5 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "There's the Rub" (1974)



Po nagraniu czterech albumów, ze składu Wishbone Ash odszedł Ted Turner. Zespół znalazł jednak godnego następcę w osobie Lauriego Wisefielda, wcześniej członka grupy Home (która dziś byłaby kompletnie zapomniana, gdyby jej innym byłym członkiem nie był Cliff Williams, późniejszy basista AC/DC). Niestety, Wisefield okazał się kolejnym świetnym gitarzystą bez specjalnego talentu kompozytorskiego. Albumy drugiego składu Wishbone Ash w większości są zupełnie nijakie i niewarte uwagi. Z jednym wyjątkiem - najwcześniejszy z nich "There's the Rub" jest wydawnictwem całkiem udanym. I to pomimo bardziej amerykańskiego brzmienia, za które odpowiada producent Bill Szymczyk, znany przede wszystkim ze współpracy z The Eagles.

To właśnie tutaj znalazł się jeden z najbardziej znanych i najlepszych utworów zespołu - "Persephone". Wyróżnia się naprawdę dobrą melodią, pastoralnym nastrojem i świetnymi popisami instrumentalistów (w tym solówką na mandolinie). W takim graniu zespół zawsze był dobry. Na tym albumie znalazł się jeszcze jeden utwór tego typu - prawie tak samo udany "Lady Jay". A co poza tym? Chociażby "Silver Shoes" ze świetną częścią instrumentalną, w trakcie której można podziwiać doskonałą współpracę całego składu, ale też nużącym początkiem ocierającym się o country (zapewne wpływ Szymczyka), przez co utwór słabo sprawdza się jako otwieracz. Do tej roli o wiele lepiej nadawałby się stricte hardrockowy "Don't Come Back", oparty na wyjątkowo wyrazistym - jak na Wishbone Ash - riffie. Kawałek sam w sobie jest jednak dość przeciętny. Podobnie, jak inny żywszy fragment longplaya, "Hometown", zanadto zbliżający się do amerykańskiego mainstreamu. Ale znalazł się tu jeszcze dziewięciominutowy instrumental "F.U.B.B.", w którym niczym nieskrępowani muzycy pokazują swoje umiejętności. Początek może nie porywa, ale potem utwór fantastycznie się rozkręca.

"There's the Rub", pomimo swoich wad, jest jednym z najbardziej udanych wydawnictw w (za) długiej karierze Wishbone Ash, a takie utwory, jak "Persephone", "Lady Jay" i "F.U.B.B", powinny na stałe zapisać się w kanonie rocka. Aż trudno uwierzyć, że zespół tuż potem nagrał okropnie bezbarwny i nijaki "Locked In", a potem nieznacznie lepszy, ale wciąż boleśnie przeciętny "New England" i znów słabszy "Front Page News". Później było nieco lepiej (przez pewien czas), ale zespołowi już nigdy nie udało się przeskoczyć poziomu "There's the Rub".

Ocena: 7/10



Wishbone Ash - "There's the Rub" (1974)

1. Silver Shoes; 2. Don't Come Back; 3. Persephone; 4. Hometown; 5. Lady Jay; 6. F.U.B.B.

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - gitara, wokal, mandolina; Laurie Wisefield - gitara, bandżo, wokal; Steve Upton - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Albhy Galuten - instr. klawiszowe (3); Nelson Flaco Padron - instr. perkusyjne (6)
Producent: Bill Szymczyk


2 komentarze:

  1. Pełna zgoda. Jeden z najlepszych albumów grupy. Persephpne jest cudowny. Uwielbiam te długie gitarowe solówki. Natomiast nie zgodzę się z surową oceną utworu F.U.B.B.Jest to moim zdaniem jeden z najbardziej intrygujących numerów Wishbone Ash. Fenomenalne progresywne granie. Można słuchać i delektować się wspaniałymi solówkami.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.