15 lutego 2018

[Recenzja] The Velvet Underground - "White Light/White Heat" (1968)



Po komercyjnej klapie "The Velvet Underground & Nico", muzycy zespołu postanowili sami pokierować swoją karierą. Odprawili Andy'ego Warhola i Nico (która w efekcie rozpoczęła karierę solową), a następnie zabrali się za nagranie drugiego albumu. Uznali, że najlepszym rozwiązaniem będzie próba odtworzenia w studiu muzyki, jaką grali podczas koncertów. Tym samym, całkowicie zrezygnowali z obecnych na debiucie elementów folkowych, oraz nawiązań do psychodelii. Materiał zawarty na "White Light/White Heat" ma o wiele bardziej eksperymentalny, awangardowy charakter.

Utwory można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej zaliczają się krótsze nagrania o quasi-piosenkowym charakterze. Tytułowy "White Light/White Heat", "Lady Godiva's Operation", "Here She Comes Now" i "I Heard Her Call My Name" mogłyby konkurować na listach przebojów z ówczesnymi singlami Stonesów, gdyby nie brzmienie. Brudne, mocno przesterowane, pełne gitarowych sprzężeń i zgrzytów, ale w przeciwieństwie do stosującego podobne dźwięki Hendrixa czy grupy Cream, jest to granie o wiele bardziej hałaśliwe, chaotyczne, atonalne. Do drugiej grupy należą utwory jeszcze bardziej niekonwencjonalne. Ośmiominutowy "The Gift" składa się z recytacji Johna Cale'a (słyszalnej tylko w lewym kanale) i jednostajnego podkładu instrumentalnego z motoryczną grą sekcji rytmicznej i zgrzytliwymi partiami gitary (obecnego tylko w prawym kanale). Z kolei finałowy "Sister Ray" to 17-minutowy jam zbudowany na ledwie trzech akordach. Pomimo agresywnego, przesterowanego brzmienia, kawałek tak hipnotyzuje, że ciężko się od niego oderwać.

"White Light/White Heat" to kolejny bardzo wpływowy album na późniejszą muzykę rockową - to zupełnie pierwszy, archetypowy przykład noise rocka. Jednak o wartości tego albumu decyduje nie tylko jego oryginalność i oddziaływanie na późniejsze pokolenia muzyków. Zawarta tutaj muzyka broni się sama, każdy utwór przyciąga czymś uwagę - jeśli nie eksperymentami, to ukrytą pod warstwą sprzężeń dobrą melodią. Samo brzmienie również robi wrażenie, zwłaszcza jak na początek 1968 roku. W tamtym czasie było to prawdziwe ekstremum, nikt nie brzmiał tak brutalnie.

Ocena: 9/10



The Velvet Underground - "White Light/White Heat" (1968)

1. White Light/White Heat; 2. The Gift; 3. Lady Godiva's Operation; 4. Here She Comes Now; 5. I Heard Her Call My Name; 6. Sister Ray

Skład: Lou Reed - wokal i gitara; John Cale - bass (1,2,4,5), instr. klawiszowe (1,4,6), skrzypce (3,4), wokal (2,3), dodatkowy wokal, efekty; Sterling Morrison - gitara, bass (3), dodatkowy wokal, efekty; Maureen Tucker - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tom Wilson


13 komentarzy:

  1. W The Gift słyszymy recytację Johna Cale'a, a nie Lou Reeda :).
    Dobra recenzja, nieco się obawiałem, że pojedziesz po płycie jak po Ramones - w końcu to też oparty na trzech (bądź dwóch, bądź jednym - patrzy Sister Ray) akordach, mocno przesterowany rock.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za czujność, przeoczyłem ten fakt.

      Tutaj jednak muzycy umieją grać na instrumentach, a prostota jest zamierzona i służy konkretnemu celowi, nie wynika z braku talentu ;)

      Usuń
  2. Panie Pawle, czy ma Pan w planach recenzować cały Velvet Underground?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie - tylko to, co godne uwagi.

      Usuń
    2. Czyli już niczego nie będzie:)

      Usuń
    3. toż trzecia płyta VU to arcydzieło :)

      Usuń
    4. Czwarta płyta VU też bardzo fajna, choć w przeciwieństwie do tych pierwszych ani trochę eksperymentalna. :P

      Usuń
    5. Już trzecia jest prawie cała konwencjonalna.

      Usuń
    6. nie nazwałbym jej konwencjonalną, a bardziej przystępną. są ładne melodie, są wpadające w ucho refreny, ale jednocześnie brzmienie jest bardzo nie z 1969 roku - w tak cichy, niemal ascetyczny sposób to zaczęto grać dopiero jakoś w latach 80.

      Usuń
    7. To co, kończy Pan opisywanie VU na tej płycie?

      Usuń
  3. Przyznam jest to płyta dosyć trudna, czasami więcej w niej gitarowych sprzężeń jak samej melodii. Nie rozumiem też pomysłu na "The Gift" w wersji Deluxe tej płyty jest parę fajnych piosenek które mogłyby z powodzeniem zamienić się miejscami a nawet i dodać jedną skracając trochę i tak wypadkową długość "Sister Ray".

    OdpowiedzUsuń
  4. A zapomniałem dopisać "Here She Comes Now" znałem już wiele lat wcześniej dzięki Nirvanie.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".