[Recenzja] Peter Hammill - "The Silent Corner and the Empty Stage" (1974)

Co właściwie przedstawia ta okładka? Zapewne każdy zobaczy tam co innego. Za abstrakcyjną grafikę odpowiada Bettina Hohls, znana ze współpracy - jako dodatkowa wokalistka - z niemiecką grupą krautrockową Ash Ra Tempel. W przeciwieństwie do okładki, muzykę zawartą na "The Silent Corner and the Empty Stage", trzecim solowym albumie Petera Hammilla, skategoryzować można bez najmniejszego problemu. Artysta tym razem nawet już nie próbuje uciec od estetyki Van def Graaf Generator. Tradycyjnie zresztą w części nagrań pojawia się pełny skład tamtego zespołu, czyli poza Hammillem także klawiszowiec Hugh Banton, saksofonista David Jackson i perkusista Guy Evans. Ale nawet materiał zarejestrowany przez lidera samodzielnie, nie odbiega daleko od twórczości grupy. Co jasno pokazuje, kto był mózgiem zespołu. Co jednak warte podkreślenia, album nie tylko mógłby ukazać się pod szyldem VdGG, ale byłby także jednym z najlepszych w dyskografii.
"The Silent Corner and the Empty Stage" to płyta mroczna i pokręcona. Swoje apogeum osiągają te cechy w dwunastominutowym finale, "A Louse Is Not a Home", zresztą napisanym z myślą o następcy "Pawn Hearts" i granym przez Van der Graaf Generator na ostatnich koncertach przed zawieszeniem działalności. To prawdziwie progowy kolos, pełen niespodziewanych zwrotów akcji i dramatyzmu, z tym charakterystycznym, teatralnym, bardzo plastycznie przechodzącym z delikatnego śpiewu w krzyk głosem Hammilla, podniosłymi organami Bantona i hałaśliwymi saksofonami Jacksona, wspartymi masywnymi, częściowo przesterowanymi partiami basu oraz potężnymi bębnami Evansa, ale także z subtelniejszymi brzmieniami pianina oraz fletu. Pełen skład VdGG jest obecny także w dwóch innych utworach. "Forsaken Gardens" opiera się na patencie znanym już z płyt zespołu: zaczyna się jako oszczędna ballada fortepianowa z wokalną ekwilibrystyką Hammilla, by z czasem nabrać rockowej energii, a pozostali instrumentaliści mogli wykazać się swoimi umiejętnościami. Mniej typowy jest natomiast "Red Shift", gdzie muzycy kreują fascynujący, tajemniczy klimat. Gitarowe solo gościnnie wykonał… Nie, tym razem akurat nie Robert Fripp, a Randy California z amerykańskiej grupy Spirit (tej od rzekomego pierwowzoru "Stairway to Heaven"), choć grający tu w bardzo frippowski sposób.
Udział Evansa i Jacksona kończy się na tych trzech utworach, ale Banton towarzyszy Hammillowi jeszcze w "The Lie (Bernini's Saint Theresa)", fortepianowo-organowej balladzie, wykonanej jednak - zwłaszcza wokalnie - w niezwykle ekspresyjny i udramatyzowany sposób. To emocjonalny szczyt albumu, a dochodzą jeszcze elementy poważnej awangardy w klamrze nagrania. Z kompozycji zarejestrowanych przez lidera samodzielnie najbardziej wyróżnia się natomiast otwieracz płyty. W "Modern" dominują brzmienia gitarowe - zarówno akustyczne, jak i szorstkie, brutalne przestery - oraz przeróżnych instrumentów klawiszowych, a coraz bardziej dziwaczną atmosferę dopełniają odpowiednio odjechane partie wokalne Hammilla. To akurat kawałek bez oczywistego odpowiednika w dotychczasowym dorobku Van der Graaf Generator, ale i tak idealnie pasowałby do tej grupy. Łagodniej i bardziej piosenkowe - przynajmniej jak na hammillowo-generatorowe standardy - robi się natomiast w "Wilhelmina" i "Rubicon". Pierwsza z tych kompozycji została bogato zaaranżowana, m.in. z klasycyzującymi brzmieniami melotronu oraz klawesynu, druga - bardziej ascetycznie, z prostymi partiami gitary akustycznej i basu, z krótkim wejściem oscylatora. Byłyby to w sumie niewyróżniające się zbytnio na tle ówczesnej muzyki, konwencjonalne piosenki, gdyby nie jak zawsze znakomite interpretacje wokalne Petera.
"The Silent Corner and the Empty Stage" jest najlepszą płytą Van der Graaf Generator, jakiej Van der Graaf Generator nie nagrał - a przynajmniej nie pod tą nazwą. W solowej dyskografii Hammilla również jest mocnym, może najmocniejszym punktem, choć oczywiście da się formułować przeciwko artyście zarzuty, że zrezygnował z - podejmowanych zarówno na wcześniejszych, jak i późniejszych albumach - prób odróżnienia się od swojej macierzystej grupy. Nie wiadomo jednak, czy płyta by na tym zyskała, czy jednak straciła.
Ocena: 9/10
Recenzja dodana 7.2025
Peter Hammill - "The Silent Corner and the Empty Stage" (1974)
1. Modern; 2. Wilhelmina; 3. The Lie (Bernini's Saint Theresa); 4. Forsaken Gardens; 5. Red Shift; 6. Rubicon; 7. A Louse is Not a Home
Skład: Peter Hammill - wokal, gitara (1,2,5,6), gitara basowa (1,2,6), melotron (1,2), fisharmonia (1), pianino (2-4,7), oscylator (6); Hugh Banton - organy (3-5,7), gitara basowa (3,4,7), dodatkowy wokal; David Jackson - flet i saksofony (4,5,7); Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne (4,5,7); Randy California - gitara (5)
Producent: Peter Hammill
Najlepsza płyta Hammilla, lata świetlne za VDGG jednak. Warto było czekać na kolejne, dłuuugo. Aż do Out of Water.
OdpowiedzUsuń