująco dobrze.

Zaletą tej wersji "The Silver Cord" jest z pewnością jej zwartość. To niespełna pół godziny muzyki, raczej łatwej w odbiorze, o ile kogoś nie odrzuca ta typowa dla Australijczyków frywolność. Mam jednak wrażenie, że dla zespołu jest to krok wstecz, do piosenkowości "Butterfly 3000" czy "Fishing for Fishies", a nie ukrywam, że kompozycje King Gizzard and the Wizard Lizard nie wydają mi się wystarczająco atrakcyjne, by bronić się w kategorii zwykłych piosenek. Natomiast kilkoma ostatnimi wydawnictwami zespół pokazał, że najwięcej do zaoferowania ma podczas dłuższych, bardziej swobodnych utworów o jamowym charakterze. I to właśnie oferują wersje rozszerzone.


Dłuższe miksy przeważnie trwają od nieco ponad dziesięciu minut do prawie trzynastu, a "Theia" przekracza dwadzieścia. Wszystkie nagrania zaczynają się niemal tak samo, jak ich bardziej zwarte wersje, jednak zamiast kończyć się po około czterech minutach, trwają dalej, dając muzykom okazję do wykazania się w tym, co najlepiej im ostatnio wychodzi - długich, instrumentalnych jamach. Co istotne, zespół nie tylko rozwija tu motywy z krótkich wariantów tych utworów, ale też dodaje nowe pomysły. Dodatkowo, w każdym nagraniu pojawiają się nawiązania do ich odpowiedników z tracklisty "PetroDragonic Apocalypse" - także składającego się z siedmiu kawałków - w postaci fragmentów tekstów czy melodii. Ciekawy zabieg, dzięki któremu oba albumy faktycznie stają się swoim dopełnieniem, jednak to bardziej ciekawostka dla miłośników grupy niż coś wnoszącego jakość do tych utworów. Za to inne bonusowe elementy wypadają zdecydowanie na plus. Bardzo podoba mi się ta odsłona "Theia", który w dodatkowych fragmentach instrumentalnych jeszcze bardziej zbliża się do Kraftwerk, tym razem jednak z okolic "Autobahn", czy nawet Neu! i "Hallogallo". Zyskuje także "The Silver Cord", dla odmiany nowocześniejszy, gdzie część instrumentalna nawiązuje do stylistyki drum and bass. W końcu lepsze wrażenie sprawia "Chang'e", rozwijający się we wręcz trance'owe rejony, choć pozostaje najsłabszym fragmentem. Z kolei "Gilgamesh" jest lepiej zbalansowany dzięki budującemu napięcie zwolnieniu, a pozostałe utwory po prostu wypadają tu pełniej czy wręcz potężniej i nawet jeśli nie zyskały żadnej wartości dodanej - co szczególnie słychać w "Set" - to i tak preferuję te odsłony.

W drugim wariancie "The Silver Cord" muzykom na ogół udaje się znacznie więcej wydobyć z tych kompozycji, zmieniając poprawne piosenki w nierzadko porywające nagrania. Mam jednak wątpliwości co do tego, czy te rozszerzone wersje musiały być aż tak długie. Nawet jeśli w poszczególnych nagraniach długość mi nie przeszkadza, to słuchanie ich jeden po drugim staje się dość męczące. Ze względu na dużą ilość repetycji, spokojnie dałoby się je trochę skrócić bez żadnych strat. Jest tu zatem pewien paradoks: podczas gdy półgodzinny wariant pozostawia spory niedosyt - część utworów jest tam pozbawiona najlepszych momentów - wersja rozszerzona wydaje się zbyt rozpasana formalnie, niestety także w stosunku do treści. Optymalnym rozwiązaniem byłoby zapewne przygotowanie po jednej wersji każdego utworu, bez popadania w takie skrajności.

Ocena: 7/10

Nominacja do płyt roku 2023



King Gizzard and the Lizard Wizard - "The Silver Cord" (2023)

1. Theia; 2. The Silver Cord; 3. Set; 4. Chang'e; 5. Gilgamesh; 6. Swan Song; 7. Extinction

Skład: Stu Mackenzie - wokal, instr. klawiszowe, elektronika, syntezator gitarowy, automat perkusyjny; Ambrose Kenny-Smith - wokal, instr. klawiszowe, elektronika; Joey Walker - wokal, instr. klawiszowe; Cook Craig - instr. klawiszowe, elektronika, syntezator gitarowy; Lucas Harwood - instr. klawiszowe, elektronika; Michael Cavanagh - elektroniczna perkusja, syntezator
Producent: Stu Mackenzie


Komentarze

  1. Jak dla mnie ich najsłabsza płyta z dzieł po "Made in Timeland". Przekombinowali. Cała pierwsza płyta jest zbędna, dopiero druga pokazuje potencjał - mimo że faktycznie można było te miksy nieco skrócić i wydać tylko w takiej formie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, jeszcze jako ciekawostkę warto wspomnieć, że fizyczna wersja jednopłytowa ma trzy instrumentalne bonusy; jeden na stronie A i dwa na stronie B.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Death - "Human" (1991)

[Recenzja] Republika - "Nowe sytuacje" (1983) / "1984" (1984)

[Recenzja] Present - "This Is NOT the End" (2024)

[Zapowiedź] Premiery płytowe kwiecień 2024

[Recenzja] Extra Life - "The Sacred Vowel" (2024)