2 maja 2018

[Recenzja] Radiohead - "OK Computer" (1997)



Jeden z najsłynniejszych albumów w historii, który po dwóch dekadach od wydania wciąż wywołuje wielkie - i skrajne - emocje. Multiplatynowa sprzedaż, stała obecność w praktycznie wszystkich profesjonalnych listach płyt lat 90. i wszech czasów, pierwsze miejsce w rankingu ogólnym strony Rate Your Music - to wszystko robi wrażenie, bez względu na to, czy podzielamy te zachwyty, czy jesteśmy nimi zdumieni. Jednocześnie utrudnia to obiektywną ocenę tego materiału. Dla jednych jego wielkość jest dogmatem. Dla innych jest to najbardziej przereklamowany album w dziejach, niesłuchalny gniot, który przyczynił się do upadku muzyki rockowej. Obydwa podejścia są oczywiście mocno przesadzone. Z jednej strony zestawienie tego albumu z dziełami w rodzaju "Dark Side of the Moon" czy "Kind of Blue" jest śmieszne i smutne zarazem, lecz z drugiej - nie jest to całkiem bezwartościowa muzyka.

Do nagrania swojego trzeciego longplaya muzycy Radiohead podeszli całkiem ambitnie. Za cel postawili sobie stworzenie albumu koncepcyjnego na miarę końca XX wieku, wyjście z piosenkowego schematu, bardziej eksperymentalne podejście do brzmienia (m.in. poprzez rozbudowanie instrumentarium). W teorii wygląda to całkiem interesująco. Ale w praktyce jest z tym różnie. Najciekawiej wypada sam początek albumu. "Airbag" i "Paranoid Android" bardzo dobrze przygotowują do tego, co będzie się działo dalej, zwłaszcza na kolejnych albumach grupy - pokazując kierunek, w jakim zmierza zespół, ale w naturalny, niewywołujący szoku sposób, łącząc nowe elementy ze starymi. Bo to wciąż bardzo gitarowe granie, jednak w pierwszym przypadku delikatnie wzbogacone elektroniką, a w drugim - mające kompletnie zwariowaną, nieprzewidywalną strukturę. Dalej jednak robi się nieco zbyt sennie i smętnie. Utwory w rodzaju "Subterranean Homesick Alien", "Exit Music (For a Film)", "Let Down" czy "Lucky" mają naprawdę spory potencjał melodyczny, ale zmarnowany zbyt anemicznym wykonaniem. Przydałoby się im nieco więcej energii, nie zaszkodziłoby mocniejsze wyeksponowanie sekcji rytmicznej, a najbardziej pomogłoby zastąpienie Thoma Yorka bardziej męskim wokalistą.

Prawdopodobnie najbardziej znanymi fragmentami "OK Computer" są singlowe "Karma Police" i "No Suprises" (na małych płytach wydano także "Paranoid Android", "Lucky", "Let Down" i "Airbag"). Ten pierwszy wyróżnia się całkiem zgrabną partią pianina i nieco beatlesowskim charakterem. Całkiem niezła melodia znów jest zanadto rozwleczona, ale w sumie jest to nie najgorsze nagranie. W przeciwieństwie do banalnego i zbyt ospałego "No Suprises". Potrzebne urozmaicenie przynosi bardziej żywiołowy "Electioneering". Aż prosiłoby się tutaj o więcej takich utworów, dla równowagi z tymi wszystkimi smętami. Choć sam w sobie, jest to zupełnie przeciętne nagranie. Do najciekawszych momentów albumu - oprócz dwóch pierwszych utworów - zaliczyć muszę także "Climbing Up the Walls", najbardziej eksperymentalny fragment całości, odważnie wykorzystujący elektronikę, oraz finałowy "The Tourist", który choć jest kolejną z tych smętnych, powolnie snujących się piosenek, doskonale sprawdza się w roli zakończenia tego longplaya.

"OK Computer" to album, na którym Radiohead w końcu pokazało swój własny styl (a właściwie dopiero jego zalążek), który znalazł zarówno licznych zwolenników, jak i przeciwników. Sam przez długi czas należałem do tych drugich. Przy pobieżnym kontakcie album rzeczywiście zniechęca swoją anemicznością i przerysowanymi partiami wokalnymi. Warto jednak wsłuchać się w niego uważniej, a okaże się, że pod tym całym smęceniem ukryte jest mnóstwo ciekawych pomysłów i niezłych melodii. 

Ocena: 6/10



Radiohead - "OK Computer" (1997)

1. Airbag; 2. Paranoid Android; 3. Subterranean Homesick Alien; 4. Exit Music (For a Film); 5. Let Down; 6. Karma Police; 7. Fitter Happier; 8. Electioneering; 9. Climbing Up the Walls; 10. No Surprises; 11. Lucky; 12. The Tourist

Skład: Thom Yorke - wokal, gitara, pianino; Jonny Greenwood - gitara, instr. klawiszowe, flet; Ed O'Brien - gitara, dodatkowy wokal; Colin Greenwood - bass; Phil Selway - perkusja
Producent: Nigel Godrich


9 komentarzy:

  1. No cóż Paweł, przepraszam, ale muszę to napisać.

    Mam wrażenie, że nie zniosłeś presji ze strony tych, którym ten ten album się podoba. Miałeś najprawdopodobniej przekonanie (błędne zapewne, jednak masy uwielbiające ten album zrobiły swoje), że rugając tę płytę wyjdziesz na człowieka który nie rozumie muzyki i ma ograniczone horyzonty. 1 gwiazdka, owszem może za ostro, 4/10 - w sam raz, wg mnie. Ale to miarowe, chyłkiem zwiększanie oceny tego koszmarka to coś czego po Tobie się nie spodziewałem i co naprawdę mnie zawiodło.

    Odnoszę też wrażenie, że w pewnym momencie zmusiłeś się by tę płytę słuchać i znajdować w niej - na siłę - pozytywy. Coś co było traumą 10+ lat temu nagle stało się jakąś tam przyjemnością. Ciężko mi w to uwierzyć.

    W Polsce istnieją wyznawcy tego albumu (MZ, BD na ten przykład), związani z pewnym pozującym na hiperalternatywny serwisem muzycznym, ale zarazem jeżdżą oni równo po klasycznym gitarowym mięchu.

    Uprzedzając pytanie - Tak, słuchałem ten album, w lipcu zeszłego roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypomnij sobie komentarze pod "Pablo Honey" - ja tam raczej widzę presję, by napisać mega-miażdżącą recenzję ku uciesze większości czytelników. Ponadto, nie sądzę by osoby, którym ten album naprawdę bardzo się podoba, w ogóle tutaj wchodziły. Może trafią tu przez przypadek dzięki tej recenzji (i zdecydowanie nie będą nią zachwyceni), ale jak zobaczą inne opisywane rzeczy, to zaraz uciekną i już nie wrócą ;)

      Album poznałem jako słuchacz hard & heavy, więc nic dziwnego, że mnie tak od niego odrzuciło, że nie chciałem do niego wracać przez wiele, wiele lat. Jak teraz posłuchałem z bardziej otwartą głową, to naprawdę nie jest to takie złe, jak się wcześniej wydawało. Za to Ty chyba cały czas podchodzisz do muzyki z bardzo sprecyzowanymi oczekiwaniami i z zakładaniem z góry, że pewnych rzeczy nie polubisz. Przerysowując takie podejście, otrzymamy kogoś, kto krytykuje free jazz za brak chwytliwej melodii, albo klasycznych kompozytorów za brak gitarowych solówek. Cieszę się, że już nie jestem na takim etapie.

      Usuń
    2. Nie, nic nie zakładam, to jeden z niewielu albumów do których się przygotowywałem, i sam fakt że chciałem poprzedzić słuchanie go czymś co by mnie wprowadziło do muzyki tego typu oznacza, że na nic konkretnego się nie nastawiałem ani nie próbowałem zamykać tego w jakichś ramach. Zrobiłem z tego jakieś idiotyczne wydarzenie XX wieku do którego trzeba poznać jak najwięcej muzyki je poprzedzającej. I **uj, nic z tego nie wyszło, dalej uważam że to kiszka z przebłyskami.

      Jak chcesz grać taką muzykę, to nie nudź - jak Tourist, ale też nie wpieprzaj do jednego kawałka setek posranych motywów - np Paranoid Android, który ten sam BD (albo tam MZ, obaj mają podobny smak muzyczny) uznał za najlepszy rockowy utwór jaki kiedykolwiek powstał.

      Przy okazji nie wiem, czy wiesz, ale Lucky powstał (i miał premierę) ze 2 lata wcześniej niż reszta albumu. Nic nie sugeruję, ot taka ciekawostka.

      Może wrócę, może nie. Obecnie albumy które kiedyś mi się podobały - przestają mi się podobać, a nowe rzeczy robią na mnie niewielkie wrażenie. Od dawna nie słyszałem niczego co wprawiłoby mnie w zachwyt (re-słuchanie Aktuali nie było już tak niesamowite jak pierwszy kontakt) lub sugerowało, że takowy nastąpi za 2,3,10 razem słuchania.

      Usuń
    3. fajnie, tylko ze dejnarowicz pisal tak jak mial 18 lat, teraz jest grubo po trzydziestce i w zyciu bym nie okreslil jego pisania jako pozowania na hiperalternatywnosc z tej prostej przyczyny, ze zrozumial, ze upodobania muzyczne to sprawa indywidualna

      Usuń
  2. Bardzo lubię ten album, choć faktycznie te miejsca w rankingach to jakiś żart (osobiście oceniam go na 8/10). Mi akurat to smęcenie tutaj się podoba - tworzy naprawdę fajny klimat ;) Ale i tak o wiele lepszy jest następny album Radiohead, "Kid A". W zasadzie uważam go nawet za najlepszy album wydany w XXI wieku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chcę być czepliwy ale Kid A to październik 2000, a więc jeszcze XX wiek :D

      A co do mojego powyższego komentarza, który może sprawiać wrażenie, że zaprzeczam w nim sam sobie - zabierając się za Oksa spodziewałem się nie wiadomo czego, co mnie powali. Nie nastawiałem się na żaden konkret - a tylko ekstazę.

      Przy okazji, Pawle, robisz świetną, tytaniczną robotę z poprawianiem tylu recenzji. Cieszy mnie to ogromnie. Dzięki.

      Usuń
    2. W przypadku muzyki (przynajmniej tej rozrywkowej) zwykło się nieco inaczej liczyć dekady. Nawet RYM stosuje taki system i "Kid A" jest liczony do rankingu dekady 2000s: link. Swoją drogą, samo słowo "dekada" może oznaczać dowolne dziesięć lat. Dlaczego by więc nie traktować analogicznie słowa "wiek" - jako dowolne sto lat?

      Większość wysoko ocenionych przeze mnie albumów nie zachwyciło mnie przy pierwszym, ani nawet przy drugim przesłuchaniu.

      Usuń
    3. Kurde, nie wiem czego tak napisałem. Wiedziałem, że "Kid A" wyszedł w 2000, ale nie pomyślałem, jak pisałem - jakoś skojarzył mi się z XXI wiekiem :)

      Usuń
  3. "(...) a najbardziej pomogłoby zastąpienie Thoma Yorka bardziej męskim wokalistą. (...)." i tutaj się złapałem za głowę - przecież te delikatne, snujące się wokalizy w tle stanowią najsilniejszą stronę każdego albumu Radiohead i właściwie każdego projektu, w którym ręce macza Yorke (Eraser, Atoms For Peace), nadając każdej z tych płyt niepowtarzalny klimat.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.