[Recenzja] Deep Purple - "Infinite" (2017)

"Ininite", 20 studyjny album Deep Purple, zapowiadany jest jako jego ostatnia płyta, po której ma nastąpić pożegnalna trasa i koniec kariery. Aż chciałoby się dodać: nareszcie! Ze wszystkich najsłynniejszych kapel z epoki klasycznego rocka, które wciąż jeszcze działają, chyba tylko Yes równie wytrwale próbuje podkopać swoją legendę. Od dobrych trzech dekad obu grupom nie udało się nagrać więcej niż kilku przyzwoitych kawałków, rozproszonych po różnych albumach. Za to zdarzały się płyty w całości katastrofalne, by wspomnieć tylko o purplowych "Slaves & Masters" - próbie konkurowania ze skrajnie merkantylnymi grupami AOR-owymi - czy "Bananas", gdzie już sam tytuł i okładka sprawiają wrażenie sabotażu, a muzycznie wszystkie problemy współczesnego Deep Purple osiągnęły tam dotychczasowe apogeum.
Jednym z tych problemów jest obecny skład. Z klasycznego wcielenia pozostali tylko wokalista Ian Gillan, basista Roger Glover i bębniarz Ian Paice. Gillan był niegdyś jednym z najlepszych rockowych krzykaczy, ale dekady zdzierania gardła zrobiły swoje i jego forma systematycznie spadała - dziś śpiewa z wyraźnym trudem, coraz bardziej zmęczonym głosem. Glover niegdyś potrafił nadawać bardziej przebojowego kształtu utworom grupy, ale wówczas lepszy był materiał wyjściowy - charakterystyczne riffy Ritchiego Blackmore'a i motywy Johna Lorda - a on sam też już dawno się wypalił. Najlepsze lata dawno za sobą ma już także Paice, a problemy zdrowotne i sam wiek, odbiajające się na jego grze, są właśnie powodem planowanego zakończenia działalności. Składu dopełniają dziś gitarzysta Steve Morse i klawiszowiec Don Airey - obaj bez żadnych istotnych dokonań na koncie, stawiający na technikę, a nie wykazując się żadną wyobraźnią. W tym układzie personalnym można zapomnieć o tej znakomitej interakcji pomiędzy muzykami i swobodzie gry, jaką miały wszystkie składy zespołu z pierwszej połowy lat 70. Instrumentaliści grają w taki sztywny sposób, co szczególnie słychać w topornych partiach gitary.
"Infinite" to kolejny album z kompletnie nijakimi utworami, po których zakończeniu pamiętam tylko wymęczony wokal Gillana. Nie dzieje się tu nic ciekawego ani pod względem budowy kawałków, ani ich aranżacji czy produkcji. To po prostu takie tworzone na autopilocie piosenki w stylizacji na klasycznego rocka, ale o bardzo wygładzonym, wręcz sterylnym brzmieniu i raczej stonowanym tempie, dostosowanym do wieku muzyków. Jak bardzo brakuje tu energii, boleśnie słychać na przykładzie "Roundhouse Blues". W porównaniu z wersją The Doors - grupa po raz pierwszy od 1969 roku umieściła na płycie cudzą kompozycję - wykonanie jest anemiczne i wymęczone, rozwleczone bez pomysłu, a aranżacja po prostu kopiuje tę pierwowzoru, włącznie z partiami harmonijki oraz pianina. Nagrywanie cudzych kompozycji ma sens wtedy, gdy coś się do nich wnosi, nadaje się im własnego stylu. Ta wersja "Roundhouse Blues" wypada natomiast tak, jakby paru muzyków-amatorów próbowało opanować granie kawałka The Doors, ściśle trzymając się oryginału, jedynie dla ułatwienia zwalniając tempo.
Wcale nie lepiej wypadają autorskie kawałki, wśród których trudno mi wskazać jakikolwiek ciekawszy moment. Jest za to kilka autentycznie tragicznych. Już otwieracz "Time to Bedlam" - który mógł być po prostu kolejnym niewyróżniającym się kawałkiem późnego Deep Purple, zawierającym chyba wszystkie purplowe klisze, włącznie z quasi-klasycyzującymi solówkami - zawiera naprawdę okropną klamrę z elektronicznie przetworzonym wokalem Gillana. Sprawia to wrażenie, jakby ktoś po prostu chciał się pobawić nową technologią, bo zdecydowanie nie było tu pomysłu na wykorzystanie jej w celu uzyskania jakiegoś interesującego artystycznie efektu. Niemal identyczna, za to tak samo bezsensowna i nieudana wstawka pojawia się rownież w "On Top of the World". Fatalnie wypada też inny kawałek silący się na nowoczesność, "Get Me Outta Here", z nieco zniekształconym brzmieniem bębnów i basu, co samo w sobie jest w porządku, ale zupełnie nie pasuje do klasycznie, a raczej sztampowo rockowych partii gitarowych i klawiszowych, ani wymęczonego śpiewu. Ale też bardziej tradycyjne dodatki, jak plumkające pianino w "One Night in Vegas", okazują się nietrafionymi pomysłami aranżacyjnymi, niedopasowanymi do pozostałych partii. Paskudnie wypadają też "The Suprising" i "Bird of Prey", oba z quasi-progowym patosem, ale bez finezji i kompozytorsko-aranżacyjnego dopracowania klasycznego proga.
Rzadko zdarza mi się słuchać aż tak kiepskiej płyty, jak 20. studyjny album Deep Purple. Albumu, na którym wypalenie i zmęczenie muzyków byłoby aż tak ewidentne, gdzie aż tak nachalnie wykonawca próbowałby zadowolić fanów dotychczasowych dokonań, a zarazem udawał, że jest na bieżąco z nowymi technologiami. Na "Infinite" nie ma ani jednej wyrazistej kompozycji - nawet taki rockowy klasyk, jak "Roadhouse Blues", wypada tu miałko - nie ma też ani jednego zapamiętywanego motywu, żadnej wyróżniającej się solówki lub interesującego pomysłu na aranżację - może z wyjątkiem warstwy rytmicznej w "Get Me Outta Here", ale tu po prostu zmarnowano ten pomysł. Najniższej oceny nie daję wyłącznie dlatego, że są tu również kawałki niewywołujące u mnie szczególnie negatywnego wrażenia, a po prostu kompletnie nijakie, o jakich nie miało nawet sensu wspominać w tej recenzji.
Ocena: 2/10
Zaktualizowano: 8.2025
Deep Purple - "Infinite" (2017)
1. Time for Bedlam; 2. Hip Boots; 3. All I Got Is You; 4. One Night in Vegas; 5. Get Me Outta Here; 6. The Surprising; 7. Johnny's Band; 8. On Top of the World; 9. Birds of Prey; 10. Roadhouse Blues
Skład: Ian Gillan - wokal, harmonijka (10); Steve Morse - gitara, dodatkowy wokal; Don Airey - instr. klawiszowe; Roger Glover - gitara basowa; Ian Paice - perkusja
Gościnnie: Bob Ezrin - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Tommy Denander - gitara (8)
Producent: Bob Ezrin
Zaktualizowano: 8.2025
Deep Purple - "Infinite" (2017)
1. Time for Bedlam; 2. Hip Boots; 3. All I Got Is You; 4. One Night in Vegas; 5. Get Me Outta Here; 6. The Surprising; 7. Johnny's Band; 8. On Top of the World; 9. Birds of Prey; 10. Roadhouse Blues
Skład: Ian Gillan - wokal, harmonijka (10); Steve Morse - gitara, dodatkowy wokal; Don Airey - instr. klawiszowe; Roger Glover - gitara basowa; Ian Paice - perkusja
Gościnnie: Bob Ezrin - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Tommy Denander - gitara (8)
Producent: Bob Ezrin
A w Teraz Rock jak zwykle 4/5 - zdziwiłbym się, gdyby było inaczej :)
OdpowiedzUsuńA co mieli zrobić? Wydawca dał im darmowy egzemplarz płyty, umożliwił przeprowadzenie wywiadu z zespołem, na koncert też będą mogli wejść za darmo - toż to nie wypada w takiej sytuacji napisać złego słowa ;) I właśnie przez takie układy ich dział z recenzjami nadaje się wyłącznie jako substytut papieru toaletowego. Zresztą reszta pisma nie jest lepsza.
UsuńTeraz Rock już daaaaaaaaaaaawno temu przestał być jakimkolwiek punktem odniesienia i źródłem opiniotwórczym;)
UsuńNiestety, dla bardzo wielu osób wciąż jest opiniotwórczy, skoro opłaca się wciąż go drukować. Naprawdę się dziwię, że ktoś to jeszcze kupuje. Przecież tam w kółko piszą o kilkunastu klasycznych zespołach, a poza tym o jakimś nowym badziewiu, które wytwórnie każą im promować.
UsuńŁooooooj nieźle po albumie pojechałeś :D Ja po dwóch odsłuchach dałem mu coś koło szóstki, z wahaniem na piątkę za okropną przeróbkę „Roadhouse Blues”
OdpowiedzUsuńA moim zdaniem album trzyma poziom kilku poprzednich, nie licząc oczywiście głosu Gillana ;) Może warto dać mu szansę, posłuchać jeszcze parę razy?
OdpowiedzUsuńNie, absolutnie nie warto. Jest tyle lepszej muzyki, że szkoda tracić czas na męczenie tego albumu, żeby wmusić w siebie polubienie kilku momentów. Na RateYourMusic ponad dwa tysiące albumów oceniłem lepiej od tego. Kilka, może kilkanaście razy tyle lepszych od niego czeka na ocenę. Naprawdę nie ma powodu, żeby tracić więcej czasu na "Infinite". Nigdy więcej nie przesłucham tego albumu ani żadnego jego fragmentu. To już definitywnie zamknięty temat.
UsuńTa płyta to jeszcze hard rock czy jakaś lżejsza odmiana? Bo nie ma podanego gatunku.
OdpowiedzUsuńPrzeoczenie ;) Teoretycznie hard rock, ale tak wygładzony brzmieniowo i pozbawiony energii, że wpiszę rock.
UsuńTrochę zdziwiłem się, że na RYMie zagłosowałeś przeciwko hard rockowi. Wobec tego jak byś to określił? Samo "rock" to chyba zbyt szerokie określenie, które powinno być stosowane raczej tylko do eklektycznych wydawnictw, w których żaden podgatunek się nie wyróżnia, jak np. do "Białego albumu" Beatlesów. Może lepszy byłby soft rock?
UsuńW ogóle lubujesz się w "kontrowersyjnych" decyzjach. Z jednymi się zgadzam (to, co napisałeś pod "Back in Black" - nie wiem, jak można słyszeć w tym blues rocka), z innymi trochę mniej (debiut Budki Suflera to nie prog? Myślałem, że rozszerzone instrumentarium, rozbudowane utwory, długie i według mnie skomplikowane fragmenty instrumentalne i częste zmiany melodii oraz dynamiki razem wzięte dają już przynależność przynajmniej do tego oblicza gatunku oznaczającego granie w konkretnym stylu).
Na szczęście kompletnie nie pamiętam tego tworu, ale w komentarzu nad swoim masz odpowiedź, czemu nie uznałem tego za hard rock. Soft rock to w ogóle niepotrzebna etykieta (podobnie jak wiele innych, np. classic rock), skoro jest coś takiego, jak pop rock. Współczesny Deep Purple to nie jest ani hard, ani pop, tylko taki bezpieczny rock środka - niby ciężki, ale jednak wygładzony, niby żywiołowy, ale jednak anemiczny, żeby emeryci sobie nie skręcili karku przy machaniu głową do rytmu ;) To jest taki rock, który nie idzie w żadnym konkretnym kierunku, więc określanie go po prostu rockiem wydaje się najwłaściwsze.
UsuńNie wiem dlaczego twierdzenie, że "Back in Black" nie jest blues rockiem miałoby być kontrowersyjne. Nie jest nim i już. Natomiast debiut Budki ma z progiem tyle samo wspólnego, co np. "Sabotage" czy "Sabbath Bloody Sabbath" Black Sabbath. A więc niby są tam jakieś zaczerpnięte elementy, ale całość ma zdecydowanie więcej wspólnego z hard rockiem. Dałoby się to co najwyżej podciągnąć pod tzw. heavy prog (kolejna zbyteczna etykieta).
Dzięki za odpowiedź. Jako kontrowersyjne miałem po prostu na myśli niezgodne ze zdaniem większości.
UsuńNiestety, owa większość ma problem z rozróżnianiem poszczególnych stylów. Częstym błędem jest też przypisywanie danemu wykonawcy etykiety na stale. AC/DC na pierwszych albumach grał blues rocka? W takim razie pozostałe płyty też są bluesrockowe. Rush na pewnym etapie kariery inspirował się progiem? A więc wszystko co nagrali jest progowe. Bezsens totalny. Innym błędem jest np. utożsamianie krautrocka z niemieckim rockiem z lat 70. Albo używanie określeń jazz rock i jazz fusion jako synonimów.
UsuńZgadzam się z tymi przykładami, inne wg mnie błędne przyporządkowania to określanie pierwszych albumów Allmanów mianem southern rocka albo "In through the out door" Led Zep jako hard rocka (tutaj akurat uważam, że sam rock pasuje dobrze). Zgodziłbyś się, że każdy album AC/DC z Johnsonem to czysty hard rock? Niektórzy próbują podpiąć jeszcze heavy metal, ale moim zdaniem jest to zdecydowanie za mało "mroczna" (w cudzysłowie, bo większość metalowych wykonawców raczej próbuje grać mrocznie, niż rzeczywiście to robi) muzyka, bez tej metalowej stylistyki.
UsuńTak, masz rację - nie mam pojęcia, gdzie ktoś słyszy southern rock na debiucie Allmanów czy na "At Fillmore East". Już prędzej mogę zrozumieć, że ostatni album Zeppelinów jest zaliczany do hard rocka, choć granie w tym stylu występuje tam w śladowych ilość.
UsuńHard rock i heavy metal to akurat terminy, które przez długi czas były używane jako zamienniki i dopiero z czasem zaczęły oznaczać coś innego - niestety, dość niekonsekwentnie. Bo nagle Zeppelini i Purple przestały być metalowymi zespołami, ale Sabbath wciąż częściej jest zaliczany do metalu, niż hard rocka. Moim zdaniem niesłusznie. Taki typowy heavy metal we współczesnym znaczeniu - czyli np. Iron Maiden lub Judas Priest - ma jednak więcej wspólnego z Purplami niż z Sabbath. Prawdę mówiąc, mam wątpliwości, czy w ogóle ma sens rozdzielanie tych stylów.
Jesteś pewien, że były synonimami? Kilka lat temu przeczytałem wycinek wywiadu z Geezerem Butlerem, który mówił, że krytycy nazywali ich muzykę "heavy metalem", ze względu na hałas, jaki jej towarzyszył, co miało znaczenie tylko i wyłącznie pejoratywne.
UsuńNie spotkałem się natomiast, aby inne zespoły, np. Deep Purple czy Led Zeppelin, były ok. 50 lat temu nazywane metalowymi. Tam zawsze pojawiało się określenie "rock" (ewentualnie z dodatkowym określeniem).
I właśnie: dlaczego przy wyrazie "metal" zawsze stoi przymiotnik "heavy"? Samo słowo "metal" nie wystarczy? Zawsze myślałem, że działają pewne analogie, jak rock → metal (oznaczające podstawowy, "czysty" gatunek") czy hard rock → heavy metal (podgatunki).
Fakty przeczą temu, co twierdzi Geezer. I słaby zrobiłeś research, bo właśnie w jednej z pierwszych amerykańskich recenzji "Led Zeppelin II" - jeszcze sprzed debiutu Sabbath - padło określenie heavy metal i wtedy się przyjęło powszechnie jako synonim hard rocka. Przy czym nie było to wcale pierwsze użycie w tym kontekście, bo już wcześniej zdarzało się krytykom opisywać w ten sposób muzykę Hendrixa, Iron Butterfly czy Vanilla Fudge.
UsuńNie zawsze przed metal jest przymiotnik heavy. Często jest to thrash, death, black, doom, stoner, power itd. Wszystko to są podgatunki / style muzyki rockowej, potocznie określane zbiorczo metalem, ale metal to nie jest jakiś osobny gatunek, tylko właśnie część rocka. Rockowa terminologia jest po prostu bardzo niekonsekwentna, zaśmiecona i niejednoznaczna.
Zapowiadało się to w miarę, oczekiwania po Now What?! miałem spore. Po 5 przesłuchaniach słabo, słabo jeszcze raz słabo, nuda mało sia dzieje. Brak sił, pomysłów, wygląda to jakby zebrali odrzuty z poprzednich płyt i wydali.
OdpowiedzUsuńZ wielkim żalem podzielam zdanie przedmówców. Naprawdę mam wielki żal do zespołu że wypuszczają takiego gniota. Czy oni tego nie słyszą, że jest to po prostu słabe??? Tym bardziej jestem zawiedziony bo Deep Purple to moja ulubiona grupa, na której się wychowałem. Utwór otwierający płytę jeszcze się broni, to fajny szybki numer, jakiego brakowało na kilku poprzednich albumach. Całkiem niezłe jest jeszcze All I Got Is You, coś tam jeszcze ciekawego dzieje się w Birds of Prey, ale na TEN zespół to dużo za mało. Reszta kawałków jest nudna, wymuszona i pozbawiona dobrych melodii. Nie wiem czy posłucham ten album jeszcze raz. Jestem zdegustowany i bardzo zawiedziony.
OdpowiedzUsuńMam prośbę do Pawła. Czy możesz podać kilka tytułów ostatnio wydanych płyt w stylu Purpli na które nie szkoda Ci czasu? Pytam szczerze, bo nie mam pojęcia o nowościach. Dlatego zajrzałem na Twojego bloga. Z góry dziękuję. Pozdrawiam. Rysiek.
OdpowiedzUsuńOstatnie dwie dekady to w muzyce rockowej bieda z nędzą, dlatego radziłbym raczej poszukać wśród mało znanych zespołów z lat 60. i 70. Ale ponieważ pytasz o nowości, polecę Ci kilka albumów młodych wykonawców, którym daleko do poziomu, jaki Purple prezentowali w ich wieku i są bardzo regresywne, ale jeśli lubi się taką muzykę, to słuchanie ich nie powinno być stratą czasu.
UsuńWitchwood - "Lithanies from the Wood"
Witchwood - "Handful of Stars"
Temu jest najbliżej stylistycznie do Deep Purple, choć raczej nazwałbym to krzyżówką Uriah Heep z Jethro Tull.
DeWolff - "Roux-Ga-Roux"
Ghost - "Meliora"
To już nieco inne granie, ale brzmienia organów czasem mogą wywoływać skojarzenia z Deep Purple.
Witchcraft - "The Alchemist"
Blood Ceremony - "Living with the Ancients"
A to już raczej klimaty Black Sabbath, ale też warto posłuchać. Wszystkie powyższe albumy zrecenzowałem, więc możesz o nich ewentualnie poczytać przed lub po odsłuchu. Więcej tytułów nie przychodzi mi teraz do głowy.
O, a ja bym chętnie się dowiedział o tych zespołach z lat 60 i 70, grających jak Purple ;)
UsuńŚwietnie, w takim razie jesteś we właściwym miejscu ;) Na początku muszę Cię jednak ostrzec, że nie było nigdy zespołu, który grałby identycznie jak Deep Purple. A najbardziej podobne są kapele, które z pewnością znasz (Uriah Heep i Rainbow z Dio do Mark II, wczesny Whitesnake do Mark III/IV). Ale jeśli chcesz posłuchać dobrego hard rocka z organami Hammonda, to polecam następujące albumy:
UsuńAtomic Rooster - "Death Walks Behind You" (1970)
Gentle Giant - "Gentle Giant" (1970), a konkretnie utwór "Why Not"
Irish Coffee - "Irish Coffee" (1971)
Keef Hartley Band - "Halfbreed" (1969)
Kin Ping Meh - "Kin Ping Meh" (1972)
Lucifer's Friend - "Lucifer's Friend" (1970)
Night Sun - "Mournin'" (1972)
Salem Mass - "Witch Burning" (1971), to w sumie co innego, ale też posłuchaj
Warpig - "Warpig" (1970), a to najbardziej przypomina DP
A ja bym mimo wszystko dodał Indian Summer, które moim zdaniem wbrew opinii Pawła i innych czytelników bloga jest świetne. Stawiam ten album prawie tak wysoko jak wymienione Atomic Rooster i Lucifer's Friend. A tak w ogóle to ta ostatnia grupa reaktywowała się ostatnio i wydała nowy album. Czy Paweł planujesz recenzję?
UsuńSzczerze mówiąc, nawet nie chciało mi się tego słuchać. Obawiam się, że w obecnym wieku muzyków ciężko o kreatywność. Zresztą nawet za młodu nagrali tylko jeden naprawdę dobry album.
UsuńA ja w tym przypadku oczekuję dobrego i czadowego hard rocka rodem z lat 70 a kreatywność zostawiam innym. Nie ma co liczyć na coś odkrywczego bo proch już dawno został wynaleziony.
UsuńNie lepiej więc posłuchać jakiegoś bardzo dobrego i czadowego hard rocka z lat 70.?
UsuńNie chodziło mi o granie czegoś odkrywczego (bo tego Lucifer's Friend nie robił nawet na debiucie), tylko o umiejętność tworzenia dobrych kompozycji.
A co sądzisz o zespole Hypnos 69? Może nie do końca w stylu Purpli, ale dla mnie najlepszy nowy zespół rockowy.
UsuńSłyszałem tylko jeden album, w okolicach jego premiery (pod koniec poprzedniej dekady). Nie pamiętam tytułu, ale okładka była utrzymana w ognistych barwach ;) Muzycznie było to całkiem spoko, coś pomiędzy wczesnym Black Sabbath, a wczesnym King Crimson. Ale wokalnie dość kiepskie, co mnie męczyło podczas słuchania.
UsuńDawno nie zaglądałem a tu taka polemika. Paweł, dziękuję za podpowiedzi, DeWolffa słuchałem z dużą przyjemnością na Youtube, chyba kupię płytę którą polecałeś. Co do grup nawiązujących do hard rocka lat 70 to moim zdaniem można wymienić prawie wszystkich stonerów, czy takie retro zespoły w stylu np. Blues Pills czy Kadavar. Zresztą pewnie korzenie większości godnych uwagi zespołów tkwią w latach 70,ale to już banały piszę...:) Trudno jednak ogarnąć cała współczesną muzykę i dlatego szacunek dla Pawła za bloga, dzięki któremu można coś wyłowić z tego muzycznego mnóstwa. Jeszcze raz dziękuję za informacje i ciekawe recenzje. Pozdrawiam. Rysiek
OdpowiedzUsuń"I słaby zrobiłeś research, bo właśnie w jednej z pierwszych amerykańskich recenzji "Led Zeppelin II" - jeszcze sprzed debiutu Sabbath - padło określenie heavy metal i wtedy się przyjęło powszechnie jako synonim hard rocka. Przy czym nie było to wcale pierwsze użycie w tym kontekście, bo już wcześniej zdarzało się krytykom opisywać w ten sposób muzykę Hendrixa, Iron Butterfly czy Vanilla Fudge."
OdpowiedzUsuńSprawdziłem raz jeszcze, dokładnie szukając recenzji tudzież wzmianek i nie znalazłem. Lub inaczej: nigdzie w internecie nie widzę jakiegokolwiek cytatu czy recenzji, w której określenie dotyczące muzyki Led Zeppelin, Iron Butterfly, Vanilla Fudge i Jimiego Hendrixa zawierałoby frazę "heavy metal", także dowody poproszę.
A co do drugiej części: popełniłem błąd. Chciałem napisać, że przy rzeczowniku "metal" zawsze jest coś ekstra, nigdy nie jest to "goły" wyraz, tylko za każdym razę widzę dopisane właśnie heavy, thrash, death, speed oraz podobne. Dlaczego tak właśnie jest? Samo słowo "rock" spotykam dosyć często, chociażby przy twórczości The Rolling Stones. Nie rozumiem czemu tak nie jest z metalem.
https://en.m.wikipedia.org/wiki/Heavy_metal_music#Etymology - tu masz liczne przykłady użycia terminu „heavy metal”, „metal” lub przymiotnika „heavy” z przełomu lat 60. i 70. oraz informację, że terminy „heavy metal” i „hard rock” były często używane zamiennie, szczególnie w odniesieniu do zespołów z lat 70., kiedy to pojęcia te były w dużej mierze synonimami.
UsuńWidocznie mało czytasz, bo ja wielokrotnie spotkałem się z samym „metalem” i osobiście wielokrotnie pisałem w taki skrótowy sposób. Jest to jednak nieprecyzyjne wyrażenie i może być - tak jak używanie samego „rocka” - wyrazem bezsilności, że danego zespołu czy albumu nie da się łatwo przypisać do żadnego konkretnego stylu. Bo co właściwie grają Stonesi, skoro na jednej płycie potrafili zamieścić kawałki inspirowane disco, punkiem, country i folkiem? U metalowych grup taki eklektyzm jest rzadkością, więc problem ten praktycznie nie istnieje. A gdy już trafia się kapela typu Faith No More, to zawsze można użyć określenia-wytrychu „metal alternatywny”, które nie oznacza konkretnego sposobu grania, tylko to, co nigdzie indziej nie pasuje.