[Recenzja] Rory Gallagher - "Tattoo" (1973)



"Tattoo" cieszy się dużą popularnością wśród miłośników Rory'ego Gallaghera. To właśnie na tym albumie znalazły się takie utwory, jak energetyczne "Tattoo'd Lady" i "Cradle Rock" czy wspaniała ballada "A Million Miles Away". Wszystkie trzy weszły na stałe do koncertowego repertuaru Irlandczyka, który przecież niezbyt chętnie wracał do swoich starszych kompozycji, stawiając na granie nowości oraz bluesowych standardów. Te utwory jednak doskonale sprawdzały się na żywo. I właśnie w koncertowych wykonaniach, szczególnie z lat 70., prezentują się najlepiej. W wersjach studyjnych nie ma aż tyle czadu, emocji i zaangażowania. To samo dotyczy "Who's That Coming", nieco jakby zeppelinowego bluesa, z istotną rolą harmonijki oraz gitary slide. Na albumie wypada bardzo fajnie, ale dopiero na koncertach kwartet grał go naprawdę porywająco. Za definitywne wersje tych czterech kompozycji uważam wykonania z wydanego rok później "Irish Tour '74". Nie czuję w ogóle potrzeby, by wracać do studyjnych pierwowzorów.

Tak naprawdę, w ogóle nie wracam do "Tattoo", choć to całkiem solidny longplay. Zdecydowanie bliżej mu do eponimicznego debiutu i "Deuce" niż do bezpośrednio poprzedzającego go "Blueprint". Więcej tu energii, jakby Rory'emu znów zachciało się starać nie tylko podczas koncertów, ale też w studiu. Już nie chowa się za klawiszami Lou Martina, które jedynie dopełniają brzmienie, ale przez praktycznie cały czas gra coś ciekawego. Lepiej słychać też bas Gerry'ego McAvoya, który często naprawdę sporo wnosi do utworów (np. "Admit It", "Sleep on a Clothes Line"). Jest to ponadto chyba najbogatszy album Gallaghera, jeśli chodzi o instrumentarium - oprócz gitar, klawiszy, harmonijki i perkusji słychać też akordeon ("Tattoo'd Lady"), buzuki ("They Don't Make Them Like You Anymore"), mandolinę ("Who's That Coming") oraz saksofon ("A Million Miles Away"). Rozrzut stylistyczny też jest spory, podobnie jak na dwóch pierwszych solowych albumach Gallaghera. Jest więc blues, zarówno w odmianie akustycznej ("20:20 Vision"), jak i zelektryfikowanej ("Sleep on a Clothes Line"), ale też trochę hard rocka ("Livin' Like a Trucker", "Admit It"), a nawet odrobina lekko jazzujacego grania ("They Don't Make Them Like You Anymore"). Do kompletu zabrakło więc tylko jakiegoś folku lub country. Dopiero na niektórych kompaktowych wznowieniach dodano zarejestrowany podczas tej samej sesji "Tucson, Arizona", który brzmi jak nagranie jakiegoś wykonawcy z Nashville. Nawet Rory śpiewa tu w zupełnie nietypowy dla siebie sposób, zaskakując wszechstronnością. Jednak nawet bez tego kawałka album jest nadto eklektyczny. Mam wrażenie, że już "20:20 Vision" i "They Don't Make Them Like You Anymore" nie za dobrze przegryzają się z resztą wydawnictwa, więc co dopiero tamto nagranie.

Zapewne oceniałbym ten album wyżej, gdyby nie to, że niemal połowa jego repertuaru niedługo później doczekała się dużo lepszych wersji. Pozostałe kompozycje uważam za udane, ale jednak nie przypadkiem to nie one były grane podczas koncertów. Po prostu są mniej charakterystyczne. Natomiast całość niewiele wnosi do dorobku Rory'ego Gallaghera, powielając głównie pomysły z przeszłości. 

Ocena: 7/10



Rory Gallagher - "Tattoo" (1973)

1. Tattoo'd Lady; 2. Cradle Rock; 3. 20:20 Vision; 4. They Don't Make Them Like You Anymore; 5. Livin' Like a Trucker; 6. Sleep on a Clothes Line; 7. Who's That Coming; 8. A Million Miles Away; 9. Admit It

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, buzuki, harmonijka, saksofon; Lou Martin - instr. klawiszowe, akordeon (1); Gerry McAvoy - gitara basowa; Rod de'Ath - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rory Gallagher


Komentarze

  1. "A Million Miles Away" jest świetne. Jeden z moich ulubionych utworów Rory'ego, z tych, które słyszałem. Klasa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzisiaj skanowałem tą płytę (vinyl) w Amazonie (pick)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Zapewne oceniałbym ten album wyżej, gdyby nie to, że niemal połowa jego repertuaru niedługo później doczekała się dużo lepszych wersji". Czy gdyby koncertowe wersje utworów z eponimicznego debiutu pojawiły się na "Irish Tour 74", to również Pawle jedynkę oceniłbyś niżej niż oczywiście na zasłużoną 10? Zakładam że wówczas te utwory również zostałyby wykonane bardziej porywająco. "Tatoo" w moim mniemaniu również zasługuje na bardzo wysoką ocenę. Nie można mieć pretensji do tego, że nagrania studyjne nie są tak żywiołowe jak te z koncertu. Studio daje sterylność brzmienia, ale też przewidywalność. Jedynka oczywiście z racji swych początków musi być materiałem świeższym, ale czy Tatoo jest tak słabe w stosunku do debiutu? Jest równie eklektyczne, ale ogrom instrumentów bardzo dobrze zresztą wykorzystanych, stawia go w korzystnym świetle na tle dwóch pierwszych albumów. Słucha się tego wyśmienicie. Dodatkowo utwory, które nie pojawiły się na " Irish Tour" są po prostu rewelacyjne. Chyba tylko indywidualne odczucia, na zasadzie : wolę blondynki od brunetek mogłyby przechylić szalę na korzyść któregoś z tych albumów. W moim przypadku obydwa są wielkie - może debiut jakby bardziej dostojny. Są jeszcze doskonałe "Calling Card"i "Deuce". Na karcie telefonicznej uwielbiam współpracę całego zespołu, natomiast na dwójce, Rory chyba ze wszystkich swych studyjnych nagrań, najbardziej objawia swój gitarowy talent. Kompozycyjnie jednak wolę jedynkę, opisywany powyżej, oraz "Calling Card" Album "Tatoo" dziś po raz pierwszy przesłuchałem bezpośrednio po "Blueprint". Lubię i ten - ma swój klimat, ale "Tatoo" go zmiażdżył.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różnica między debiutem a "Tattoo" jest taka, że pierwszy ma brzmienie idealnie pasujące do takiej muzyki i trochę tego koncertowego luzu, a drugi jest straszliwie wygładzony i wykonany bez zaangażowania.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)