19 lutego 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Circle in the Round" (1979)



"Circle in the Round" to kolejny zbiór wcześniej niewykorzystanych nagrań z katalogu Milesa Davisa. Tym razem pochodzących z bardzo odległych sesji. Kompilacja obejmuje materiał z lat 1955-1970. W ciągu tych piętnastu lat Davis dokonywał licznych zmian składów i stylów, co negatywnie wpływa na spójność tego wydawnictwa. Za to poziom poszczególnych utworów prezentuje się bardzo wysoko. W większości są to zupełnie premierowe nagrania. Wyjątek stanowi "Love for Sale", który w tej samej wersji był już wydany na japońskiej kompilacji "1958 Miles" (1974), a także "Two Bass Hit" i "Sanctuary" - znane odpowiednio z albumów "Milestones" i "Bitches Brew", tutaj jednak zamieszczone w innych, starszych wersjach, nagranych przez inne składy.

Na pierwszej stronie cofamy się do czasów hard bopu i cool jazzu, za sprawą trzech utworów zarejestrowanych w latach 1955, 1958 i 1961. "Two Bass Hit", kompozycja  Dizzy'ego Gillespie i Johna Lewisa, została nagrana przez tzw. Pierwszy Wielki Kwintet Milesa Davisa w tym samym czasie, co album "'Round About Midnight". "Love for Sale", autorstwa Cole'a Portera, został natomiast zarejestrowany wkrótce po sesji "Milestones", już w innym składzie - tym samym sekstecie, który gra w większości utworów na "Kind of Blue". Z kolei "Blues No. 2" to odrzut z sesji "Someday My Prince Will Come". Wszystkie te utwory to typowy jazz z tamtego okresu, bardzo przyjemny, ale dziś brzmiący już trochę archaicznie. Jeśli jednak ktoś lubi ten klimat, z pewnością będzie zachwycony. Szczególnie wspaniale wypada 12-minutowy "Love for Sale", pełen doskonałych popisów solowych Davisa, Johna Coltrane'a, Cannonballa Adderleya i Billa Evansa, wspartych świetną grą sekcji rytmicznej tworzonej przez Paula Chambersa i Jimmy'ego Cobba. Nie błyszczą tu może aż tak, jak na "Kind of Blue", ale już tu słychać zalążek magii tamtego albumu.

Druga strona i większość trzeciej to już nagrania z przełomu lat 1967-68, czyli schyłkowego okresu istnienia Drugiego Wielkiego Kwintetu i pierwszych eksperymentów z elektrycznym instrumentarium. Wypełniający całą stronę tytułowy "Circle in the Round" to ponad półgodzinny jam (na potrzeby tego albumu skrócony o siedem minut), który rozpoczął tzw. elektryczny okres twórczości Davisa. Co prawda, członkowie kwintetu grają tu na akustycznym instrumentarium (ciekawostką jest wykorzystanie czelesty zamiast pianina), ale towarzyszy im Joe Beck na gitarze elektrycznej (grający tylko charakterystyczną partię rytmiczną, żadnej solówki). Utwór był prawdziwym przełomem w twórczości Davisa, a gdyby został wydany zaraz po nagraniu, można by mówić o nim jako o kamieniu milowym jazzu. Jednak nawet bez tego kontekstu, jest to po prostu porywający popis improwizatorskich umiejętności muzyków i jedno z największych arcydzieł Davisa z lat 60.

"Teo's Bag" i "Side Car I" to powrót do stricte akustycznego grania, ale niezwykle ekspresyjnego i dużo bardziej nowoczesnego. Ten drugi został tu zamieszczony także w alternatywnej wersji, zatytułowanej "Side Car II", wzbogaconej o gitarowe partie George'a Bensona. Jego gra ozdobiła także oryginalną wersję "Sanctuary" - w przeciwieństwie do tej bardziej znanej, w całości utrzymaną w delikatnym, balladowym nastroju. Wszystkie te utwory powstały w tym samym czasie, co album "Miles in the Sky". Nieco później, bo pod koniec 1968 roku, i w trochę innym składzie zarejestrowany został "Splash". Tu już słychać zupełnie inną koncepcję, wspaniale rozwiniętą wkrótce potem na albumie "In a Silent Way" - prostszy, bardziej rockowy rytm i psychodeliczne partie elektrycznych klawiszy Herbiego Hancocka, Chicka Corei i Joego Zawinula. Brakuje tylko Johna McLaughlina i jego gitary. Jest za to mnóstwo energii i porywające partie instrumentalne, przede wszystkim saksofonowa solówka Wayne'a Shortera.

Ostatni utwór, "Guinnevere", to kompozycja Davida Crosby'ego z debiutanckiego albumu folkrockowej supergrupy Crosby, Stills & Nash. Tutejsza wersja została zarejestrowana na początku 1970 roku, w tym samym czasie, co utwory "Great Expectations", "Orange Lady" i "Lonely Fire" wydane na albumie "Big Fun". "Guinnevere" utrzymany jest w tym samym stylu - bardzo klimatycznego, psychodelicznego fusion, z silnymi wpływami muzyki hindustańskiej. Sam kompozytor przyznawał, że nie słyszy tu żadnego podobieństwa do swojego utworu. Podobno miał czelność powiedzieć o tym Davisowi, gdy ten prezentował mu nagranie, za co został przez niego wykopany z jego domu. Trudno się z nim jednak nie zgodzić. Utwór zmienił się ze zgrabnej, melodyjnej piosenki w hipnotyzujący, instrumentalny jam, w którym nie słychać żadnych rozpoznawalnych motywów z oryginału. W ten sposób powstało coś zupełnie nowego, równie doskonałego w swojej kategorii.

"Circle in the Round" to bardzo chaotyczny zbiór utworów z różnych etapów kariery Milesa Davisa. Brak spójności kompilacji wynagradzają jednak same kompozycje, które zdecydowanie nie zasłużyły na to, by tak wiele czasu przeleżeć w archiwum. Dobrze więc, że takie wydawnictwo się ukazało. Do dziś stanowi świetne uzupełnienie dyskografii Davisa. Bo choć niektóre utwory są obecnie dołączane do kompaktowych reedycji właściwych albumów, tak pozostałe - w tym takie perły, jak "Circle in the Round" i "Guinnevere" - są poza tą składanką dostępne tylko w drogich i trudnych do zdobycia boksach.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Circle in the Round" (1979)

LP1: 1. Two Bass Hit; 2. Love for Sale; 3. Blues No. 2; 4. Circle in the Round
LP2: 1. Teo's Bag; 2. Side Car I; 3. Side Car II; 4. Splash; 5. Sanctuary; 6. Guinnevere

Skład: Miles Davis - trąbka, instr. perkusyjne (LP1:4); John Coltrane - saksofon (LP1:1,2); Red Garland - pianino (LP1:1); Paul Chambers - kontrabas (LP1:1-3); Philly Joe Jones - perkusja (LP1:1,3); Cannonball Adderley - saksofon (LP1:2); Bill Evans - pianino (LP1:2); Jimmy Cobb - perkusja (LP1:2); Hank Mobley - saksofon (LP1:3); Wynton Kelly - pianino (LP1:3); Wayne Shorter - saksofon (LP1:4, LP2:1-6); Herbie Hancock - czelesta (LP1:4, LP2:6), pianino (LP2:1-3,5,6), elektryczne pianino (LP2:4,6); Ron Carter - kontrabas (LP1:4, LP2:1-3,5); Tony Williams - perkusja (LP1:4, LP2:1-5); Joe Beck - gitara (LP1:4); George Benson - gitara (LP2:3,5); Chick Corea - elektryczne pianino (LP2:4,6); Joe Zawinul - pianino (LP2:4), elektryczne pianino (LP2:6); Dave Holland - kontrabas (LP2:4,6); Bennie Maupin - klarnet basowy (LP2:6); Khalil Balakrishna - sitar (LP2:6); Harvey Brooks - bass (LP2:6); Jack DeJohnette - perkusja (LP2:6);  Billy Cobham - perkusja (LP2:6); Airto Moreira - instr. perkusyjne (LP2:6)
Producent: Joe McEwen i Jim Fishel


12 komentarzy:

  1. "chaotyczny zbiór utworów" , poza tym ten album nie wnosi nic nowego. Chyba że koniecznie chcesz recenzować wszystko czego tknął się Miles Davis, którego czytelnicy mają już dosyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że nie posiadłeś umiejętności ogarniania więcej niż jednego zdania na raz. Spróbuj przeczytać cały tekst i poskładać wszystkie zdania w całość (zamiast wyrywać jedno z kontekstu), to może zrozumiesz jak wiele nowego ta kompilacja wnosi i dlaczego dostał tak wysoką ocenę. A gdybyś choć trochę orientował się w dyskografii Davisa, wiedziałbyś, że nie recenzuję wszystkiego, co wydał.

      I kim Ty w ogóle jesteś, żeby zabierać głoś za wszystkich Czytelników? Tobie się nie podoba - ok, nie musisz czytać, nie musisz tu wracać. Tak się jednak składa, że recenzje Milesa są ostatnio najbardziej poczytne, a wiele osób dziękowało mi za zachęcenie ich do sięgnięcia po taką muzykę.

      Usuń
  2. Uwielbiam jak Paweł się tak obrusza :D ale muszę przyznać, że męczą i mnie recenzje różnego rodzaju jazzu. Przydało by się trochę odświeżenia np jakimiś płytami z lat 90'

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie męczą takie komentarze. Ja nie wchodzę na blogi stricte rockowe czy metalowe i nie jęczę: ale tu nudno, przydałoby się trochę jazzu. Jak coś mnie nie interesuje, to po prostu tego nie czytam. Nie dyktuję autorom, co mają pisać. Niech sami decydują co i dla kogo. Tak, jak ja zdecydowałem, że chcę pisać dla osób chcących poszerzyć swoje muzyczne horyzonty, a nie dla tych uparcie tkwiących w swojej strefie komfortu.

      Usuń
    2. Ale pan powyżej dobrze mówi, popadanie w hipsterstwo i niszowe wykopywane niewiadomo skąd jazzy i spirituale nie służy poczytności, a tu masz przykład dlaczego napisałem 'czytelnicy'

      Usuń
    3. Oszczędź sobie wstydu i nie kompromituj się twierdząc, że Davis czy Coltrane to niszowa muzyka.

      Usuń
    4. Sugeruje byś wrócił do recenzowania muzyki a nie mniej lub bardziej beztreściowych kolaży dźwięków

      Usuń
    5. Jesteś kompletnym ignorantem muzycznym, który nie ma w ogóle pojęcia o czym pisze. Jak dla mnie, możesz sobie do końca życia słuchać prostych, schematycznych piosenek, a jak chcesz o nich też czytać, to masz dostęp do setek innych blogów i stron. Znajdź sobie coś na swoim poziomie, bo ja mam gdzieś sugestie anonimowego dyletanta.

      Usuń
  3. Mój ulubiony typ komentarzy XDD Ludzie, którzy nie słuchają recenzowanych płyt bo to nie popularny rock, a i tak wyzłośliwiają się, że to nędza, szkoda pisać o jakimś jazzowym szarpidructwie, i w ogóle to każdy tak uważa.

    Ja tam recenzjami Milesa Davisa nie jestem znudzony, a nawet kilka płyt przesłuchałem po przeczytaniu recenzji Pawła. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mości panie Pawle :) nie napisałem przecież, żebyś już nie recenzował jazzu itp. Napisałem tylko swoją opinię, że mnie już trochę męczą. Nie chcę ja narzucać kierunku muzycznych horyzontów, a jedynie proponuję ruszenie/odświeżenie czegoś mniej lub bardziej wartościowego z lat późniejszych. Tak aby zadowolić starych, jak i nowych czytelników.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tamta odpowiedź odnosiła się ogólnie do tego rodzaju komentarzy, zwykle mniej uprzejmych od Twojego.

      Nie wykluczam, że w przyszłości pojawią się też recenzje czegoś nowszego. Na chwilę obecną nie mam na to jednak ani chęci, ani pomysłów. Zresztą całkiem niedawno była przecież recenzja Stone Roses, a wcześniej Television i Modern Lovers (te dwa ostatnie to lata 70., ale swoim brzmieniem - i nie tylko - zapowiadały już następną dekadę).

      Usuń
  5. O Jezusie... Chyba niektórzy nie zorientowali się że nazwa została zmieniona nie bez powodu. To narzekanie na prawdę robi się nudne, ja nie widzę nie trawię Iron Maiden, nie przepadam za Depeche Mode, a Gentle Giant nie robi na mnie wrażenia, ale to nie znaczy że pod każdą ich recenzją wypisuję że wszyscy mają tego dosyć (bo mi nie przypadło do gustu). Nazwa mówi że są to recenzję Pabla, a nie recenzje na zamówieniu, na które nawet nie trzeba wchodzić aby znać ich treść. Więc jak was nudzi ta "czerstwa" muzyka, tak mnie nudzą wasze komentarze.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.