23 września 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Led Zeppelin II" (1969)



Wkrótce po wydaniu debiutanckiego albumu, muzycy Led Zeppelin zabrali się za przygotowanie kolejnego wydawnictwa. Longplay zdążył się ukazać jeszcze w tym samym, 1969 roku. Mimo tego, słychać tu pewien postęp. Na "Dwójce" zespół zaczyna powoli odchodzić od swoich bluesowych korzeni, na rzecz stuprocentowego hard rocka.

Utwory w rodzaju "Whole Lotta Love", "Heartbreaker", "Living Loving Maid (She's Just a Woman)" i "Moby Dick" porażają potężną dawką energii, ciężkim brzmieniem i rewelacyjnymi riffami. Ale zespół nie ogranicza się tylko do prostego czadowania, bo w takim "Whole Lotta Love" znalazł się także bardziej eksperymentalny fragment z wykorzystaniem thereminu i możliwości stereofonicznego miksu. Na albumie nie brakuje łagodniejszych momentów, czego przykładem bardziej piosenkowe "Ramble On" i "Thank You", w których pojawia się brzmienie gitary akustycznej (i elektrycznych organów w tym drugim). Znajdziemy tu też sporą dawkę bluesowego luzu, za sprawą takich utworów, jak "What Is and What Should Never Be", "The Lemon Song" i - przede wszystkim - "Bring It On Home". Pewnym novum w twórczości zespołu jest wspomniany "Moby Dick" - instrumentalny kawałek, w znaczniej części składający z perkusyjnej solówki Johna Bonhama (inspiracją zapewne był "Toad" tria Cream). To akurat, moim zdaniem, najsłabszy moment albumu, jednak sam riff z otwarcia i zakończenia jest naprawdę wyśmienity.

Niestety, znów nie obyło się bez kontrowersji związanych z autorstwem niektórych kompozycji. "Whole Lotta Love" dość mocno opiera się na melodii i tekście "You Need Love" Williego Dixona. Zespół bezpośrednio nawiązał do twórczości Dixona także w "Bring It On Home" - spokojniejszy wstęp i zakończenie tego utworu to nic więcej, jak odegranie tak samo zatytułowanej kompozycji słynnego bluesmana. Podobno zespół chciał w ten sposób oddać mu hołd, ale utwór został podpisany wyłącznie nazwiskami Page'a i Planta. W połowie lat 80. Dixon zdecydował się upomnieć o swoje prawa. W wyniku decyzji sądu został dopisany jako współautor "Whole Lotta Love" i jedyny autor "Bring It On Home". Trzeba jeszcze wspomnieć o utworze "The Lemon Song", opartym na dwóch różnych kompozycjach - "Killing Floor" Howlin' Wolf (muzyka) i "Travelin' Riverside Blues" Roberta Johnsona (fragment tekstu). O ile w przypadku "Whole Lotta Love" i "The Lemon Song" zespół wniósł zupełnie nową jakość, co pozwala przymknąć oko na kwestię autorstwa, tak "Bring It On Home" jest w znacznej części ordynarnym plagiatem.

Mimo pewnych zastrzeżeń natury etycznej, "Led Zeppelin II" to kolejny fantastyczny materiał zespołu, porywający zarówno samymi kompozycjami, jak i ich wykonaniem. Po ponad czterdziestu latach od wydania wciąż brzmi bardzo ekscytująco. Dziś może nawet bardziej niż wtedy, jeśli wziąć pod uwagę, że przez cztery dekady naprawdę nielicznym albumom hardrockowym udało się zbliżyć do tego poziomu.

Ocena: 10/10



Led Zeppelin - "Led Zeppelin II" (1969)

1. Whole Lotta Love; 2. What Is and What Should Never Be; 3. The Lemon Song; 4. Thank You; 5. Heartbreaker; 6. Living Loving Maid (She's Just a Woman); 7. Ramble On; 8. Moby Dick; 9. Bring It On Home

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara, theremin; John Paul Jones - bass, organy, dodatkowy wokal; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Jimmy Page


12 komentarzy:

  1. Tak się zastanawiałemco by tu napisać o Zeppelinach i wyszło mi, że wszystko już było. Więc tylko tyle: John Bohnam. Moby Dick! Dziękuję, dobranoc, wesołych świąt.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ksiądz Piotruś11 września 2013 01:19

    Ja natomiast powiem, że Moby Dick jest chyba jedynym kawałkiem na tym albumie, który powoduje u mnie lekkie zniecierpliwienie. Ale jeśli miałbym dać jakiejś płycie 10/10, to ta się do nich zalicza.

    OdpowiedzUsuń
  3. Niedawno przesłuchałem wszystkie numerowane płyty Zeppelinów. Nie dlatego, że miałem na nich ochotę, tylko dlatego, że mp3 zajmowały mi już zbyt dużo miejsca, a przeczuwałem, że odbiorę ich inaczej niż te 6-7 lat temu. Rzeczywiście. Kiedyś, jak miałem z 17 lat, podobała mi się II, teraz z I wyciąłem 2 dobre utwory, z dwójki i trójki żadnych, a z IV tylko ten najdłuższy :D . Niedługo pora na płyty o długich tytułach ;d To w sumie taki zespół, że jak się tego słucha, można przewidzieć następny dźwięk - często używają struktury 12 taktowego bluesa... ale że to prekursorzy pewnych rozwiązań to nie uważam by 10 było oznaką, że jesteś z innej planety ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja ulubiona płyta grupy i jedyna, którą od początku do końca słucha się z wypiekami na twarzy. Jedynie Moby Dick przez solo Bonhama można było sobie odpuścić ale nie psuje to w sumie tego bardzo równego albumu. Uwielbiam Heartbreaker z totalnie niesamowitym basem, który nadaje niesamowitego ciężaru. Tutaj też jedna z najlepszych parti wokalnych Planta - pełna pasji, zadziorności i mocy. Takiego go najbardziej lubie. Piękne jest też delikatne Thank You, chociaż nie przepadam za balladowym obliczem wokalisty. Ramble On to jeden z moich ulubionych numerów grupy, fajne połączenie folkowego klimatu z nieco bardziej dynamicznym refrenem. No i piękne solo na gitarze Page'a. Ogólnie to jedna z najlepszych blues hard rockowych płyt tamtych czasów. Wcale nie uważam by ówczesne albumy Rory Gallaghera, Allmann Brothers Band czy Ten Years After były słabsze niż "dwójka". To ten sam poziom.

    OdpowiedzUsuń
  5. Aż tak bym, Pawle, nie szafował dziesiątkami dla LZ, dwójka, skoro jest pełna tylu, czego sam nie miałem świadomości te 2 lata temu, plagiatów (podobnie jak jedynka) to 9 jest chyba górą jeżeli chodzi o ten srążek. Bo chyba zmian w stosunku do jedynki też nie ma tak dużo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to nie szafuj. Dla mnie oba albumy są doskonałe ("Dwójka" z małym minusem za solo w "Moby Dick"). A plagiaty w bluesie to norma. Ale nikt wcześniej nie zarobił na tym tyle, co Led Zeppelin, więc pokusa wytaczania procesów była zbyt wielka. Najbardziej kuriozalna była sprawa o "Babe I'm Gonna Leave You". Muzycy nawet nie przywłaszczyli sobie autorstwa, tylko podpisali kawałek jako tradycyjny, bo tak był podpisany na albumie Joan Baez. Autorka oryginału nie oskarżyła jednak Baez, tylko Zeppelinów, bo wiązało się to z większym zyskiem.

      Usuń
    2. Raczej średnie to usprawiedliwienie, ale choćby nawet chciała, nie mogła już oskarżyć Baez, więc pewnie sądziła się z Zeppelinami choćby dla poczucia czystej satysfakcji i sprawiedliwości ;) Oni też nie do końca są bez winy bo mieli wiele lat, by dowiedziec się, jak to z "Baby..." było naprawdę.

      Usuń
    3. Raczej dlatego, że albumy Led Zeppelin wciąż się świetnie sprzedawały, a kto na początku lat 90. słuchał Baez? Zresztą obecnie jest tak samo. Może fani Judas Priest sprawdzają na YouTube jak brzmi oryginał "Diamond and Rust", ale przecież nie kupują płyt folkowej pieśniarki :D

      Jeśli muzycy Led Zeppelin nie mieli żadnych przesłanek, by podejrzewać, że w opisie płyty Baez był błąd, to trudno mieć do nich zastrzeżenie, że nie drążyli tematu. Na swojej wersji i tak wiele nie zarobili, skoro są tam podpisani tylko jako aranżerzy, a nie kompozytorzy. Z finansowych względów najlepiej nagrywać tylko własne kompozycje.

      Usuń
    4. Swoją drogą, Zeppelini w swoich coverach i plagiatach w warstwie instrumentalnej odchodzili daleko od pierwowzorów, ale chyba z czystej głupoty zostawiali niemal identyczne teksty, przez które nie dało się ukryć inspiracji ;) Taki "Dazed and Confused" instrumentalnie w ogóle nie przypomina "I'm Confused", ale ten tekst...

      Usuń
    5. ...nie mówiąc o samym tytule :D Pewnie dlatego Holmes akurat (ten od "Confused") jest wpisany jako inspiracja dla Page'a, a nie współautor.

      Usuń
    6. Holmes przyznawał, że zespół zrobił z tym utworem coś, czego on by nie potrafił, dlatego nie wytoczył procesu. Zresztą on sam i tak na tym zyskał, bo przynajmniej fani Led Zeppelin kojarzą, że był taki muzyk. W przeciwnym razie prawdopodobnie byłby całkiem zapomniany.

      Usuń
    7. Z tego co ja wiem, to proces chciał wytoczyć. Pogmatwana to była sprawa - najpierw chciał się dogadać z Page'em polubownie, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi, później sąd odrzucił jego wniosek, potem jednak mieli wstąpić na drogę sądową, ale w tzw. międzyczasie poszli na ugodę i w 2012 uznano jego autorstwo, co ostatecznie skończyło się tym dziwnym dopiskiem "Inspired by Jake Holmes". Pierwszym albumem Zeppelinów, na którym pojawiło się jego nazwisko, był "Celebration Day".

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.