11 września 2017

[Recenzja] Grateful Dead - "Live/Dead" (1969)



"Live/Dead" to pierwsze z dosłownie setek koncertowych wydawnictw Grateful Dead. I zarazem najbardziej znane. Dwupłytowy album zawiera materiał zarejestrowany w pierwszym kwartale 1969 roku, w dwóch słynnych salach koncertowych w San Francisco - Fillmore West i Avalon Ballroom. Repertuar w niewielkim stopniu powtarza się ze studyjnymi albumami grupy. A nawet gdy zespół sięga po utwory, które zarejestrował wcześniej w studiu, służą one za punkt wyjścia do długich improwizacji. W takim graniu muzycy sprawdzali się najlepiej. Co udowadnia już rozpoczynający całość "Dark Star", który z niespełna trzyminutowej piosenki (wydanej na niealbumowym singlu) przeobraził się w 23-minutowy jam, pełen fantastycznych popisów solowych, tworzących kwaśny, psychodeliczny klimat. Bardziej zachowawcze jest tutejsze wykonanie "St. Stephen", nieznacznie dłuższe od studyjnej wersji z "Aoxomoxoa", choć i tutaj muzycy nieco pokombinowali w instrumentalnych fragmentach.

"The Eleven" to już w pełni premierowe nagranie, zatytułowane tak ze względu na użycie w nim nietypowego metrum 11/8. To porywająca improwizacja, zdominowana przez rewelacyjne gitarowe popisy - wcale nie ustępujące tym z "Happy Trails" Quicksilver Messenger Service, a nawet "Fillmore East" The Allman Brothers Band. Podobne skojarzenia budzi "Turn On Your Love Light" - piętnastominutowa przeróbka rhythm'n'bluesowego utworu Bobby'ego Blanda. Niestety, część tego wykonania to nieprzekonujące mnie popisy perkusistów. Z nawiązką wynagradza mi to kolejna przeróbka - "Death Don't Have No Mercy" z repertuaru Reverend Gary'ego Davisa. To przepiękny wolny blues, z wspaniałymi gitarowymi solówkami. Takie utwory zawsze robią na mnie wrażenie - zwłaszcza jeśli wykonane są tak porywająco, jak ten. Kolejna improwizacja, "Feedback", to po prostu, jak zresztą wskazuje tytuł, osiem minut gitarowych sprzężeń. Brzmi to jednak niesamowicie klimatycznie i intrygująco, wręcz awangardowo. Całość kończy odśpiewany przez muzyków a capella fragment tradycyjnej pieśni "And We Bid You Goodnight".

"Live/Dead" to bez wątpienia jedna z najwspanialszych rockowych koncertówek. Niewiele zespołów dawało równie porywające koncerty, co Grateful Dead. Niektórzy wręcz twierdzą, że był to najlepszy koncertowy zespół. Cóż, ja mam innych faworytów, ale znalazłbym dla Grateful Dead miejsce w pierwszej dziesiątce, a może nawet piątce, właśnie za ten album. "Live/Dead" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli koncertowych improwizacji.

Ocena: 9/10



Grateful Dead - "Live/Dead" (1969)

LP1: 1. Dark Star; 2. St. Stephen; 3. The Eleven
LP2: 1. Turn On Your Love Light; 2. Death Don't Have No Mercy; 3. Feedback; 4. And We Bid You Goodnight

Skład: Jerry Garcia - wokal i gitara; Bob Weir - gitara i wokal; Ron McKernan - wokal, organy, kongi; Tom Constanten - organy; Phil Lesh - bass i wokal; Bill Kreutzmann - perkusja i instr. perkusyjne; Mickey Hart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Grateful Dead, Bob Matthews i Betty Cantor


3 komentarze:

  1. A pozostałe zespoły z tej piątki, tudzież dziesiątki to....?? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak można się domyślić z powyższej recenzji - na pewno Allmani i QMS ;) Poza tym także Miles Davis, Cream, Jimi Hendrix, King Crimson. To już jest szóstka, którą na pewno postawiłbym przed Grateful Dead. A przecież świetni na żywo byli także Rory Gallagher, Deep Purple, Ten Years After...

      Usuń
    2. I Frank Zappa, który nigdy nie zagrał niczego dwa razy tak samo:)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.