[Recenzja] King Crimson - "Larks' Tongues in Aspic" (1973)



Podczas trasy koncertowej promującej album "Islands" dochodziło do wielu spięć i konfliktów pomiędzy ówczesnymi muzykami King Crimson. W rezultacie, najpierw odszedł Peter Sinfield (wieloletni tekściarz, a podczas wspomnianej trasy także klawiszowiec), a po zakończeniu tournee - wszyscy muzycy, z wyjątkiem Roberta Frippa. Gitarzysta szybko rozpoczął kompletowanie nowego składu. Jako pierwszi zrekrutowani zostali śpiewający basista John Wetton (były członek grup Mogul Thrash i Family) i perkusjonalista Jamie Muir (występujący wcześniej z wieloma eksperymentującymi składami). Następnie do grupy dołączyli perkusista Bill Bruford (który właśnie opuścił Yes, obawiając się, że po sukcesie "Close to the Edge" grupa będzie od tej pory nagrywać jego kopie), oraz grający na skrzypcach i klawiszach David Cross (jako jedyny nie posiadający żadnego doświadczenia). Nowym tekściarzem został  natomiast Richard Palmer-James.

W październiku 1972 roku odświeżone King Crimson wyruszyło na swoja pierwszą trasę koncertową. Co ciekawe, muzycy unikali grania kompozycji poprzednich składów (z wyjątkiem "21st Century Schizoid Man"). Zamiast tego prezentowali nowe utwory, a także liczne improwizacje. Właśnie zespołowa improwizacja i interakcja, opanowana do perfekcji przez ten skład, stała się podstawą nowego stylu grupy. W ówczesnych dokonaniach zespołu wyraźnie słyszalny jest wpływ jazz fusion w stylu Mahavishnu Orchestra (stąd też prawdopodobnie w składzie pojawił się muzyk grający na skrzypcach). W styczniu następnego roku zespół wszedł do studia, aby zarejestrować sześć utworów, z których większość ukształtowała się podczas wspomnianych występów. Rezultatem tej sesji jest album "Larks' Tongues in Aspic".

Longplay rozpoczyna się od pierwszej części utworu tytułowego. To trzynaście i pół minuty bardzo swobodnego, improwizowanego grania. Przez pierwszych kilka minut słyszymy tylko intrygujące dźwięki przeróżnych perkusjonaliów, do których w pewnym momencie dołącza agresywna partia gitary, wsparta mocną grą sekcji rytmicznej i kontrapunktową partią skrzypiec. Zespołowa improwizacja, w klimatach zahaczających o jazz fusion, w ósmej zostaje nagle przerwana, po czym rozbrzmiewa długie solo Crossa. Dopiero w końcówce dołączają do niego pozostali muzycy. "Book of Saturday" to dla odmiany bardziej konwencjonalny, tradycyjny utwór. Bardzo ładnej partii wokalnej Wettona (najlepszego wokalisty grupy od czasu Grega Lake'a!) towarzyszą tylko subtelne dźwięki gitary, basu i skrzypiec. Jeszcze piękniej wypada bardziej rozbudowany "Exiles". Rozpoczęty dziwnymi, mrocznymi dźwiękami, z których nagle wyłania się kolejna przepiękna melodia. Jedyne, co można zarzucić, to zbytnie podobieństwo wokalnych fragmentów do utworu "In the Wake of Poseidon" - podobny klimat, niemal identyczny rytm i partie akustycznej gitary, jedynie zamiast melotronu wykorzystano skrzypce, flet i pianino. To jednak dobrze, że pojawia się tu taki łącznik z wcześniejszymi dokonaniami.

Drugą stronę otwiera "Easy Money" - bardzo intensywny rytmicznie, z ciężkimi partiami gitary i przebojową partią wokalną, zaś w środku zawierający długą, intrygującą improwizację, opartą na doskonałej interakcji muzyków, stopniowo budujących napięcie i tworzących niesamowity klimat. Dwa kolejne, ostatnie, utwory są w całości instrumentalne. "The Talking Drums" rozpoczyna się od popisu Muira i Bruforda, do którego stopniowo dołącza hipnotyzujący bas Wettona, orientalizujące skrzypce Crossa, a w końcu także ostra gitara Frippa - wraz z jej pojawieniem się, utwór nabiera większej dynamiki, a brzmienie staje się bardziej agresywne. Finałowy "Larks' Tongues in Aspic (Part Two)" jest znacznie bardziej zwarty od pierwszej części. Opiera się na ciężkim gitarowym riffowaniu i bardzo intensywnej grze sekcji rytmicznej, a w całość świetnie wtapiają się skrzypce, wychodzące na pierwszy plan przede wszystkim w licznych spokojniejszych interludiach, choć w najcięższym fragmencie Cross gra na nich zgrzytliwą, agresywną solówkę. Utwór stał się obowiązkowym punktem koncertów, granym także przez wszystkie późniejsze składy zespołu.

"Larks' Tongues in Aspic" to kolejne wielkie dzieło King Crimson, jeden z najwspanialszych albumów w dyskografii zespołu. Rewelacyjne kompozycje (lub improwizacje), doskonale zagrane i zaśpiewane. Do tego perfekcyjne brzmienie - bardzo czyste, z doskonale słyszalnymi wszystkimi instrumentami, a zarazem niezwykle potężne, ciężkie i agresywne. Wszystko to razem składa się na jeden z najwspanialszych albumów rocka (nie tylko) progresywnego.

Ocena: 10/10



King Crimson - "Larks' Tongues in Aspic" (1973)

1. Larks' Tongues in Aspic (Part One); 2. Book of Saturday; 3. Exiles; 4. Easy Money; 5. The Talking Drum; 6. Larks' Tongues in Aspic (Part Two)

Skład: John Wetton - wokal i gitara basowa, pianino (3); Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; David Cross - skrzypce, altówka, instr. klawiszowe, flet (3); Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; Jamie Muir - instr. perkusyjne, perkusja
Producent: King Crimson


Komentarze

  1. Dla mnie płyta hipnotyzująca, od ponad 30 lat słuchana i nie schodzi z mojego prywatnego topu , jak większość płyt KC.

    OdpowiedzUsuń
  2. Słucham "od zawsze" właśnie ta płyta jest w odtwarzaczu w momencie kiedy czytam Twoją recenzję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Debiut i "Red" - wiadomo, niekwestionowane arcydzieła. Ale gdybym miał wskazać swój ulubiony album to wybrałbym właśnie ten. Zespół osiągnął tu doskonały balans między awangardą i pięknymi melodiami.

    OdpowiedzUsuń
  4. Moim zdaniem jednak na dyszkę zasługuje bardziej Red. Głównym problemem z Larksami jest dla mnie produkcja, która totalnie zjebała Easy Money i The Talking Drum. O ile na żywo wychodziło to wszystko dużo bardziej żywo, o tyle tutaj brzmi anemicznie. Naprawdę polecam koncerty z Muirem, które są na stronie Crimsonów. Szczególnie ten z Hull, bo jako jedyny ma jakość dźwięku, którą można przeboleć i materiałowo jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie wydali Crimsoni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam takiego wrażenia. Wręcz przeciwnie - trudno mi wskazać inny rockowy album z tamtego okresu lub starszy, z tak potężnym brzmieniem (przede wszystkim w obu częściach utworu tytułowego). Może to kwestia wydania - jakie masz? Ja słucham ze starego winyla z oryginalnym masteringiem.

      "Red" to bardzo dobry album, ale jednak wtórny wobec poprzednich i idący bardziej w stronę mainstreamu, niż awangardy. Choć to akurat wyszło nieźle. Bardziej bym się przyczepił do zamieszczenia tam "Providence", który wypada kiepsko w porównaniu z innymi improwizacjami zespołu z tamtego okresu. Jakby zamiast niego dali tam np. "A Voyage to the Centre of the Cosmos", to byłby album na 10.

      Usuń
    2. Też mam oryginalne wydanie, więc nie sądzę, że to kwestia tego. Może bardziej gustu, mi bardziej się podoba to pełniejsze, jeszcze mocniejsze brzmienie Red.
      Co do Providence, zgadzam się - jest dużo improwizacji, które by lepiej pasowały na jej miejsce. Ja na przykład bym wrzucił Asbury Park, które mimo swojego podobieństwa do A Voyage... bardziej mi się podoba. Albo poszedłbym jeszcze dalej w tył i zamieścił tam wersję Dr Diamond z koncertu w Mainz - jakże ona potężnie wyszła! Jej ciężar i klimat nie ustępowałby niczym pozostałym utworom na Red.

      Usuń
    3. No tak, można by też dać "Dr. Diamond" i "Asbury Park". Ja aż tak bardzo przy ocenianiu nie zwracam uwagi na brzmienie, bardziej obchodzi mnie sama muzyka (kompozycja, aranżacja, wykonanie), a ta z "Larks" jest jednak bardziej interesującą, wprowadza nową jakość do twórczości zespołu, podczas gdy "Red" jest tylko podsumowaniem tego, co działo się w niej wcześniej.

      Usuń
    4. Rozumiem twój punkt widzenia i zgadzam się z nim po części. Jeśli chodzi o materiał to Larks' jest zdecydowanie najmocniejszą płytą King Crimson. Naprawdę polecam ci posłuchać koncertu z Hull z 1972, można go znaleźć na DGM. Bardzo zmienił moje postrzeganie King Crimson z tego okresu.

      Usuń
  5. To co Cross robi w "Larks' Tongues in Aspic (Part Two)" to jest mistrzostwo. Tak agresywna i zgrzytliwa solówka idealnie pasuje do tego utwory. Kurde, nie mam słów mistrzostwo. Coś co z wierzchu brzmi jak kakofonia jest piękne w środku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to jest chyba najbardziej genialny fragment tego albumu. Gra Crossa brzmi wręcz freejazzowo!

      Usuń
    2. Dopiero niedawno wsłuchałem koncertówkę "USA" gdzie właśnie, można powiedzieć że utwór "Larks' Tongues in Aspic (Part Two)" otwiera tą płytę. Nawiązując do poprzedniej dyskusji o brzmieniu, dla mnie ono jest bardzo ważne. Bo brzmienie potrafi ładnie kompozycje zaakcentować, ukazać jej piękno. Tak też jest w przypadku koncertówki "USA" to brzmienie jest trochę inne co też jest oczywiste bo nie jest to płyta studyjna. Ale według mnie właśnie tą solówkę Crossa świetnie akcentuje, jestem też fanem pogłosów a takowe też tutaj są. Więc znów stałem się fanem tego utworu, tym razem koncertowej wersji.

      Usuń
  6. Genialny zespół, tak jak ten album.

    Nie wiem jakim cudem tak długo nie doceniałem i nieco ignorowałem King Crimson, niedawno nadrabiałem ich twórczość i jestem autentycznie zachwycony. Ten album to obok „Red” i „Lizarda” mój faworyt.

    I to wejście gitary po perkusjonaliach w otwieraczu…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też trochę czasu zajęło żeby w pełni docenić King Crimson. Od pierwszego przesłuchania uwielbiałem debiut, "Posejdona" i "Red", a do albumów wydanych pomiędzy długo miałem chłodny stosunek, zwłaszcza przekonanie się do "Lizard” sporo mi zajęło. Twórczość z lat 80. wydawała mi się z początku wręcz niesluchalna (dziś, jeśli już wracam do KC, to najcześciej do tego etapu). Późniejsze albumy nadrobiłem po latach, te najntisowe wciąż niezbyt mnie przekonują, natomiast "The Power to Believe" naprawdę lubię.

      Usuń
    2. U mnie w sumie na odwrót, do debiutu musiałem się długo przekonywać, a „Lizard” porwał mnie odrazu, potem wróciłem do „Red” i „Larks’”, całej kolorowej trylogii jeszcze nie słuchałem, ale Discipline też polubiłem. Jedynie „Poseidon” i „Islands” niespecjalnie mi imponują.

      Usuń
    3. Te dwa albumy faktycznie są nieco słabsze na tle reszty dyskografii z okresu 1969-81. "Poseidon" przez recykling pomysłów z debiutu - ale strona B to już krok do przodu i poziom najlepszych dokonań - a na "Wyspach" są niepotrzebne pierdoły, czyli "Ladies on the Road" i ten klasycyzujący instrumental, podczas gdy reszta repertuaru to znów najwyższy poziom. Nierówne są też płyty po 1981 roku.

      Usuń
  7. A tak bardziej osobiście: który z albumów KC Szanowny Autor uważa za najlepszy? Wiem, że każdy od Dworu do Czerwieni wybitny, no ale masz chyba swój ulubiony? Mi akurat ten właśnie najbardziej podchodzi, ale to tylko z powodu zboczenia na punkcie skrzypiec ...

    OdpowiedzUsuń
  8. Larks' Tongues in Aspic traktuję jako pierwszą płytę z nowego okresu, na który używam określenia "tryptyku wettonowskiego", wraz z nagranymi w ciągu kilkunastu miesięcy, następnymi Starless And Bible Black i Red. Na "Larks..."następuje odejście od psychodeli na rzecz progresu opartego bardziej na eksperymentach z brzmieniem i kompozycją, przez co muzyka stała się w odbiorze trudniejsza, jest wyraźnie mniej melodyjna (choć jak to u KC nie pozbawiona pięknych momentów). Na tej płycie zespół, mam wrażenie, poszukuje nowej drogi ekspresji po okresie psychodelicznym, na "Starless..." muzyka dalej, szybko ewoluuje w kierunku "Red", by na tym ostatnim uzyskać kształt docelowy, niemal referencyjny, objawiający pełnię (prog)rockowego brzmienia. Dla mnie, podobnie jak dla wielu, to na "Red" zespół osiągnął szczyt, a dotarcie do niego prowadziło przez "Lark's" i "Starless..." Nie wiem, czy tak było w istocie, ale słuchając tytułowego utworu na "Lark's'..." odnoszę wrażenia, że zespół inspiruje się tutaj klasycznym utworem "The Lark Ascending" Ralpha Vaughana Williamsa opartym z kolei na starszym wierszu o tym samym tytule. Nawiązanie wydaje się dość silnie, zwłaszcza w budowie warstwy nastrojowej, zdominowanej przez smyczki Crossa (czyżby jego pomysł?). Sam tytuł utworu ( i płyty) jawi się przy tym jak jawne obrazoburstwo, tak jakby zespół chciał zerwać z tradycją i wyznaczyć nowy styl.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Psychodelii u King Crimson nigdy nie było. Debiut to symfoniczny prog, potem dodawali do tego coraz więcej jazzu i awangardy. Ta ewolucja skończyła się raczej na "Starless and Bible Black". "Red", choć znakomity, to już raczej coś w rodzaju podsumowania dotychczasowej twórczości.

      Usuń
    2. Za traktowanie tych trzech płyt niejako łącznie przemawia krótki czas ich nagrania (2 lata) w nowym składzie zespołu, odmiennym niż na wcześniejszych albumach, składzie, który był co do swojego trójosobowego trzonu stabilny (odejście Crossa dopiero po "Starless...", wcześniej Muira). O ile "Red" siłą rzeczy jako ostatnia płyta z klasycznego okresu stanowiła jego zwieńczenie, to jednak należy pamiętać, że okres ten można również podzielić na, nazwijmy to podokresy, które są wyraźnie wyznaczane przez odmienne składy personalne - to musi rzutować na muzykę. Jednak zachęcam do posłuchania w/w trzech płyt niejako ciągiem ze zwróceniem uwagi na szybko i dość płynnie zachodzącą przemianę w stylistyce muzyki w kierunku mniej melodyjnej i mniej "lirycznej" ku brzmieniu bardziej rokowemu, ciemniejszemu mocno opartemu o sekcję perkusji i basu. Przykładowo taki "Fracture", kończący "Starless..." mógłby śmiało znaleźć się na "Red", gdzie pasowałby do reszty.
      Odnośnie psychodeliicznego odbioru KC to bardziej miałem na myśli nastrój pierwszych płyt, zwłaszcza właśnie debiutu ale też fragmentów Posejdona i Islands. Owszem, nie grali w stylu, który można jednoznacznie przypisać psychodelli ale wymowa wielu utworów nasuwa mi skojarzenia z tym nurtem. Jednak przykłady brzmienia a'la Gong czy Caravan też się u nich znajdą.

      Usuń
    3. Nastrój pierwszych płyt jest zwykle dostojny / podniosły (np. "Epitaph", "The Court…"), czasem bardziej pastoralny ("I Talk to the Wind"), rzadziej robi się agresywnie ("21st Century Schizoid Man") lub żartobliwie ("Cat Food"), ale nigdy nie ma tam tej ćpuńskiej atmosfery psychodelii.

      W przypadku trzech płyt z lat 1973-74 trudno mówić o jakiejś ewolucji - na każdej z nich są wymieszane różnego rodzaju utwory. "SaBB" wnosi do tego stylu więcej spontaniczności ze względu na koncertowe nagrania. "Red" jest już tylko swego rodzaju syntezą obu poprzedników, jedynie z wyraźniejszymi odniesieniami do wcześniejszego okresu za sprawą saksofonu McDonalda. Nie mówię, że to źle - bo jednak płyty nagrano w bardzo krótkim okresie i żadna nie schodzi z wysokiego poziomu - po prostu opisuję jak jest.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.