28 września 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Presence" (1976)



Decyzja o nagraniu tego albumu została podjęta spontanicznie. Samochodowy wypadek Roberta Planta, w wyniku którego wokalista odniósł poważne obrażenia, zmusił zespół do odwołania wielkiej ogólnoświatowej trasy koncertowej, która miała rozpocząć się pod koniec sierpnia 1975 roku. Miało to jednak swoje zalety. Wycofany z życia publicznego Plant, w ramach rekonwalescencji zaszył się w Malibu, gdzie z nadmiaru wolnego czasu zajął się pisaniem tekstów. Wkrótce dołączył do niego Jimmy Page, który na spokojnie stworzył do nich muzykę. Przed końcem roku materiał na nowy album był już gotowy (duet sięgnął także po gospelową pieśń "Nobody Fault But Mine" - po raz pierwszy nagraną przez Blind Williego Johnsona w 1927 roku - znacznie ją jednak zmieniając, dzięki czemu brzmi jak ich własna kompozycja). Sesja nagraniowa odbyła się na przełomie listopada i grudnia. Zajęła zaledwie 18 dni, chociaż nie obyło się bez utrudnień - Plant wciąż był przykuty do inwalidzkiego wózka.

"Presence" jest, niestety, kolejnym dowodem na postępujące wypalenie twórcze muzyków. Choć otwieracz zdecydowanie tego nie zapowiada. Dziesięciominutowy "Achilles Last Stand", napędzany galopującą grą sekcji rytmicznej, świetnie zaśpiewany przez Planta i pełen fantastycznych partii Page'a, to jeden z najlepszych utworów w całym dorobku Led Zeppelin. Bardzo udany jest także zamykający album wolny blues "Tea for One", w którym Page gra jedne z najbardziej poruszających partii w swojej karierze. Szkoda, że pozostałe kawałki są wyraźnie słabsze. Bronią się hardrockowe "For Your Life" i "Nobody Fault But Mine", choć pierwszy mógłby być znacznie krótszy, a w drugim drażni jęczenie Planta (są w nim za to bardzo fajne partie gitary i harmonijki). Dużo tu jednak ewidentnych wypełniaczy, do których zaliczyć trzeba: funkowy "Royal Orleans", sztampowy rock and roll "Candy Store Rock" i strasznie banalny "Hots on for Nowhere".

"Presence" jest na pewno najbardziej surowym albumem w całej dyskografii zespołu. Muzycy zrezygnowali z instrumentów klawiszowych, akustycznej gitar i innych dodatków, z wyjątkiem harmonijki w jednym utworze. Nie pomogło to jednak odzyskać dawnej energii i kreatywności - a w każdym razie nie w wystarczającym stopniu, by utrzymać wysoki poziom przez cały album. Zespół wyraźnie zaczął też tracić swoją pozycję w rockowym mainstreamie. Recenzje "Presence" były mieszane, z przewagą chłodnych, a sprzedaż najniższa w całej historii Led Zeppelin.

Ocena: 7/10



Led Zeppelin - "Presence" (1976)

1. Achilles Last Stand; 2. For Your Life; 3. Royal Orleans; 4. Nobody Fault But Mine; 5. Candy Store Rock; 6. Hots on for Nowhere; 7. Tea for One

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka (4); Jimmy Page - gitara; John Paul Jones - bass; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Jimmy Page


8 komentarzy:

  1. W dziale z recenzjami nie działa link do tej recenzji :)

    A sam album - dla mnie również 7/10, ale chyba najsłabszy po "Codzie". Nigdy nie mogłem się przekonać do "Nobody Fault But Mine". Gdyby nie "Achilles Last Stand" i "Tea for One", byłoby bardzo średnio lub nawet słabo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Coda" to album z odrzutami - i już z takiej przyczyny po prostu nie mógł być dobry. Jednak to bardziej składanka, dodatek do dyskografii, którego nie traktowałbym na równi z innymi wydawnictwami grupy. Natomiast osobiście za najgorszy album uważam "In Through the Out Door" - poza "In the Evening" całkowicie asłuchalny dla mnie. "Presence" rzeczywiście byłby dość kiepski bez "Achillesa" i "Herbaty", ale wszystkie pozostałe utwory są dla mnie jak najbardziej słuchane ;)

      Dzięki za zwrócenie uwagi, już naprawiam link ;)

      Usuń
  2. Z "In Through the Out Door" najbardziej cenię "All My Love" - jedną z moich ulubionych ballad. Mimo, że "Presence" jest spójniejszy stylistycznie, to wydaje mi się mniej równy kompozycyjnie od swojego następcy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "All My Love" aż się prosi o zsamplowanie i zrobienie w oparciu o niego jakiegoś hiphopowego bita ;)

      Pawełq, już nie poprawiasz dalej Pearl Jamy i Soungarden?

      Usuń
  3. Bardzo nieudana to płyta. Zawiera jednak 1 arcydzieło, 1 świetny numer i 1 dobry. Reszta to pomyłka i ciężko przez to przejść. Np. takie Hots on for Nowhere to parodia Led Zeppelin i w ogóle hard rocka. Arcydziełem jest tu oczywiście Achilles Last Stand, który moim zdaniem nie jest wcale gorszy od słynnych "Schodów". Świetnym kawałkiem jest czadowy Nobody Fault But Mine a dobrym mimo wszystko Tea for One, który irytuje troche podobieństwem i identycznym klimatem co Since I've Been Loving You.

    OdpowiedzUsuń
  4. uwielbiam "Tea for One", nie napisałeś, że to autoplagiat "since..." choć chyba wszyscy recenzenci o tym wspominają, ale mi to nie przeszkadza. A 40 lat temu po wysłuchaniu "Herbatki" pokochałem Zeppów

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wspomniałem o "Since..." celowo, bo równie dobrze mógłbym w tym miejscu napisać o dowolnym 12-taktowym bluesie w wolnym tempie i byłoby to tak samo prawdziwe ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.