[Recenzja] Jethro Tull - "The Christmas Album" (2003)



Studyjną dyskografię Jethro Tull zamyka album nietypowy, jak na zespół z nurtu rocka progresywnego. Wypełniają go bowiem utwory o tematyce bożonarodzeniowej lub ogólnie zimowej. Tego typu wydawnictwa kojarzą się z najgorszą tandetą. Jednak "The Jethro Tull Christmas Album" wypada zaskakująco udanie. W końcu zespół nagrywał tego typu utwory na przestrzeni całej, ponad trzydziestoletniej kariery i nie odstawały one od reszty materiału. Pod względem muzycznym jest to dokładnie taki Jethro Tull, jaki zawsze najbardziej lubiłem. Album bardzo mocno nawiązuje stylistyką do klasycznych "Songs from the Wood" i "Heavy Horses". Słychać tutaj te charakterystyczne folkowe melodie, przywodzące klimat szkockich lasów i wrzosowisk, tym razem pokrytych śniegiem. W końcu wróciło też bardziej rozbudowane instrumentarium, na które składa się flet - występujący w naprawdę dużych ilościach - a także gitary akustyczne i elektryczne, mandolina, akordeon, przeróżne klawisze, perkusja czy podkreślające świąteczny nastrój dzwonki, a w jednym nagraniu nawet kwartet smyczkowy. W tekstach nie brakuje charakterystycznego dla Iana Andersona humoru, więc zdecydowanie nie mamy tu do czynienia z przesadną ckliwością czy nadmiernym kiczem. Jeżeli ten ostatni się pojawia, to w sposób całkowicie świadomy, po prostu wymuszony przyjętą konwencją, albo po prostu ją parodiujący. Świetnym wprowadzeniem jest okładka, kojarząca się ze starymi pocztówkami bożonarodzeniowymi, nieco właśnie kiczowata, ale mająca sporo uroku i fajny, zimowy klimat.

Jeżeli chodzi o repertuar, to znalazły się tutaj tylko trzy całkowicie premierowe, unikalne dla tego wydawnictwa utwory. Dwa kolejne, w tych samych wersjach ukazały się parę tygodni wcześniej na solowych albumach Andersona i Martina Barre'a. Wszystkie pozostałe to nowe wersje kompozycji znanych już z wcześniejszych wydawnictw zespołu oraz interpretacje tradycyjnych piosenek świątecznych lub dzieł muzyki poważnej. Muzycy przypomnieli aż siedem mniej lub bardziej klasycznych utworów z własnego dorobku. Nowe wersje okazały się zaskakująco udane. "Fire at Midnight" i "Ring Out Solstice Bells", oryginalnie pochodzące z "Songs form the Wood", a także "Weathercock" z "Heavy Horses", nie różnią się znacząco od pierwotnych wykonań. Trochę tylko rozczarowuje partia wokalna w przejściu tego środkowego. Za to w "Christmas Song", stronie B singla "Love Story" z samego początku działalności, na dobre wyszło zastąpienie orkiestry innymi, bardziej tu pasującymi instrumentami. Z kolei "Jack Frost and the Hooded Crow" - po raz pierwszy nagrany w 1981 roku, a opublikowany parę lat później w boksie "20 Years of Jethro Tull" - oraz "Another Christmas Song" z "Rock Island" wypadają nieporównywalnie lepiej dzięki rezygnacji z niepasującej do folkowego klimatu elektroniki, ale też za sprawą znacznie lepszej formy wokalnej Andersona. Ten ostatni kawałek w dodatku nie kojarzy się już tak mocno z Dire Straits, choć trochę skojarzeń z tym zespołem budzą partie gitary. Nie przekonuje mnie jedynie nowe opracowanie "Bourée", fragmentu Suity lutniowej e-moll Bacha, po raz pierwszy zaprezentowanego przez zespół na "Stand Up". Brakuje tutaj tej funkowej energii i rewelacyjnego popisu ówczesnego basisty Glenna Cornicka, które wyróżniają wersję z 1969 roku.

Zespół sięgnął nie tylko do repertuaru Bacha, ale też zaprezentował swoje podejście do "Pavane" francuskiego kompozytora Gabriela Fauré'a, oczywiście znacznie upraszczając tę kompozycję, dostosowując ją do reszty repertuaru. Bardzo ładnie wypadają tu jednak partie fletu Andersona, z nie mniej udanym akompaniamentem pozostałych muzyków. Niestety, w tym akurat nagraniu nie udało się uniknąć odrobiny patosu. Bardzo fajnie i już całkiem bezpretensjonalnie wypadają przeróbki tradycyjnych brytyjskich kolęd, jak "God Rest Ye Merry, Gentlemen" i "We Three Kings" (tutaj jako "We Five Kings") czy XVI-wiecznej pieśni folkowej "Greensleeves" (tutaj "Greensleeved"). W tej pierwszej muzykom fajnie udało połączyć się fragmenty w klimacie folkowym z lekkim, kawiarnianym jazzem, a nawet odrobiną hard rocka. W podobnym do tych utworów, folkowo-świątecznym nastroju utrzymany jest także autorski instrumental "Holly Herald", wyróżniający się niemalże tanecznym charakterem i wykorzystaniem na największą skalę akordeonu. Drugi autorski utwór instrumentalny, "A Winter Snowscape" - w tym samym roku wydany na albumie "Stage Left" Barre'a - to już rzecz znacznie subtelniejsza, z ładnymi partiami gitary akustycznej i fletu. Całości dopełniają trzy folkrockowe piosenki: "Birthday Card at Christmas", opublikowany także na "Rupi's Dance" Andersona, a także unikalne "Last Man at the Party" i "First Snow at Brooklyn". Ian już dawno nie napisał tak zgrabnych, chwytliwych kawałków, nawiązujących wprost do klasycznych dokonań grupy, które w dodatku zagrano z dawno zgubioną energią. 

Reedycja albumu z 2009 zawiera dodatkowy dysk "Christmas at St Bride's 2008", na którym znalazł się zapis specjalnego, bożonarodzeniowego występu grupy w londyńskim kościele St Bride. Pomiędzy utworami zespołu - w skład którego wchodzili wówczas Anderson, Barre, klawiszowcy John O'Hara (grający też na akordeonie) i Robert Jones, basista David Goodier oraz perkusista James Duncan Anderson (syn Iana) - występował kościelny chór oraz narratorzy. Na repertuar Jethro Tull złożyły się zarówno utwory z "Christmas Album", zaprezentowane w stricte akustycznych wersjach, a także równie skromne wykonania "Living in These Hard Times", "Jack in the Green" i krótkiego fragmentu słynnego "Thick as a Brick". To dość przyjemny dodatek do podstawowego materiału, choć nieco zbyt monotonny, a chóralne i, zwłaszcza, narracyjne wstawki szybko zaczynają nudzić. Szkoda, że nie doszło do jakiejś współpracy zespołu z chórem, co mogłoby dać ciekawy efekt.

"The Jethro Tull Christmas Album" to  jeden z najbardziej spójnych i równych albumów Jethro Tull, a pomimo częściowo powtórkowego charakteru - lub właśnie dzięki niemu - zdecydowanie najlepszy kompozytorsko od naprawdę wielu lat, bo co najmniej od 1978 roku. Choć niewątpliwie jest to dla zespołu krok wstecz, powrót do już przecież zarzuconej stylistyki, to właśnie w takim bardziej folkowym graniu Anderson i spółka zawsze wypadali najlepiej, a eksperymenty z bardziej współczesnym graniem kończyły się porażką. Obiektywnie ten album raczej nie zasługuje na ocenę powyżej 7/10, ale od lat bardzo chętnie i często do niego wracam w okresie świątecznym, bo zawsze wprawia mnie w bardzo dobry nastrój. W kategorii guilty pleasure jest to prawdopodobnie mój ulubiony longplay. Zresztą z całej studyjnej dyskografii Jethro Tull wyżej od "Christmas Album" stawiam chyba tylko "Songs from the Wood", "Thick as a Brick" i "Benefit".

Ocena: 8/10

Zaktualizowano: 12.2022



Jethro Tull - "The Jethro Tull Christmas Album" (2003)

1. Birthday Card at Christmas; 2. Holly Herald; 3. A Christmas Song; 4. Another Christmas Song; 5. God Rest Ye Merry, Gentlemen; 6. Jack Frost and the Hooded Crow; 7. Last Man at the Party; 8. Weathercock; 9. Pavane; 10. First Snow on Brooklyn; 11. Greensleeved; 12. Fire at Midnight; 13. We Five Kings; 14. Ring Out Solstice Bells; 15. Bourée; 16. A Winter Snowscape

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina, instr. perkusyjne; Martin Barre - gitara; Andrew Giddings - instr. klawiszowe, gitara basowa (1,3,6-8,10,12,14), akordeon (2,13,15); Jonathan Noyce - gitara basowa (2,5,9,11,13,15); Doane Perry - perkusja i instr. perkusyjne (1,4,6,8,10,12,14)
Gościnnie: James Duncan - perkusja i instr. perkusyjne (2,3,5,9,11,13,15); Dave Pegg - mandolina (3), gitara basowa (4); Gábor Csonka - skrzypce (10); Péter Szilágyi - skrzypce (10); Gyula Benkő - altówka (10); András Sturcz - wiolonczela (10)
Producent: Ian Anderson


Komentarze

  1. Świetny album. Nie wyobrażam sobie przed świętami nie przesłuchać go w całości przynajmniej kilka razy. W swojej kategorii świątecznych albumów jest to po prostu arcydzieło. Choć trwa ponad godzinę ani przez moment nie nudzi. A poszczególne utwory? Każdy z siedmiu starszych utworów Jethro Tull jest lepszy od tego w swojej pierwotnej wersji, szczególnie dotyczy to "Another Christmas Song" który z kompletnie bezwbarwnego kawałka stał się ciepłą niezwykle kojącą balladą. Oprócz tego pięć udanych adaptacji tradycyjnych pieśni, szczególnie urzekają "Holly Herald" i "God Rest Ye Restly Merry Gentlemen". To tego dwa dobre zupełnie nowe utwory "Last Man At The Party" i prześliczny "First Snow On Brooklyn nagrany z kwartetem smyczkowym. Słuchając go wprost czuję zapach choinki i widzę płomienie dobiegające z kominka. Całości dopełniają "Birthday Card At Christmas" oraz A Winter Snowscape". Stanowią klamrę albumu. Pierwszy w bardzo optymistyczny sposób otwiera album uświadamiając nam że nadeszły święta będące powodem do radości. Drugi z kolei w trochę smutny sposób uświadamia nam że dobiegły one końca. Święta minęły i pozostała i czeka nas długa mroźna zima. Również uważam go za najlepszy album świąteczny jaki poznałem.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Death - "Human" (1991)

[Recenzja] Republika - "Nowe sytuacje" (1983) / "1984" (1984)

[Recenzja] Present - "This Is NOT the End" (2024)

[Zapowiedź] Premiery płytowe kwiecień 2024

[Recenzja] Extra Life - "The Sacred Vowel" (2024)