30 listopada 2017

[Recenzja] Herbie Hancock - "Empyrean Isles" (1964)



Zwykle pierwszą recenzję danego wykonawcy zaczynam od krótkiej notki biograficznej. Tym razem jest to zupełnie zbyteczne. Herbie Hancock to jeden z tych muzyków, których nie trzeba przedstawiać. Jeden z najpopularniejszych twórców współczesnego jazzu, mający na koncie zarówno wybitne albumy, doceniane przez znawców i koneserów, jak i spore sukcesy w mainstreamie (nie tylko jazzowym). Sądzę, że większość Czytelników miała kontakt z jego twórczością. Jeśli nie poprzez jego liczne solowe albumy lub nie mniej liczne albumy innych wykonawców, na których się udzielał, to dzięki filmom, do których nagrywał muzykę.

Najważniejszy, pod względem artystycznym, okres solowej twórczości Herbiego przypadł na początek lat 70. Dokonania z poprzedniej dekady - a w każdym razie te dla wytwórni Blue Note, utrzymane w stylistyce hard bopu i jazzu modalnego - to naprawdę przyjemna muzyka, perfekcyjnie wykonana, ale też dość bezpieczna i zachowawcza, bez eksperymentów, jakie cechowały ówczesną twórczość Johna Coltrane'a, Milesa Davisa, czy Ornette'a Colemana. Nie ma co ukrywać, że takie granie dziś trafia do dość wąskiego grona odbiorców. Raczej nie ma szans zainteresować np. słuchaczy rocka (w przeciwieństwie do późniejszych dokonań Hancocka). Dlatego omówię tu tylko najważniejsze albumy z tego okresu, zaczynając od czwartego w dyskografii "Empyrean Isles". A jeśli komuś się spodobają - zachęcam do sięgnięcia także po pozostałe, bo prezentują one zbliżony poziom.

"Empyrean Isles" został zarejestrowany 17 czerwca 1964 roku w słynnym Van Gelder Studio. Herbiemu w nagraniach towarzyszyli basista Ron Carter, perkusista Tony Williams, oraz grający na kornecie Freddie Hubbard. Hancock, Carter i Williams od blisko roku występowali razem w kwintecie Milesa Davisa. Pianista współpracował już wcześniej także z Hubbardem, więc muzycy dobrze się rozumieją. Longplay składa się z czterech, dość rozbudowanych kompozycji. O ile utwory z pierwszej strony winylowego wydania - "One Finger Snap" i oparty na fajnym basowym temacie "Oliloqui Valley" - to po prostu świetnie zagrany, rozimprowizowany hard bop, tak strona B ociera się już o prawdziwy geniusz. "Cantaloupe Island" został zbudowany na rewelacyjnym bluesowym motywie, będącym doskonałym punktem wyjścia do improwizacji. To jeden z najsłynniejszych i najbardziej chwytliwych tematów jazzowych. Z kolei finałowy, niemal 15-minutowy "The Egg", to najambitniejszy utwór we wczesnym dorobku Hancocka, nawiązujący do współczesnej muzyki klasycznej. Ciekawie wypadają partie Cartera, używającego smyczka do gry na kontrabasie.

"Empyrean Isles" to zdecydowanie mój ulubiony z akustycznych albumów Herbiego Hancocka. a nawet jedno z ulubionych jazzowych wydawnictw dekady lat 60. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10



Herbie Hancock - "Empyrean Isles" (1964)

1. One Finger Snap; 2. Oliloqui Valley; 3. Cantaloupe Island; 4. The Egg

Skład: Herbie Hancock - pianino; Freddie Hubbard - kornet; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


2 komentarze:

  1. Nazwiska Ron Carter, Tony Williams i H.Hancock przewjają się razem na wielu płytach.np. solowej tego pirrwszego.To taka supergrupa jazzowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. Ale praktycznie większość jazzowych albumów z tamtych czasów była nagrywana w takich gwiazdorskich składach ;) A o tej trójce już wielokrotnie pisałem, np. w recenzji "E.S.P." Davisa, gdzie są przedstawione ich krótkie sylwetki ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.