27 lutego 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Transition" (1970)



Albumy pośmiertne wywołują wiele kontrowersji. Popularna opinia głosi, że wydaje się je jedynie z chęci zysku, aby zarobić na różnych odpadkach, których ich twórcy nie mieli zamiaru wydawać. W przypadku muzyki rockowej czy szeroko pojętego popu, jakość takich albumów zwykle potwierdza taką teorię. Inaczej wygląda jednak w przypadku jazzu, gdzie pośmiertne albumy często prezentują równie wysoki poziom, co dzieła muzyków wydane za życia. W znacznej mierze wynika to z samego podejścia muzyków jazzowych, którzy rzadko myśleli w kategorii albumów. O ile w muzyce rockowej proces nagrywania wygląda tak, że najpierw pojawia się pomysł stworzenia nowego albumu, a dopiero potem powstają na niego utwory, tak jazzmani po prostu co jakiś czas organizowali sesje, w trakcie których dawali ujście swojej twórczej energii. W ten sposób rejestrowane było znacznie więcej muzyki, niż było potrzebne do wypełnienia kontraktu. I dlatego właśnie cześć materiału była odkładana na później, a nie z powodu gorszej jakości tych nagrań.

Nie inaczej jest w przypadku "Transition". To drugie, po "Om", pośmiertne wydawnictwo Johna Coltrane'a (trzecie, jeśli liczyć "Cosmic Music", sygnowany wspólnie z Alice Coltrane - ale tam John wystąpił tylko w połowie utworów). Zawiera materiał zarejestrowany w maju i czerwcu 1965 roku, a więc wkrótce po "The John Coltrane Quartet Plays" i tuż przed "Ascension". Był to przejściowy okres pomiędzy już mocno uduchowionym, ale wciąż bardzo melodyjnym graniem z "A Love Supreme", a całkowitym przejściem w pozornie chaotyczną estetykę free jazzową. Stąd też tytuł tego wydawnictwa - transition, czyli właśnie przejście, choć w kontekście twórczości i życiorysu saksofonisty, właściwsze wydaje się tłumaczenie tego tytułu jako przemiana. Bo chodzi tu także o przemianę, jaka zaszła u samego Trane'a, gdy zwalczył swoje nałogi i zwrócił się ku Bogu.

Doskonałym przykładem przejściowego charakteru tego albumu, jest kompozycja tytułowa. Ten ponad 15-minutowy utwór w całości wypełnia genialna solówka Johna, który płynnie przechodzi od grania pięknych melodii do bardziej hałaśliwych, agresywnych partii i na odwrót. Rola pozostałych muzyków sprowadza się tu do akompaniamentu, co dodatkowo podkreśla sam miks utworu, eksponujący saksofon, kosztem innych instrumentów. Na podobnych kontrastach zbudowany jest także kilkuczęściowy "Suite" - tym razem jednak większa jest jednak interakcja pomiędzy Trane'em i resztą muzyków, już nie schowanych w miksie i także grających solówki. Pomiędzy tymi dwiema kompozycjami umieszczony został jeszcze bardziej konwencjonalny "Dear Lord" - dość typowa, nieco sentymentalna ballada. Co ciekawe, niektóre kompaktowe wydania "Transition" zamiast "Dear Lord" zawierają inne utwory zarejestrowane w tym okresie - "Welcome" i "Vigil". Oba ciekawsze, ale już wcześniej wydane na albumie "Kulu Sé Mama".

Bez tego albumu dyskografia Johna Coltrane'a byłaby zdecydowanie uboższa i to bynajmniej nie tylko pod względem ilościowym. "Transition" znacznie ułatwia prześledzenie i zrozumienie muzycznej przemiany, jaka zaszła w twórczości Trane'a pomiędzy "A Love Supreme" i "Ascension". Warto go też poznać dla samej gry muzyków, która jest, jak zwykle, fenomenalna. Nie dajcie się zniechęcić beznadziejnej okładce.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Transition" (1970)

1. Transition; 2. Dear Lord; 3. Suite

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Alice Coltrane


2 komentarze:

  1. Świetne podsumowany mechanizm nagrywania nowych albumów przez rockowców. Na początku kariery są kreatywni, nagrywają z 5 dobrych płyt. A potem nie mają już żadnych pomysłów, więc nagrywają tylko byle cokolwiek nagrać i na tym zarobić. O jakość nie dbają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są wyjątki. King Crimson czy Pink Floyd byli długo kreatywni, ci pierwsi w sumie przez całą karierę. Gentle Giant też nagrało więcej niż pięć dobrych albumów, choć potem strasznie się stoczyli. Jeszcze kilka przykładów by się znalazło. Zwykle jednak faktycznie muzycy rockowi są twórczy przez kilka pierwszych lat działalności, a potem chałturzą. Ciekawe, że jazzmanom udawało się być kreatywnymi tak długo m.in. dzięki częstym zmianom współpracowników, podczas gdy w zespołach rockowych nowi członkowie rzadko kiedy coś wnoszą.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.