18 listopada 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Beggars Banquet" (1968)



Po skoku w bok, w postaci psychodelicznego albumu "Their Satanic Majesties Request", zmiażdżonego przez krytykę, Stonesi postanowili wrócić do korzeni. Nie koniecznie swoich - album "Beggars Banquet" tak naprawdę niewiele ma wspólnego z wcześniejszą twórczością zespołu. Mniej tutaj rockowej energii, za to muzycy wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej nawiązali do amerykańskiej tradycji. Dużo tutaj bluesa, ale przede wszystkim pojawiły się ewidentne wpływy muzyki country ("Dear Doctor", "Factory Girl", oraz przeróbka "Prodigal Son" Roberta Wilkinsa). Nieszczególnie odpowiada mi ta metamorfoza, gdyż nigdy nie przepadałem za country. Najwyraźniej jednak jestem w mniejszości, bo przeważają opinie, że "Beggars Banquet" to jedno ze szczytowych osiągnięć Rolling Stones, oraz że longplay rozpoczyna najciekawszy okres twórczości zespołu, rzekomo trwający do roku 1972 i wydanego wówczas albumu "Exile on Main St." (który też nigdy mnie nie zachwycał).

"Beggars Banquet" powstawał w nienajlepszej atmosferze. Brian Jones oddalił się od reszty zespołu, także pod względem muzycznym. Chciał kontynuować psychodeliczne eksperymenty, znów grać na różnych niekonwencjonalnych instrumentach, które nie pasowały do surowego charakteru muzyki, jaką w tamtym czasie tworzyli pozostali muzycy. W rezultacie pozwolono mu na udział tylko w kilku utworach. Mimo problemów, album został ukończony już w lipcu 1968 roku. Premiera opóźniła się jednak aż do grudnia, gdyż ani europejski, ani amerykański wydawca nie chciał zaakceptować projektu okładki zaproponowanego przez zespół - zdjęcia obskurnego kibla. Po wielu miesiącach walki, muzycy się poddali i zgodzili na bardziej neutralną okładkę. Ich pomysł został wykorzystany dopiero na kompaktowej reedycji z 1984 roku (większość późniejszych wydań - zarówno kompaktowych, jak i winylowych - także zawiera taką okładkę). Warto w tym miejscu dodać, że dopiero na wydaniach po 2002 roku album ma właściwą prędkość - podczas przygotowywania oryginalnego masteringu zrobiono błąd, w rezultacie czego prędkość została zwolniona (w sumie wydłużyło to album o około pół minuty). Dopiero po ponad trzydziestu latach postanowiono to poprawić.

Album rozpoczyna się od jednego z najbardziej znanych utworów zespołu, "Sympathy for the Devil". Sławę przyniósł mu przede wszystkim kontrowersyjny tekst (za sprawą którego zespół do dziś bywa oskarżany o propagowanie satanizmu; choć w rzeczywistości nawiązuje on do "Mistrza i Małgorzaty" Michaiła Bułhakowa), ale i pod względem muzycznym jest to dość niekonwencjonalna rzecz - uwagę zwracają przede wszystkim plemienny rytm i charakterystyczne chórki. Znalazło się też miejsce dla zgrabnej solówki Keitha Richardsa. Innym popularnym utworem jest wyjątkowo jak na ten album dynamiczny "Street Fighting Man", który również wywołał spore kontrowersje - wiele stacji radiowych nie chciało go grać, ze względu na tekst, poruszający problem ówczesnych protestów studenckich. Jest to jeden z nielicznych utworów na płycie, na których swoje piętno odcisnął Brian Jones. W tym akurat kawałku zagrał na indyjskich instrumentach, sitarze i tamburze, których brzmienie nadaje mu nieco orientalnego charakteru (w utworze pojawia się także inny instrument pochodzenia indyjskiego, shehnai, na którym gościnnie zagrał Dave Mason, gitarzysta grupy Traffic).

Co ciekawe, to właśnie utwory z udziałem Jonesa (nieograniczającym się do chórków lub grania na harmonijce) należą do moich faworytów z tego albumu: bardzo ładna ballada "No Expectations", którą Brian ozdobił slide'owymi partiami gitary, a także psychodeliczny "Jigsaw Puzzle" i najbardziej dynamiczny, stricte rockowy "Stray Cat Blues", w których zagrał na melotronie. Chociaż akurat w tych dwóch ostatnich to nie jego udział decyduje o ich wartości. W "Jigsaw Puzzle" błyszczy przede wszystkim Bill Wyman, którego wyrazista partia basu przyciąga najwięcej uwagi. Z kolei "Stray Cat Blues" to głównie zadziorne riffowanie Richardsa i interesująca linia wokalna, w której jest miejsce i na śpiew, i na wrzask, i na deklamację. Do ciekawszych fragmentów album zaliczam także klasycznie bluesowy "Parachute Woman", jak również finałową balladę "Salt of the Earth", wyróżniająca się charakterystycznymi dla muzyki gospel żeńskimi chórkami. Zupełnie nie przekonują - a wręcz drażnią - mnie natomiast wspomniane na początku trzy utwory w stylu country. Obniżają poziom całości i zniechęcają mnie do wracania do tego albumu. Szkoda, że zamiast nich nie trafił tutaj singlowy "Jumpin' Jack Flash" - jeden z najlepszych utworów zespołu, pokazujący, że grupa świetnie odnalazła się w czasach narodzin hard rocka.

"Beggars Banquet" to mimo wszystko bardzo udane otwarcie nowego etapu działalności zespołu. Jednak dopiero na dwóch kolejnych albumach zespół doprowadził ten styl do... może niekoniecznie perfekcji, ale na pewno do ciekawszego efektu. Tutaj niestety nie brakuje fragmentów, w których znacząco spada napięcie.

Ocena: 8/10



The Rolling Stones - "Beggars Banquet" (1968)

1. Sympathy for the Devil; 2. No Expectations; 3. Dear Doctor; 4. Parachute Woman; 5. Jigsaw Puzzle; 6. Street Fighting Man; 7. Prodigal Son; 8. Stray Cat Blues; 9. Factory Girl; 10. Salt of the Earth

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka (4); Keith Richards - gitara, bass (1,6), wokal (10), dodatkowy wokal; Brian Jones - dodatkowy wokal (1), gitara (2), harmonijka (3,4,7), melotron (5,8), sitar (6), tambura (6); Bill Wyman - bass, dodatkowy wokal (1), instr. perkusyjne (1); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal (1)
Gościnnie: Nicky Hopkins - instr. klawiszowe; Rocky Dijon - kongi (1,8,9); Jimmy Miller, Anita Pallenberg, Marianne Faithfull - dodatkowy wokal (1); Dave Mason - shehnai (6), melotron (9); Ric Grech - skrzypce (9); Watts Street Gospel Choir - dodatkowy wokal (10)
Producent: Jimmy Miller


10 komentarzy:

  1. Zgadzam się z oceną. Album naprawdę dobry, choć stanowi jedynie wstęp do tego co nadejdzie potem :D.

    OdpowiedzUsuń
  2. W recenzji dużo jest narzekania o tym że country to za dużo na tym albumie o tym że nudne... a ocena na koniec 8/10! Dla mnie zbyt dużo najlepsze na tym albumie to pierwsza i kultowa już piosenka "Sympathy for the Devil" dla mnie 6/10.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten album oferuje znacznie więcej, niż jeden przebój. Nawet jeśli trochę za dużo tu tego country, to z resztą utworów tworzy naprawdę dobrą całość. Może masz problem z załapaniem tego albumu, bo jest tak mocno osadzony w amerykańskiej tradycji muzycznej, z którą przeciętny Polak nie ma wiele do czynienia?

      Usuń
    2. A co to jest ta amerykańska tradycja muzyczna? nie słyszałem takiego stwierdzenia. Album jak całość, owszem jest przyzwoity ale nie słyszę w nim nic ciekawego.

      Usuń
    3. To po prostu te gatunki, które powstały w Stanach, jak blues, jazz, country, tamtejsza odmiana folku, itd. I właśnie do takich inspiracji (poza jazzem) sięgnęli Stonesi nagrywając ten album. Ale nie tylko się tym inspirowali, lecz zagrali w stuprocentowo amerykański sposób. Dlatego ten album różni się od poprzednich, które oczywiście też w znacznym stopniu czerpały z amerykańskich tradycji, ale zagrane były całkiem inaczej, po brytyjsku.

      Trzeba po prostu przestawić się z klimatu deszczowej Anglii na klimat spieczonego słońcem południa Stanów, żeby docenić zawartą tu muzykę.

      Usuń
    4. Nie powiem, ciekawe zjawisko przemyślę to kiedy bedę słuchał czegokolwiek następnym razem.

      Usuń
  3. A ja właśnie przeciwko temu country nic nie mam. Za to dla mnie najbardziej kuleją Jigsaw i Street Fightning Man. Pierwszy kładzie gadana partia Jaggera (parafrazując tytuł pewnego krążka "To nie jest kurwa Velvet Underground") i mimo wszystko za długi czas trwania w stosunku do tego co utwór ten oferuje (a oferuje całkiem sporo, bo jebnięte pianino, trochę odlotu z gitarą slide i innym zawodzeniem oraz świetną sekcję rytmiczną), a Street Fightning Man jest po prostu nudziarski od A do Z - poza fajnym przez kilkanaście sekund motywem na gitarze i sitarem, na który zwróciłem uwagę to nie jest to nic ciekawego.

    Dla mnie najlepszy jest tutaj Stray Cat Blues, obok jest Parachute Woman (podejrzewam, że dlatego, że pojawił się dość szybko) i No Expectations. "Sympathy for The Devil" miał potencjał który wykorzystano może w 30-40%. Fajny, ale chciałoby się więcej.

    Tak jak powiedziałem, mnie country nie drażni.

    też 6/10.

    Plus kiedyś był to mój ulubiony album Stonesów.

    ps. nie opublikowałeś mojego komentarza przy białym albumie, tego gdzie wspominam o winylach i Abbey Road. Uwłaczało Ci coś w jego treści?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Street Fightning Man" uważam za jeden z lepszych utworów Stonesów.

      Twój komentarz opublikowałem i nawet na niego odpowiedziałem. Ale napisałeś go pod recenzją "Abbey Road", a nie "The White Album".

      PS. Skąd nagle taki ruch pod tą starą recenzją?

      Usuń
  4. Ok, to moja pomyłka z tym komentarzem, rzeczywiście jest pod Abbey Road.

    Ja teraz nadrabiam zaległości z latami 60. i właśnie równolegle idę to z Bitlesami, to ze Stonesami. I dziś maszyna losująca wskazała Beggars Banquet. Tak jak wczoraj słuchałem White Albumu a wcześniej MMT. A dzisiaj we wcześniejszych godzinach "Between The Buttons" i "Their Satanic Majesties Request" (który do tej pory ze Stonesów podobał mi się najbardziej) I dlatego tu jestem. To jak sądzę czysty przypadek, że i ja i p9810 się tak zgraliśmy.Ale też byłem zaskoczony jak zobaczyłem komentarz z wczoraj. Teraz mam na głośnikach właśnie Abbey Road, więc pewnie powiem coś pod ich recenzją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pod "Their Satanic Majesties Request" też możesz napisać czemu się podobał. Chcesz jakąś podpowiedź, co z lat 60. trzeba znać?

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.