10 sierpnia 2013

[Recenzja] Guns N' Roses - "Use Your Illusion" (1991)

 


Pomimo wielkiego sukcesu, jaki osiągnął "Appetite for Destruction", muzykom Guns N' Roses nie śpieszyło się z nagraniem drugiego albumu. Fakt, rok po debiucie ukazało się dziwactwo pod tytułem "G N' R Lies" - w połowie składające się z oszukanych nagrań koncertowych (głównie cudzych kompozycji), a w połowie z akustycznych nagrań studyjnych (w tym nową wersją jednego kawałka z debiutu). W sumie niewiele ponad pół godziny takiego nie-wiadomo-czego (aczkolwiek kawałek "Patience" stał się sporym przebojem). Dopiero w styczniu 1990 roku zespół - wzbogacony o nowego perkusistę Matta Soruma i klawiszowca Dizzy'ego Reeda - wszedł do studia, by zarejestrować pełnoprawnego następcę "Appetite for Destruction". Sesja ciągnęła się aż do sierpnia 1991 roku (czas pokazał, że jak na ten zespół było to wręcz błyskawiczne tempo nagrywania) i odbywała z wielką pompą - z mnóstwem dodatkowych muzyków (wśród których znalazł się nawet Alice Cooper). Z jeszcze większą pompą wydano rezultat tych sesji - zamiast wybrać najlepsze kawałki i skompilować z nich ok. 40-minutowy materiał, wydano (tego samego dnia, 17 września '91) dwa osobne albumy, po 75 minut każdy.

Taki rozmach wydawniczy w wyjątkowo kuriozalny sposób kontrastuje z prostotą granej przez zespół muzyki. Bo duża część "Use Your Illusion I" i "Use Your Illusion II" to schematyczny, banalny rock w stylu debiutu (np. "Back Off Bitch", "You Could Be Mine"), często wyraźnie skręcający w stronę rock'n'rollowo-punkowego prostactwa (np. "Right Next Door to Hell", "Perfect Crime", "Shotgun Blues"). Wcale nie lepiej jest wtedy, gdy zespół próbuje swoich sił w country ("You Ain't the First"), bluesie ("Bad Obsession") lub... hip-hopie ("My World"). Za to najbardziej żenująco robi się wtedy, gdy muzycy próbują ukryć prostotę za pomocą pretensjonalnych aranżacji. Sztandarowym przykładem jest prawdopodobnie najbardziej znany fragment tego duetu albumów - ballada "November Rain" z kiczowatymi, pełnymi patosu partiami pianina i syntezatorowych smyczków, płaczliwym śpiewem Axla Rose'a i aż trzema nieskomplikowanymi, ale granymi tak efekciarsko, by się skomplikowane wydawały, solówkami Slasha. Tego typu gówna jest tu więcej. Chociażby "Live and Let Die" z pompatycznymi partiami pianina, dęciaków i niby-chóru, stereotypowa ballada "Don't Cry" z egzaltowanym śpiewem, a także rozciągnięty bez żadnego powodu i pomysłu do dziesięciu minut "Coma"; w każdej pojawiają się też, oczywiście, szpanerskie popisy Slasha. A to dopiero kawałki z pierwszej płyty. Na drugiej też nie brakuje takich pretensjonalnych okropieństw (np. "Civil War", "Yesterdays", "Estranged" i... druga wersja "Don't Cry", różniąca się tylko linia wokalną i tekstem w zwrotkach). Muzykom udało się zepsuć nawet dylanowski "Knockin' on Heaven's Door" - początek jeszcze jakoś ujdzie, mimo skrzeku Rose'a i przesłodzonych solówek Slasha, ale końcówka z głupawymi efektami dźwiękowymi i gospelowym chórkiem jest już kompletnie spieprzona. Dość znośny mógłby być także luzacki "14 Years", gdyby w całości został zaśpiewany przez Izzy'ego Stradlina. Wokalista z niego przeciętny, ale przynajmniej nie tak drażniący, jak Rose. Niestety, ten ostatni wpieprza się w refrenie, psując i ten kawałek.

Nie ma chyba nic gorszego w muzyce, niż połączenie prostoty i pretensjonalności. A obie części "Use Your Illusion" to prawdopodobnie dwa najbardziej bombastyczne albumy w historii nieprogresywnego rocka. Pretensjonalne jest już samo wydanie tak obszernego materiału. Zespół bezmyślnie wrzucił tutaj wszystko, co akurat miał pod ręką, dopełniając całość alternatywną wersją jednego kawałka, dwoma coverami i czymś tak ewidentnie nie pasującym do reszty - mimo jej nadmiernego eklektyzmu - jak "My World". W sumie na dwóch płytach znalazło się trzydzieści utworów, trwających razem dwie i pół godziny. Z jednej strony nawrzucano tu pełno kompletnie nijakich rockowych czadów i parę równie bezbarwnych prób grania w innych stylach, a z drugiej - mnóstwo pompatycznych ballad, w których poziom kiczu i patosu jest nie mniejszy, niż u najbardziej pretensjonalnych przedstawicieli rocka progresywnego, podczas gdy umiejętności muzyków są dużo niższe. O żadnym utworze nie jestem w stanie wypowiedzieć się pozytywnie, ani biorąc pod uwagę moje subiektywne odczucia, ani odwołując się do obiektywnych wartości. Może i nie są to najgorsze albumy, jakie słyszałem - bo jednak zespół posiada bardzo przeciętne, a nie bardzo niskie, umiejętności kompozytorskie i wykonawcze - ale ich objętość sprawia, że należą do najmniej słuchalnych.

Ocena: 1/10



Guns N' Roses - "Use Your Illusion I" (1991)

1. Right Next Door to Hell; 2. Dust N' Bones; 3. Live and Let Die; 4. Don't Cry; 5. Perfect Crime; 6. You Ain't the First; 7. Bad Obsession; 8. Back Off Bitch; 9. Double Talkin' Jive; 10. November Rain; 11. The Garden; 12. Garden of Eden; 13. Don't Damn Me; 14. Bad Apples; 15. Dead Horse; 16. Coma

Guns N' Roses - "Use Your Illusion II" (1991)

1. Civil War; 2. 14 Years; 3. Yesterdays; 4. Knockin' on Heaven's Door; 5. Get in the Ring; 6. Shotgun Blues; 7. Breakdown; 8. Pretty Tied Up (The Perils of Rock n' Roll Decadence); 9. Locomotive (Complicity); 10. So Fine; 11. Estranged; 12. You Could Be Mine; 13. Don't Cry; 14. My World

Skład: W. Axl Rose - wokal, instr. klawiszowe, gitara; Slash - gitara, bass, bandżo, talkbox, dodatkowy wokal; Izzy Stradlin - gitara, elektryczny sitar, wokal (I: 2,6,9, II: 2), dodatkowy wokal; Duff McKagan - bass, gitara, instr. perkusyjne, wokal (II: 10), dodatkowy wokal; Matt Sorum - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Dizzy Reed - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Johann Langlie - programowanie (I: 3,10,12), efekty (I: 16, II: 14), instr. klawiszowe (II: 14), perkusja (II: 14); Shannon Hoon - dodatkowy wokal (I: 3,4,6,10,11, II: 13); Jon Thautwein, Matthew McKagan, Rachel West, Robert Clark - instr. dęte (I: 3); Michael Monroe - harmonijka i saksofon (I: 7); Tim Doyle - tamburyn (I: 6); Reba Shaw, Stuart Bailey - dodatkowy wokal (I: 10); Alice Cooper - wokal (I: 11); West Arkeen - gitara (I: 11); Bruce Foster - efekty (I: 16); Steven Adler - perkusja (II: 1); The Waters - dodatkowy wokal (II: 4); Howard Teman - pianino (II: 10)
Producent: Mike Clink i Guns N' Roses


39 komentarzy:

  1. Małe sprostowanie:

    - w "November Rain" są trzy solówki, nie dwie (chyba że chodziło o dwie w kontekście "nieskomplikowania"),
    - Matt Sorum dołączył dopiero w połowie 1990 roku, w okolicach czerwca/lipca.

    OdpowiedzUsuń
  2. November rain jest mocno przeceniane, ale tragiczne jakieś nie jest

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest pioseneczka taka w sam raz do odtwarzania na kółku różańcowym

      Usuń
    2. Nie. To pretensjonalnie zaaranżowana wydmuszka, którą zachwycają się początkujący słuchacze rocka (i ci, którzy na tym początkowym etapie się zatrzymali), myśląc, że jak jest długa, podniosła i ma tyle solówek, to jest wielkim, ambitnym arcydziełem.

      Usuń
  3. Akurat "Civil War", "Yesterdays" to według mnie najlepsze momenty obu albumów- pierwszy jest ciekawie zagrany jak na ten zespół- i mamy tutaj jakieś rozbudowanie do kilku motywów (podobnych, aczkolwiek to już coś), melodia nie jest taka banalna jak w reszcie. Drugi natomiast jest chwytliwy, melodycznie również daje radę- po prostu da się tego słuchać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale po co tego słuchać, jak jest tyle lepszej pod każdym względem muzyki?

      Usuń
    2. Nie wiem, ja przynajmniej już do tego nie będę wracał. To, że jakieś 3 kawałki na całe 2 albumy są słuchalne, a i tak są na poziomie wątpliwym nie znaczy, że je jakoś bardziej szanuje.

      Usuń
    3. Bo jak ktoś lubi. Co ci do tego. Chyba nie jesteś kimś z pod znaku "nie podoba mi się to co lubisz, więc słuchaj najlepiej tego co ja lubię!"? Jeśli tak, to muszę przyznać, że to dosyć egoistyczne i chamskie zagranie.

      Usuń
    4. A sobie lub i słuchaj. Ale sam widzisz, że nie masz żadnego innego argumentu, niż "ja lubię", co dla nikogo innego nie ma w ogóle znaczenia. Bo tego naprawdę nie da się bronic w inny sposób, niż odwołanie do swoich subiektywnych odczuć. Ani to oryginalne, ani jakieś wyjątkowe choćby w swoim stylu. Nie ma tu niczego, co by jakoś rozwijało słuchacza, a jedynie zatrzymuje go na etapie nastolatka w rozwoju muzycznym. Nawet nie ma czego odkrywać przy kolejnych przesłuchaniach, bo już przy pierwszym słychać wszystko, co zespół ma do zaoferowania - i to powtórzone wiele razy. Dlatego lepiej słuchać czegoś innego, bo to jest kompletnie bezwartościowy produkt.

      Usuń
  4. To ja może dla równowagi napiszę coś pozytywnego, tak jak przy debiucie. ;)

    Pierwszy album za długi, oceniam na 8/10. Jakby skrócić album o jakieś 5-6 utworów to byłoby to kolejne wybitne dzieło, a jakby wywalić połowę to byłoby nawet lepsze od debiutu. Mamy tutaj kolejną porcję rockowych petard jak "Right Next Door To Hell" czy "Bad Obsession", ale i ballady. One tu są najmocniejszym punktem. Niesamowity, pełen epickiego rozmachu "November Rain" i mistrzowska power ballada Don't Cry". Do tego dochodzą jeszcze teledyski do w.w. utworów. Jak tu się nie zachwycić?

    Drugi album jest lepszy, 9/10. Nawet nie pamiętałem że mam go tak wysoko oceniony, zdawało mi się że tak samo oceniłem obydwie części. Tu wywaliłbym może 2 utwory. Najmocniejszym punktem są znowu ballady, "Estranged" to obok NR według mnie najwybitniejsze dzieło GNR, ale "Civil War" czy "Yesterdays" też niczego sobie. Nie zabrakło też bardzo dobrych rockowych czadów jak "You Could Be Mine" czy "Shotgun Blues".

    Czyli wychodzi że jako całość jest bardzo dobrze. :) Jednak jest za dużo materiału, gdyby odchudzić z każdą część o te kilka utworów to byłyby to kolejne albumy na maksymalną ocenę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha. A co rozumiesz przez "wybitny"? Bo widzę, że Twoja definicja tego słowa kompletnie mija się ze słownikową.

      Usuń
    2. Wybitny dla mnie to taki który wyróżnia się pozytywnie wśród innych, jest w stanie mnie zachwycić, jest według mnie najlepszy, najbardziej ulubiony itp, według subiektywnych odczuć.
      To że coś np. jest wtórne nie musi oznaczać, że mam to oceniać od razu nisko, tak samo nie będę oceniał czegoś wysoko dlatego że jest nowatorskie jeśli słuchanie tego mnie męczy. Mogę to doceniać bo np. gdzieś o tym przeczytam i mogę uwierzyć że jak ktoś o tym pisze pozytywnie to że ma racje i wie lepiej, ale to raczej tyle. Nie jestem żadnym znawcą muzyki i chyba nie zamierzam być. :)

      Usuń
    3. No, że nie jesteś znawcą i nie chcesz być, to widać po tym, co piszesz o GN'R ;) Według mnie określenia typu "wybitny", "genialny", itp., powinny być zarezerwowane dla rzeczy obiektywnie dobrych. W przypadku odwoływania się jedynie do subiektywnych odczuć, w dodatku w kontekście tak prostej i nieoryginalnej muzyki, takie określenia brzmią bardzo pretensjonalnie i naiwnie. Naprawdę nie trzeba się bać kolokwialnych wyrażeń typu "fajne", "super", itd. Nie trzeba od razu szukać jakiś wielkich słów, gdy mowa o małych rzeczach.

      Usuń
    4. Nic nie jest obiektywnie dobre. Zawsze w ocenie jest coś subiektywnego.

      Usuń
    5. Mylisz teraz dwie różne rzeczy:

      1) Indywidualna ocena nigdy nie będzie w pełni obiektywna.

      2) Muzyka jest obiektywnie dobra np. wtedy, gdy jest nowatorska, złożona (zgodnie z klasycznymi zasadami lub w inteligentny sposób od nich odchodząca), wirtuozersko wykonana, itp.

      Usuń
    6. Osiągnięcie czegoś zbliżonego do obiektywnej oceny to kwestia wyrobienia w sobie wrażliwości, zmysłu estetycznego, zdobycie wiedzy, osłuchania itd., ale raczej odbywa się to w sposób bardziej abstrakcyjny i nie generalizowałbym tego tak jak Ty, bo żaden z wymienionych przez Ciebie elementów sam w sobie nie jest gwarancją, że muzyka będzie miała wartość artystyczną.

      Usuń
    7. Wiadomo, uprościłem tę kwestię. Jednak obecność jednego lub kilku takich elementów (także wielu niewymienionych) sprawia, że jednak jakaś wartość artystyczna w tym jest, mniejsza lub większa. I działa to też w drugą stronę.

      @Filip - Weźmy takiego Johna Coltrane'a. Faktem jest, że był wybitnym muzykiem. Żadne subiektywne opinie nie mają możliwości podważenia tego. Natomiast jako indywidualny słuchacz lub dziennikarz masz prawo do własnej oceny jego dzieł. Możesz to zrobić na dwa sposoby:
      1) Profesjonalny, czyli biorąc pod uwagę obiektywne walory. I wtedy oceniając np. "A Love Supreme" dajesz 10/10, jeśli ta muzyka trafiła w Twój gust, albo 9 czy 8/10, jeśli do końca nie trafiła. Możesz też dać 7/10, jeśli uważasz się za wystarczająco kompetentnego, by wykazać, że takie dzieło jest zaledwie dobre (oczywiście, powołując się na obiektywne wartości). Jednak to ostatnie niebezpiecznie zbliża się do drugiego podejścia, czyli:
      2) Ignoranckiego, a więc masz w dupie obiektywne wartości. I wtedy dajesz takiemu "A Love Supreme" np. 6/10, bo w sumie fajne, ale i tak wolisz posłuchać GN'R. Albo dajesz 1/10, bo nienawidzisz saksofonu i jak nie ma gitary.

      Usuń
    8. Dawno nie próbowałem słuchać Coltrane'a, świadomie to odkładając, i w ogóle jazzu, ale spróbuję się ustosunkować.

      Czegoś takiego jak monotonia nie obronisz. Jeżeli utwór to po prostu jednostajna praca sekcji rytmicznej i do tego naparzający na saksofonie, trąbce gość, który wydmuchuje z siebie siódme poty, tak naprawdę nic konkretnego nie grając, to naprawdę wypadałoby się sporo nagimnastykować by uzasadnić, dlaczego to jest dobre, a nie że po prostu poprzez zbyt długie słuchanie tego wypaczyło sobie postrzeganie muzyki na tyle, że zaczęło się dostrzegać tutaj "piękno" (mimo wszystko mnie to określenie śmieszy, szczególnie w odniesieniu do pewnych wykonawców i nurtów) i dziwnie gardzić KISS* czy Danzigiem* albo Bathorym*

      *@PW1994, do Ciebie mówię ;)

      Usuń
    9. Monotonia to po prostu jeden ze środków, z których może skorzystać kompozytor. Dlatego nie jest ona z założenia ani zła, ani dobra. Ważne, jak twórca wykorzystał taki środek.

      Usuń
  5. Chciałem się nie udzielać, pod kolejną recenzją Gy Ny Ry, ale że inni raczej się z Tobą nie zgadzają, to się włączę.

    Jeżeli jeszcze raz przesłuchałeś obydwa albumy w całości, to nie wiem czy Cię podziwiać, współczuć Ci czy popukać się w głowę, że na własne życzenie straciłeś tyle czasu...

    Nawet w czasach gdy Gunsy bardziej mi się podobały niż nie podobały te 2 albumy zawsze wywoływały we mnie bardzo mieszane odczucia - chyba nawet wolałem ten z coverami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Większość i tak przewinąłem, przecież tego się nie da słuchać w całości.

      Usuń
    2. Przynajmniej mieli tyle litości że wydali to jako dwa osobne albumy, a nie zmusili do kupowania dwupaku - inna sprawa że na każdym z nich dali i gnioty i rzeczy strawne.

      Usuń
    3. To nie litość, tylko pazerność. Dwa jednopłytowe albumy są sprzedawane drożej, niż jeden dwupłytowy.

      Usuń
    4. Ale dają wybór. Trzeba być tępym fanatykiem by kupować coś tylko ze względu na nazwę zespołu

      Usuń
    5. Oj, zdziwiłbyś się, ja jak je poznałem, przesłuchałem któryś dwa razy pod rząd, a znam dużo większych zapaleńców...

      Usuń
    6. Tak naprawdę nie dali wyboru, bo większość słuchaczy takiej muzycy to właśnie fanatycy, którzy muszą mieć całą dyskografię. Dawniej w formie fizycznej, teraz głównie cyfrowej. Ale w 1991 roku musieli kupić oba albumy, żeby je poznać, nie mogli ich sobie odsłuchać w internecie.

      Nie uwierzę, że zespół wydał dwa 75-minutowe albumy zamiast jednego 45-, 60-minutowego, z innego powodu, niż czysto finansowego.

      Usuń
    7. Odnośnie wyboru czy posiadania obu albumów, przytoczę słowa Slasha: "Podwójny album kosztowałby 25-30 dolarów, młody dzieciak nie mógłby sobie na to pozwolić, dlatego on i jego kumpel mogą kupić po jednej płycie, i odegrać od siebie nawzajem." ;)

      Usuń
    8. Nie było opcji odsłuchu w płytowym? Egzemplarz wrzucony do jakiegoś odtwarzacza, który sceptyczny słuchacz może w razie czego fragmentami odsłuchać i stwierdzić, że przegięli.

      Usuń
    9. Na dwupłytowy album też może się złożyć parę osób, zrobić sobie kopie, a potem nawet odsprzedać oryginał. jakby wydali krótki jednopłytowy album, to też można by go od kogoś zgrać. Więc ten cytat to tylko kiepska próba usprawiedliwienia swojej pazerności.

      Jednak sądząc po wynikach sprzedaży, miliony osób chciały mieć własne egzemplarze obu płyt. I to jest przerażające.

      Usuń
    10. Niestety, chyba nawet grunge nie zatrzymał tej biegunki na tle skrzeczącego pajaca w bandanie i ukrytego za ciemnymi okularami i burzą kłaków niechluja w cylindrze.

      Chyba głównym kompozytorem w zespole był Izzy, z tego co pamiętam

      You Could Be Mine było na soundtracku Terminatora 2, więc sądzę że też trochę to pomogło.

      Usuń
  6. "Yesterdays" to raczej jeden z tych banalnych radiowych kawałków, zamieniłbym jego miejsce w recenzji na strasznie rozciągnięte "Breakdown" i/lub "Locomotive", które pewnie przewinąłeś, ale to szczegół.

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja, przeciwnie jak Piotr, kompletnie nie rozumiem - i nigdy nie rozumiałem - co się może podobać w "November Rain"... bezmelodyjny, napompowany smęt, rozciągnięty do granic możliwości nieciekawymi solówkami i wyskrzeczany przez Axla. W ogóle dawniej UYI uważałem za rozczarowanie po energicznym i całkiem chwytliwym debiucie, choć dzisiaj i tak nie lubię tamtej płyty. Na całej płycie zresztą brakuje dobrych melodii i kompozycji, za to pełno jest sztampy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja dlatego bardziej cenie taki Motorhead, który może i nie ma żadnych artystycznych walorów, ale w tym, co robi, jest bezpretensjonalny i szczery. Muzycy mówili wprost: jesteśmy Motorhead i gramy rock and roll, i to właśnie robili. Dlatego mogę sobie ich posłuchać z pewna przyjemnością, raz na dłuższy czas i w nie za dużej ilości.

      A taki GN'R wysyła zupełnie inny komunikat: patrzcie na nas, gramy takie rozbudowane utwory, mamy takie bogate aranżacje, a jakie solówki, podziwiajcie nas. I ludzie się na to nabierają. Zwłaszcza, że wszystko jeszcze bardziej rozkręcają media.

      A propos, w terazrockowej recenzji "Use Your Illusion", zamieszczonej na ich stronie, można przeczytać np.: Wciąż czerpiąc z dobrze sprawdzonych (także przez innych) wzorców znów potrafili odmłodzić i rozbudzić ducha rocka, drzemiącego gdzieś na półce między starymi płytami Aerosmith i Led Zeppelin. A ja się pytam: jakie odmłodzenie i rozbudzenie? Przecież ich granie różni się tylko nowocześniejszym brzmieniem i tą straszną pretensjonalnością, a to przecież też nic nowego, choć w sumie dotychczas nie kojarzącego się z tak prostą muzyką. O samym "November Rain" napisali natomiast jakieś żałosne i emfatyczne bzdury, których nie będę nawet cytował, ale w sumie wyjaśnia to, czemu recenzentowi się to podoba - po prostu ma taką muzyczną wrażliwość, że właśnie taki ckliwy kicz go wzrusza ;) Ale nawet on obniżył ocenę za objętość (i tak dając zbyt wysoką).

      Usuń
  8. Podobny zabieg zrobili też Dyńce nagrywając MCIS, co prawda całość trwa pół godziny krócej, ale wydali jeden dwupłytowy album gdzie również panuje burdel. Ale może to ja się czepiam.

    Może zresztą posłuchasz tego jak będziecie robić plebiscyt na rok 1995.

    w November Rain nawet podoba mi się tylko ostatnie solo, po zmianie tonacji - z tą marszowo-triolową perkusją

    OdpowiedzUsuń
  9. Dobrze niech będzie że składam samokrytykę. ;) Trochę przeholowałem z tymi zachwytami, oraz z ocenami. Tak po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że lubię z pierwszego albumu 8 utworów, w tym 2 trochę naciąganie. Czyli gdyby ograniczyć album do tylu to może faktycznie podobał by mi się bardziej od debiutu. Jednak jest 16 utworów, a w takiej sytuacji 8/10 to za wysoko, powinno być raczej 7. Drugi album napisałem że wywaliłbym 2 utwory, czyli że 11 mi się podoba (alternatywne DC nie liczę). Jednak 3-4 z nich też tak dość naciąganie, więc wychodzi 7-8 utworów na 13, czyli na 9/10 to też za mało, powinienem dać 8. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. w dniu kiedy się ukazały byłem w Bratysławie i ku mojemu zdumieniu (u nas było to niemożliwe) płyta ukazała się na tamtejszym rynku. Wyjechaliśmy z grupą z studiów we wrześniu 1991 roku i tego dnia puściłem prawie całą kasę (wziąłem jeszcze EXtreme-Pornografitti) na te 3 płyty. Teraz gdy czytam te komentarze odczuwam jakiś dziwny żal - a obie płyty leżą przede mną....Mam ich z 900 więc jakoś to przeżyję. W pełni się zgadzam z tym że GNR wypuścili tymi płytami zbyt wiele informacji.

    OdpowiedzUsuń
  11. Dla mnie płyta i tak lepsza od Czarnego Album Metalliki.
    A November Rain;kojarzy sie z Concerto for rainy Day-ELO,tam też bogate aranżacje orkiestrowo-smycznkowe,są nawet dzwięki burzy i deszczu.Nawet tytuł podobny.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.