6 marca 2018

[Recenzja] Miles Davis - "The Man with the Horn" (1981)



Po prawie sześciu latach milczenia, w 1981 roku Miles Davis powrócił z nowym materiałem. W nagraniu "The Man with the Horn" (tytuł jest nawiązaniem do jednego z pierwszych wydawnictw trębacza, 10-calowego albumu "Young Man with a Horn" z 1952 roku) uczestniczył tylko jeden muzyk wcześniej z nim współpracujący - perkusista Al Foster. Składu dopełnili młodzi instrumentaliści, jak saksofonista Bill Evans (nie mający nic wspólnego - poza nazwiskiem - z pianistą Billem Evansem, który grał w jednym z wcześniejszych składów Davisa), gitarzyści Barry Finnerty i Mike Stern, basista Marcus Miller, czy - w dwóch utworach - perkusista Vincent Wilburn (prywatnie siostrzeniec Davisa). Producentem albumu został tradycyjnie Teo Macero.

Podczas sześcioletniego odpoczynku Davisa wiele w muzyce się zmieniło. Nie tylko ze względu na powstanie nowych stylów i nowych standardów brzmienia, ale też z powodu praktycznie całkowitego wyparcia ambitnej muzyki z mediów. Świadomy tych zmian, Miles postanowił pójść w nieco inną stronę, całkowicie zerwać z awangardą i zbliżyć się do ówczesnego mainstreamu. Pod wpływem nowych współpracowników, zdecydował się także na powrót do naturalnego tonu trąbki (jedynie w utworze tytułowym przepuszcza jej brzmienie przez efekt wah-wah) i bardziej tradycyjnego sposobu gry. Z kolei gra akompaniujących mu muzyków czerpie z popularnych w tamtym czasie trendów. Słychać to przede wszystkim w klangujących partiach basu, a w dwóch utworach - "Shout" i tytułowym "The Man with the Horn" - pojawiają się nawet syntezatory. Samo brzmienie stało się bardziej sterylne, choć jeszcze nie plastikowe.

Pod względem stylistycznym, zawarte tutaj utwory to mieszanka jazzu, ówczesnego popu, funku i rocka (w różnych proporcjach). Pomimo bardziej wygładzonego brzmienia i ciągotek do mainstreamu, nie brakuje tutaj utworów opartych na zespołowej improwizacji, z długimi i całkiem udanymi solówkami. Świetnie wypada otwierający całość "Fat Time", wyróżniający się gitarowymi popisami Mike'a Sterna (niegdyś członka jazzrockowego Blood, Sweat & Tears), które dodają rockowego charakteru. Chyba jeszcze lepiej wypadają "Back Seat Betty" i "Aïda", którym najbliżej do wcześniejszych dokonań Davisa, za sprawą licznych, porywających solówek i mniej komercyjnego charakteru.

Na przeciwnym biegunie mieszczą się natomiast wspomniane już wcześniej "Shout" i "The Man with the Horn". Oba skrajnie komercyjne, pierwszy rażący banalną, skoczną melodią, drugi odpychający wręcz smoothjazzową miałkością (jego popowy charakter podkreśla partia wokalna Randy'ego Halla), choć posiadający całkiem ładną solówkę Milesa. Trudno uwierzyć, że takie gnioty zostały nagrane przez twórcę "Kind of Blue", "Bitches Brew"i "On the Corner". Warto jednak odnotować, że to jedyne utwory na tym albumie, których Davis nie skomponował (zrobili to Randy Hall i Robert Irving III).

Na zakończenie albumu czeka jeszcze niespodzianka w postaci prawie-akustycznego "Ursula", nawiązującego do dawnych, przedelektrycznych dokonań trębacza. Jest to całkiem udany, fajnie rozimprowizowany utwór, choć z zupełnie nie pasującym do niego brzmieniem, przez co zestarzał się bardziej, niż starsze, stuprocentowo akustyczne nagrania Milesa.

"The Man with the Horn" był dopiero początkiem drastycznych zmian w muzyce Milesa Davisa. Wraz z kolejnymi w jego dyskografii "We Want Miles" i "Star People" stanowi przejściowy etap, między porywającą, ambitną fuzją jazzu, rocka i funku, znaną z wcześniejszych albumów, a tandetnym popem, który całkiem zdominował jego wydawnictwa po 1983 roku. "The Man with the Horn" w swoich najlepszych momentach nie zbliża się do szczytów z przeszłości, za to w najsłabszych jest już naprawdę tragicznie. 

Ocena: 7/10



Miles Davis - "The Man with the Horn" (1981)

1. Fat Time; 2. Back Seat Betty; 3. Shout; 4. Aïda; 5. The Man with the Horn; 6. Ursula

Skład: Miles Davis - trąbka; Bill Evans - saksofon (oprócz 3); Barry Finnerty - gitara (oprócz 5); Mike Stern - gitara (1); Marcus Miller - bass (oprócz 3,5); Al Foster - perkusja (oprócz 3,5); Sammy Figueroa - instr. perkusyjne (oprócz 5); Robert Irving III - syntezator i pianino (3,5); Randy Hall - gitara, syntezator i czelesta (3,5), wokal (5); Felton Crews - bass (3,5); Vincent Wilburn - perkusja (3,5)
Producent: Teo Macero


4 komentarze:

  1. całkowite wyparcie ambitnej muzyki z mainstreamu? w 1981 triumfy święciły takie zespoły jak Talking Heads, Public Image Ltd. czy chociażby nowe King Crimson (a wcześniej League Of Gentlemen Frippa). Trudno o nich powiedzieć, że nie były ambitne, po prostu ambicje kierowały w inną stronę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież nie napisałem, że nie było w tamtym czasie ambitnie grających wykonawców, tylko nakreśliłem ówczesną sytuację w mediach, gdzie takich wykonawców nie promowano. Podawanie pojedynczych przykładów, jako kontrargumentu, to manipulacja. Te zespoły były tylko kroplą w morzu. Zresztą ich sukcesy wynikały głównie z tego, że grały muzykę bliską ówczesnemu mainstreamowi, a mimo to wcale nie były aż tak spektakularne. W 1981 roku na szczycie (przynajmniej w Stanach) byli tacy wykonawcy, jak REO Speedwagon, Styx, Foreigner, Journey czy AC/DC.

      Usuń
  2. Spiritus Omnipraesens7 marca 2018 08:46

    Milesa Davisa też kończysz recenzować na albumach, które nie przynoszą mu wstydu, czy może uczciwie opiszesz też jego kaszany? Bo z Gentle Giantem to taka jehowicka manipulacja, że pokazujesz tylko jego dobrą stronę, przemilczając kaszany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma tu żadnej manipulacji ani przemilczania - w obu przypadkach napisałem wprost, że późniejsze dokonania są beznadziejne. Szkoda mi tracić czas na ich opisywanie, bo mogę go wykorzystać na pisanie o czymś wartościowym.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.