[Recenzja] The Rolling Stones - "Exile on Main St." (1972)



Jedną z największych muzycznych zagadek jest dla mnie ogromna popularność tego albumu. "Exile on Main St." to niemalże obowiązkowy bywalec na listach wydawnictw wszechczasów. Wielu krytyków, ale też słuchaczy, uważa go nawet za największe osiągnięcie w całej karierze Stonesów. Ja tymczasem wracam do niego co parę lat i tak jak wcześniej nie rozumiałem jego fenomenu, tak dalej pozostawia mnie z bardzo mieszanymi odczuciami. Sytuacji na pewno nie ratuje to, że "Exile" jest albumem dwupłytowym. Zespół po serii naprawdę świetnych, tak komercyjnie, jak i czysto muzycznie wydawnictw, trochę chyba za bardzo uwierzył w swoje możliwości. Ilość materiału bynajmniej nie wynika tu z nagłego przypływu weny. Część kompozycji powstała już w czasie prac nad "Let It Bleed" ("Loving Cup", "Let It Loose", "Shine a Light") lub "Sticky Fingers" ("Tumbling Dice"), a repertuaru dopełniły dwa bluesowe standardy ("Shake Your Hips" Slima Harpo, "Stop Breaking Down" Roberta Johnsona). Poza tym całość trwa zaledwie 67 minut, więc do długości dwóch typowych płyt trochę jednak zabrakło.

Nagrania na "Exile on Main St." odbywały się głównie w Nellcôte, wynajmowanej przez Keitha Richardsa willi we francuskim Villefranche-sur-Mer. Muzycy w tamtym czasie zostali zmuszeni, by zostać uchodźcami podatkowymi. Na początku lat 70. byli niemalże całkiem spłukani, a pozostanie w Wielkiej Brytanii wiązałoby się z koniecznością zapłaty olbrzymich podatków. Zdecydowali się więc odwołać ostatnie koncerty trasy promującej "Sticky Fingers" i jak najszybciej wyemigrowali do Francji, korzystając z furtki, jaką dawało brytyjskie prawo - spędzając większość roku podatkowego poza krajem, nie musieli rozliczać się z dochodów. Większość zespołu osiedliła się w pobliżu Nicei, z wyjątkiem Micka Jaggera, który znaczną część czasu spędzał w Paryżu. Nadwyrężone fundusze miało podreperować nagranie nowego albumu. W tym celu zorganizowano prowizoryczne studio w domu Richardsa, który ponieważ akurat on dysponował największą piwnicą. Z pomocą przyszło Rolling Stones Mobile Studio, czyli należąca do zespołu ciężarówka ze sprzętem nagraniowym, dotychczas służąca głównie do rejestracji występów na żywo. Warunki nie były jednak najlepsze. W piwnicy panowały upały i wilgoć, do tego nie działała klimatyzacja (nawiązano do tego nawet w tekście utworu "Ventilator Blues"), co nie najlepiej wpływało na instrumenty i muzyków.

W nagraniach rzadko kiedy uczestniczyli na raz wszyscy członkowie zespołu. Bill Wyman pojawiał się w studiu tak rzadko, że jego partie można usłyszeć zaledwie w ośmiu z osiemnastu kawałków (choć według samego basisty jego wkład był większy). Niewiele częściej w studiu bywał Jagger, a i na Wattsa nie zawsze można było liczyć. W nagraniu kompozycji "Happy" uczestniczył jedynie Richards, sesyjny saksofonista Bobby Keys oraz producent Jimmy Miller na bębnach. Trio nagrało ten utwór dość spontanicznie, czekając na innych muzyków. Ponieważ nikt się nie zjawił, Keith dograł jeszcze ścieżki drugiej gitary i basu. Dopiero w późniejszym czasie dodano chórki Micka oraz dodatkowe partie sesyjnych muzyków. Także w przypadku pozostałych nagrań często było trzeba kombinować ze składem. Nie pomagał fakt, że większość zespołu była wówczas w dość kiepskim stanie ze względu na uzależnienie od narkotyków czy alkoholu. W pewnym momencie doszło nawet do policyjnego nalotu na willę Richardsa, podczas którego znaleziono spore ilości dragów. Muzycy trafili przed sąd, ale ostatecznie tylko gitarzysta usłyszał zarzuty, a i jemu udało się z tego jakoś wywinąć. Kontynuowanie sesji nie było jednak możliwe, więc Jagger zabrał taśmy do Sunset Sound w Los Angeles, gdzie z pomocą sesyjnych instrumentalistów dokończył album.

Niewątpliwą zaletą "Exile on Main St." jest to, że wydawnictwo pokazuje całe spektrum ówczesnych zainteresowań zespołu. Jest tu sporo bluesa ("Shake Your Hips", "Ventilator Blues", "Stop Breaking Down"), trochę rock and rolla ("Rip This Joint"), boogie ("Casino Boogie"), country ("Sweet Virginia", "Torn and Frayed") i folku ("Sweet Black Angel"), ale też nawiązania do gospel ("I Just Want to See His Face", "Shine a Light") czy soulu ("Let It Loose", "Soul Survivor"). Wszystko pięknie, tylko że brakuje dobrych kompozycji. Na poprzednich albumach było przecież pod dostatkiem utworów, które od razu przykuwały uwagę, a potem na długo zostawały w pamięci. Tymczasem "Exile", choć najdłuższy w dotychczasowej dyskografii, zawiera o wiele mniej charakterystycznych riffów oraz wyrazistych melodii. Dość powiedzieć, że głównym singlem promującym longplay został dość sztampowy "Tumbling Dice", który na trzech poprzednich albumach robiłby za wypełniacz. Można też zapomnieć o równie piorunującym otwarciu, jak "Sympathy for the Devil" czy "Gimme Shelter", choć całkiem przebojowy i wzbogacony bardzo fajnym, niespodziewanym przejściem "Rocks Off" i tak należy do mocniejszych punktów całości. Znalazła się tu za to namiastka "Brown Sugar" - wspomniany już "Happy" zbudowano na podobnym riffie, jednak jest to co najmniej jedna półka niżej pod względem jakościowym.

Oczywiście, jest też za co pochwalić zespół. Najmocniej wypada ostatnie kilkanaście minut, ze szczególnym wskazaniem na "Let It Loose" i "Shine a Light", oba bardzo ładne, zgrabne melodycznie i przyjemnie zaaranżowane. O ile szybsze kawałki Stonesów zaczęły wówczas bazować na niewielu schematach, tak te wolniejsze utwory zachowały nieco więcej indywidualności. Innym tego przykładem okazuje się trochę tylko żywszy i ostrzejszy "Soul Survivor", także należący do tych bardziej wyrazistych momentów. Ale nawet rozpędzony, bardziej zadziorny "All Down the Line" wypada nie najgorzej, głównie za sprawą bluesowych slide'ów Micka Taylora oraz nieco soulowo-gospelowego zabarwienia w warstwie wokalnej. Poziomu nie zaniża też bardzo przyzwoity "Stop Breaking Down". Zresztą podobne do niego "Shake Your Hips" i "Ventilator Blues" (jedyny kawałek zespołu, w którym uznano współautorstwo Taylora) można zaliczyć do udanych. Może więc dałoby się wykroić z tego materiału dość dobry album jednopłytowy - zwłaszcza gdyby pominąć takie paskudztwa, jak najbardziej sztampowy "Rip This Joint" czy fatalnie wyprodukowany i właściwie amelodyczny "I Just Want to See His Face" - jednak wciąż nie byłby to poziom trzech, a nawet czterech poprzednich krążków.

"Exile on Main St." to longplay nagrany przez bandę ćpunów, która musiała jak najszybciej wyjść z finansowego dołka - stąd też pewnie decyzja o wydaniu dwupłytowego albumu, na którym można było zarobić więcej. Ewidentnie zabrakło tutaj selekcji materiału, ale też za bardzo nie było z czego wybierać. W przeciwieństwie do większości, uważam ten album za objaw twórczego kryzysu. I nie zmienia tego kilka świetnych momentów.

Ocena: 6/10



The Rolling Stones - "Exile on Main St." (1972)

LP1: 1. Rocks Off; 2. Rip This Joint; 3. Shake Your Hips; 4. Casino Boogie; 5. Tumbling Dice; 6. Sweet Virginia; 7. Torn and Frayed; 8. Sweet Black Angel; 9. Loving Cup
LP2: 1. Happy; 2. Turd on the Run; 3. Ventilator Blues; 4. I Just Want to See His Face; 5. Let It Loose; 6. All Down the Line; 7. Stop Breaking Down; 8. Shine a Light; 9. Soul Survivor

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne, gitara (LP1: 5, LP2: 7); Keith Richards - gitara, gitara basowa (LP1: 4, LP2: 1, 9), wokal (LP2: 1), pianino (LP2: 4), dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara, gitara basowa (LP1: 5,7, LP2: 4,8); Bill Wyman - gitara basowa; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Nicky Hopkins - pianino; Bobby Keys - saksofon, instr. perkusyjne (LP2: 1); Jim Price - trąbka, puzon, organy (LP2: 2); Bill Plummer - kontrabas (LP1: 2, LP2: 2,4,6); Ian Stewart - pianino (LP1: 3,6, LP2: 7); Jimmy Miller - perkusja (LP1: 5, LP2: 1,8), instr. perkusyjne (LP1: 8,9, LP2: 4,6); Al Perkins - gitara (LP1: 7); Richard Washington - marimba (LP1: 8); Chris Shepard - tamburyn (LP2: 2); Billy Preston - pianino i organy (LP2: 8); Clydie King, Venetta Fields, Joe Green, Gram Parsons, Jerry Kirkland, Mac Rebennack, Shirley Goodman, Tami Lynn, Kathi McDonald - dodatkowy wokal
Producent: Jimmy Miller


Komentarze

  1. Jak dla mnie do jedno z najlepszych dokonań The Glimmer Twins !!!! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten album ma duszę. Jest odbiciem niesamowitej historii. A takie piosenki jak: Let it loose, Sweet black angel czy All down the line to czyste złoto

    OdpowiedzUsuń
  3. To chyba najbardziej przereklamowana płyta w dziejach (na pewno z tych które słyszałem). Nie wiem czym ludzie się tak zachwycają, bo tylu bezbarwnych kawałków nie było na kilku poprzednich płytach Stonesów razem wziętych. Końcówka jest naprawdę udana (od "Let It Loose", które akurat jest bardzo fajne), ale generalnie całość nieźle nudzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może najbardziej przereklamowany album Stonesów. Ogółem daleko mu do czołówki.

      Usuń
  4. Ja tam się nie znam, ale IMHO ten album to dla mnie jest jak wzorzec metra w Sevres pod Paryżem i jest poza oceną.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmm, dla mnie to właśnie jeden z najlepszych albumów Stonesów, ale nie do końca umiem wytłumaczyć jego fenomen. Jest to fajny, klimatyczny przekrój utworów w stylach składających się na rocka, jednak kilka ostatnich ich wydawnictw również pasuje pod tę definicję. W każdym razie uważam, że to kawał solidnego songwritingu - nie mam problemu z zapamiętaniem żadnego utworu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgadzam się, że płyta jest niedbale nagrana, tak jakby w pośpiechu. Jakość dźwięku często pozostawia wiele do życzenia. Niektóre utwory sprawiają wrażenie niedopracowanych. Zgadzam się z tym wszystkim ale emocje biorą górę nad racjonalnymi argumentami. Kocham te płytę. Dla mnie to ich najlepsze dzieło. Arcydzieło. Dodatkowo ta miejsce i warunki nagrywania dodają dodatkowego smaczku. Tylko Stonesi mogli nagrać taką płytę w takich warunkach.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla mnie to właściwie ostatnia dobra płyta Stonesów. Potem jeszcze Bridges To Babylon i tyle. Są na Exile utwory zdecydowanie słabsze jak bez sensu ciągnący się w nieskończoność i męczący halasliwa slide gitarą Stop Breaking Down czy źle wyprodukowany Just Wanna See His Face oraz wymęczony Sweet Virginia. Ale są i perełki jak Tumbling Dice, Soul Survivor czy Torn And Frayed. Oraz mega minus za Sweet Black Angel który miał opiewa amerykańska komunistke Angelę Davies która to na początku lat 70tych pojechała do zsrr i uznała ze tam się świetnie zyje (szkoda ze tam nie zostala).

    OdpowiedzUsuń
  8. Cały urok tej płyty tkwi właśnie w tym niedbalstwie i bałaganiarstwie.Na płycie rządzi Keith,nie Mick i dlatego jest najlepszym albumem Stonesów.Tak właśnie wygląda rasowy rock'n roll.Nie ma tu żadnego podlizywania się publice jak np.na ostatnim abumie Hackney Diamonds.Exile 10/10,Diamonds 5/10 według mnie....

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Death - "Human" (1991)

[Recenzja] Republika - "Nowe sytuacje" (1983) / "1984" (1984)

[Recenzja] Present - "This Is NOT the End" (2024)

[Zapowiedź] Premiery płytowe kwiecień 2024

[Recenzja] Extra Life - "The Sacred Vowel" (2024)