1 marca 2018

[Recenzja] The Beach Boys - "Pet Sounds" (1966)



Jeden z najsłynniejszych i najbardziej cenionych albumów w historii. Gdy "Pet Sounds" ukazał się w maju 1966 roku, był bez wątpienia najbardziej niekonwencjonalnym i nowatorskim dziełem, jakie do tamtej pory wydał zespół rockowy ("Revolver" The Beatles i "Fifth Dimension" The Byrds ukazały się dopiero latem tego roku). Jak jednak wypada po ponad pięćdziesięciu latach od swojej premiery?

The Beach Boys zaczynali od grania prostych, naiwnych i banalnych piosenek o surfowaniu, plażach i dziewczynach. Gdy jednak Brian Wilson - główny kompozytor zespołu - usłyszał beatlesowski "Rubber Soul", postanowił stworzyć coś bardziej dojrzałego i ambitnego. Pozostałym muzykom, dla których liczył się jedynie komercyjny sukces, pomysł się nie spodobał. Zarówno ich niechęć do tego materiału, jak i fakt, że nie byli dobrymi instrumentalistami, spowodował, że Wilson zatrudnił do nagrań grupę kilkudziesięciu muzyków sesyjnych, znaną jako The Wrecking Crew. Udział muzyków The Beach Boys ograniczył się do partii wokalnych, ponadto Brian zagrał na pianinie w utworze tytułowym, oraz na basie i organach w "That's Not Me", w którym towarzyszą mu także jego bracia - gitarzysta Carl i perkusista Dennis. Za wszystkie pozostałe partie instrumentalne odpowiadają członkowie The Wrecking Crew. W instrumentalnym "Let's Go Away for Awhile" nie wystąpił żaden członek zespołu.

W chwili wydania "Pet Sounds" zaskakiwał swoim przebogatym brzmieniem (wykorzystano liczne instrumenty smyczkowe, klawiszowe i dęte), tzw. ścianą dźwięku, eksperymentowaniem z brzmieniem (np. "You Still Believe In Me" z nietypowym brzmieniem fortepianu, do którego strun przyczepiono spinacze) i użyciem nietypowego "instrumentarium" - odgłosów szczekających psów, dzwonków rowerowych, puszek, itp. Trudno przecenić wpływ, jaki wywarło to na późniejszą muzykę - już w następnym roku Beatlesi odpowiedzieli "Sierżantem Pieprzem", wkrótce garściami miały czerpać z tych pomysłów grupy psychodeliczne i progresywne. Album zaskakiwał także w kontekście wcześniejszej, wesołej twórczości zespołu, ze względu na swój raczej melancholijny charakter. Choć na swój subtelniejszy sposób, to wciąż bardzo chwytliwe granie, żeby wspomnieć tylko o najbardziej chyba znanych "Wouldn't It Be Nice" i "God Only Knows".

Niestety, materiał ten bardzo się zestarzał - i to już wkrótce po swojej premierze. Z dzisiejszej perspektywy wyraźnie słychać, że jest to wciąż muzyka tkwiąca w pierwszej połowie dekady lat 60., ze wszystkimi jej wadami. Bo w gruncie rzeczy same kompozycje wciąż są do bólu naiwne, czego nawet bogate aranżacje i pomysłowe eksperymenty nie są w stanie zamaskować. Zresztą te innowacyjne wówczas elementy dziś brzmią już bardzo naiwnie. Ówczesne dokonania Beatlesów czy Byrdsów nieporównywalnie lepiej zniosły próbę czasu. Może dlatego, że faktycznie wykraczały poza swój czas, a nie tylko próbowały sprawiać takie wrażenie. Na "Pet Sounds" nie znajdziemy tak wybitnych i prekursorskich utworów, jak "Tomorrow Never Knows" czy "Eight Miles High". To po prostu zbiór typowych dla tamtych czasów piosenek.

"Pet Sonds" to album bez wątpienia zasługujący na szacunek, który wypada przesłuchać choć raz w życiu, ale wszelkie współczesne zachwyty nad nim są mocno przesadzone. Album był czymś nowym w chwili premiery, ale bardzo szybko stał się reliktem minionych czasów. Porównując go z muzyką, jaka ukazała się w ciągu kilku kolejnych miesięcy, "Pet Sounds" wypada po prostu przeciętnie i do tego archaicznie.

Ocena: 6/10



The Beach Boys - "Pet Sounds" (1966)

1. Wouldn't It Be Nice; 2. You Still Believe in Me; 3. That's Not Me; 4. Don't Talk (Put Your Head on My Shoulder); 5. I'm Waiting for the Day; 6. Let's Go Away for Awhile; 7. Sloop John B; 8. God Only Knows; 9. I Know There's an Answer; 10. Here Today; 11. I Just Wasn't Made for These Times; 12. Pet Sounds; 13. Caroline, No

Skład: Brian Wilson - wokal, bass (3), organy (3), pianino (12); Carl Wilson - wokal, gitara (3); Dennis Wilson - wokal, perkusja (3); Al Jardine - wokal; Bruce Johnston - wokal; Mike Love - wokal
Gościnnie: kilkudziesięciu muzyków sesyjnych
Producent: Brian Wilson


6 komentarzy:

  1. Baaaaaardzo trudno jest ocenić w swojej głowie taki album. Z jednej strony faktycznie okrutnie się zestarzał, a momentami ilość tych wszystkich pozamuzycznych dźwięków przekracza masę krytyczną. Z drugiej zaś trudno sobie wyobrazić (choć to dziś tylko kwestia gdybania) ile przełomowych dzieł mogłoby się nie ukazać (lub ukazać z dużym opóźnieniem) gdyby nie ten "przeciętny" "archaiczny" "Pet Sounds". Nie że chcę tu stawać w opozycji tej recenzji, ale czytając ją aż przypomniałem sobie jak ten album namieszał mi w głowie, gdy go słuchałem. Te psy, rowery i inne wymyślne wynalazki cholernie mnie irytowały, ale cały czas miałem z tyłu głowy, jak ważne jest to dzieło. To chyba jeden z najtrudniejszych w ocenie albumów, jakie kiedykolwiek powstały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko czy sam wpływ, jaki "Pet Sounds" wywarł na innych wykonawców, czyni go lepszym albumem, a słuchanie go sprawia przez to więcej przyjemności? To raz, a dwa - czy muzyka naprawdę byłaby uboższa, gdyby nikt nie wpadł na pomysł wzbogacenia jej odgłosami zwierząt? ;)

      Usuń
    2. Tu nie chodzi nawet o te zwierzaki a o samą idęę, o to BUM, jakim było bogactwo tych aranżacji. Nie bez kozery właśnie o tym albumie mówi się jako głównej inspiracji dla Sierżanta Pieprza, a to również była jedna z płyt, która wywróciła muzyczny świat do góry nogami. Jaka ta płyta jest, taka jest, ale znacznie trudniej jest ocenić dzieło, które fakt wprawdzie się zestarzało ale ma stałe miejsce na kartach historii. Może bez niego muzyka nie byłaby uboższa w warstwie czysto technicznej, ale na pewno byłaby uboższa o pewne idee. Bez tego albumu mógłby nie powstać Sierżant Pieprz, a wtedy losy muzyki z pewnością potoczyłyby się troszkę inaczej.

      Usuń
  2. Spiritus Omnipraesens6 marca 2018 12:51

    Zainteresuj się jeszcze Smiley Smile, też jest uznawany za wielkie dzieło Beach Boysów

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuchałem tego, a właściwie próbowałem, było to okropnie banalne.

      Usuń
    2. To nie Smiley Smile, tylko to, czym ten album miał pierwotnie być jest tym "zaginionym" arcydziełem, przy czym najbliżej tego jest ponoć The Complete SMILE Sessions. Ale to jest strasznie ciężka do strawienia 'płyta', wg mnie ocena na RYM jest przesadzona... większość kawałków jest jakby 'niedopieczona'. Pozycja dla fanów.

      Prędzej poleciłbym "Sunflower" i zwłaszcza bardziej psychodeliczne "Surf's Up", które idą trochę dalej w kierunku wyznaczonym przez "Pet Sounds". Ale z tego co pamiętam i tak nie są lepsze niż recenzowana płyta wg mnie. :P

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.