[Recenzja] Led Zeppelin - "Led Zeppelin" (1969)



Debiutancki album Led Zeppelin zmienił oblicze muzyki rockowej. Co prawda, pod względem stricte muzycznym mamy tutaj do czynienia właściwie z typowym dla drugiej połowy lat 60. blues rockiem, ale brzmieniowo jest to już zupełnie nowa jakość. Zespół nie zdecydował się zatrudniać producenta z zewnątrz - wszystkim osobiście zajął się Jimmy Page, który w ciągu kilku lat pracy jako muzyk sesyjny nauczył się sporo o pracy w studiu. Zdobyte doświadczenie pomogło mu stworzyć wyjątkowo ciężkie, jak na tamte czasy, brzmienie. Szczególnie potężnie brzmi tutaj perkusja, nagrywana w zupełnie innowacyjny sposób (m.in. za pomocą mikrofonów umieszczonych wewnątrz bębnów).

Zespół powstał latem 1968 roku, gdy Page został jedynym członkiem The Yardbirds. Po dodaniu nowych muzyków - wokalisty Roberta Planta, basisty Johna Paula Jonesa i perkusisty John Bonhama - zespół przyjął nazwę New Yardbirds, szybko zmienioną na Led Zeppelin. Już we wrześniu rozpoczęły się nagrania na debiutancki album. Muzycy nie mieli wiele czasu na stworzenie nowego materiału, więc musieli kombinować. Sięgnęli zatem po utwory wykonywane już przez The Yardbirds ("I'm Confused" i "White Summer" - tutaj pod tytułami "Dazed and Confused" i "Black Mountain Side"), jak i do repertuaru innych wykonawców (m.in. dwie kompozycje Williego Dixona, "You Shook Me" i "I Can't Quit You Baby", zagrane z większym czadem i energią, ale zachowujące bluesowy charakter).

Niestety, nie zawsze wspomniany został autor oryginału. W przypadku "Babe, I'm Gonna Leave You" była to zwykła pomyłka - muzycy po prostu nie wiedzieli, że utwór skomponowała folkowa pieśniarka Anne Bredon, więc podpisali go jako tradycyjny. Zupełnie świadomie przywłaszczyli sobie natomiast autorstwo "Dazed and Confused" i "How Many More Times". Pierwszy został w rzeczywistości skomponowany przez Jake'a Holmesa, drugi natomiast został zbudowany na chwytliwym motywie z utworu "The Hunter" Alberta Kinga, a wokalnie nawiązuje do "How Many More Years" Howlin' Wolfa. Trzeba jednak oddać muzykom, że potrafili tym przeróbkom nadać zupełnie nowego charakteru. "Dazed and Confused" praktycznie nie ma już nic wspólnego z niepozorną folkową piosenką Holmesa - zmienił się w porywający, nieco jamowy utwór, porażający ciężarem i zachwycający popisami muzyków. W tym utworze, a także w "How Many More Times", pojawiają się fragmenty, w których Page zagrał na gitarze smyczkiem - to również wartość dodatnia (choć już wcześniej grał w ten sposób w "Beck's Bolero" z albumu "Truth" The Jeff Beck Group). Również "Babe, I'm Gonna Leave You" nabrał nowej jakości, łącząc balladowe, akustyczne momenty, z prawdziwie hardrockowym czadem. Tym razem uwagę zwraca przede wszystkim wokalny popis Planta.

Zupełnie premierowego materiału nie ma tu wiele. Są to tylko trzy utwory: energetyczny "Good Times, Bad Times", rozpędzony, już stricte hardrockowy "Communication Breakdown", a także zaskakująco łagodny, piosenkowy "Your Time Is Gonna Come", w którym pierwszoplanową rolę pełni partia elektrycznych organów w wykonaniu Jonesa. Ten ostatni utwór, wraz z następującym po nim, akustycznym instrumentalem "Black Mountain Side" (w którym Page'owi towarzyszy tylko Viram Jasani na nadającej hindustańskiego klimatu tabli), stanowi bardzo przyjemne urozmaicenie albumu.

Można potępiać muzyków za przywłaszczanie sobie cudzych kompozycji, ale nie zmienia to faktu, że debiutancki album Led Zeppelin jest jednym z najbardziej wpływowych wydawnictw w historii rocka, który od ponad czterdziestu lat nieustannie inspiruje kolejne pokolenia muzyków (jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio). Ale to też po prostu jeden z najlepszych rockowych albumów. Zespół osiągnął tu poziom nieosiągalny dla większości rockowych, a zwłaszcza hardrockowych wykonawców.

Ocena: 10/10



Led Zeppelin - "Led Zeppelin" (1969)

1. Good Times, Bad Times; 2. Babe, I'm Gonna Leave You; 3. You Shook Me; 4. Dazed and Confused; 5. Your Time Is Gonna Come; 6. Black Mountain Side; 7. Communication Breakdown; 8. I Can't Quit You Baby; 9. How Many More Times

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka, bass; Jimmy Page - gitara, dodatkowy wokal; John Paul Jones - gitara basowa, organy, dodatkowy wokal; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Viram Jasani - tabla (6)
Producent: Jimmy Page

Po prawej: okładka pierwszego wydania brytyjskiego.


Komentarze

  1. Zawsze mam problem z wyborem najlepszej płyty Zeppelinów. W gre wchodzą jednak tylko dwa pierwsze albumy, które chyba uwielbiam jednakowo. Wydaje mi sie Plant śpiewa tutaj chyba lepiej niż na dwójce. Podobnie Jimmy Page, którego solówki są tutaj ciekawsze. Płyta nie nie ma praktycznie słabego utworu. Nawet Your Time is Gonna Come jakoś wpada w ucho. Moim faeorytem jest hipnotyzujące Babe I'm Gonna Leve You
    You Shock Me zagrane dużo lepiej niż wersja Jeffa Becka. Świetnie wyszły też ostre rockery: Good Times Bad Times czy Communicatipn Breakdown. Ogólnie rewelacyjne granie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Płyta doskonała, nic więcej nie napiszę, muzyka broni się sama :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Naprawdę świetna płyta, surowa. Niestety dla mnie jedyny dobry Zeppelin. Kolejne 3 może i też dobre ale zalatuje mi to już glam rockiem. Wiem że byli pierwsi ale gdy słyszę Stairway to Heaven to słyszę November Rain a gdy Whole Lotta Love to Welcome to the Jungle Guns'n'Roses. Daleko im do Black Sabbath które wyciął 5 płyt bez pretensjonalności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dwójka" jest tak samo surowa i bezpretensjonalna. Potem coś zaczęło się psuć, ale lubię i cenię wszystkie ich albumy do "Presence" włącznie.

      Usuń
  4. Presence kiedyś lubiłem a zwłaszcza Achilles który jednak przestałem lubić w momencie jak przestałem lubić Iron Maiden bo te galopy w Achilles to nic innego jak pre-maiden

    OdpowiedzUsuń
  5. Najlepsze na płycie to "Dazed and Confused" zawsze wzbudza we mnie duże emocje, Gra Planta perkusja Bonhama i wokal Planta. Tutaj wszystko jest idealne. 10/10

    OdpowiedzUsuń
  6. 0onlwtach chyba jednak te płytę stawiam najwyżej. Nie ma na niej słabszych utworów czy fragmentów (może How Many More Times ciągnie się nieco zbyt długo a Plant fałszuje w końcówce You Shook Me).

    OdpowiedzUsuń
  7. Mam pytanie odnośnie dwóch (plus jeden) utworów i już na samym początku pragnę zaznaczyć, że piszę na poważnie i moja wypowiedź jest pozbawiona jakiejkolwiek złośliwości.

    Najpierw "Good Times Bad Times" oraz "Communication Breakdown", które na RYM oceniłeś odpowiednio na 4,5/5 oraz maksymalnie. Czy one przypadkiem nie są nie tylko schematyczne i proste, ale także pod wieloma względami podobne do siebie, co mogłoby nawet zahaczać i o autoplagiat?

    Bo struktura dla obydwu jest taka: intro ("Communication Breakdown" dla odmiany zaczyna się tym charakterystycznym riffem) , I zwrotka, refren (po raz pierwszy), II zwrotka, refren (drugi), solówka, (i trzeci) refren oraz outro.

    A ten ostatni utwór w celach porównawczych to "Paranoid", dla którego zapewne "Communication Breakdown" był inspiracją (osobiście jestem też zdania, że jeżeli "Rat Salat" jest odpowiednikiem "Moby Dick" z "Led Zeppelin II", to między tymi pierwszymi dwoma wymionymi jest przynajmniej podobna analogia, aczkolwiek znana mi jest historia powstania największego hitu kwartetu z Birmingham).

    Utwór Black Sabbath ma jednak kompletnie (w mojej opinii) odmienną strukturę: intro (kolejny bardzo rozpoznawalny motyw), I zwrotka, następnie II, przejście/łącznik (czy jak to tam się po polsku nazywa, bo naprawdę nie wiem; chodzi o angielskie "bridge"), III wers, solo, IV zwrotka i V na zakończenie, bo outro praktycznie nie ma.

    Zgadzają się zatem tylko: intro z sygnaturowym riffem oraz umiejscowienie pierwszej zwrotki... i tyle. Brak refrenu, outro tak naprawdę nie istnieje, inna liczba wersów i ten dodatek pomiędzy II a III zwrotką.

    A tej piosence przyznałeś jedynie 3,5/5, pisząc, że to "prosty, wręcz banalny kawałek". To dlatego, że przypomina za bardzo twórczość Led Zeppelin,? Chodzi o coś innego?

    Czy czepiam się, mylę? A może czegoś po prostu czegoś nie wiem lub nie rozumiem? Bo nie widzę do końca spójności w niektórych recenzjach i ocenach albumów oraz utworów. Nie wiem też co jest takiego nowatorskiego, twórczego czy inspirującego w tych dwóch kawałkach Led Zeppelin. Nie słuchałem zbyt wiele starszej muzyki, ale wątpię, że nikt wcześniej nie wpadł na taką strukturę piosenki, która jest i dzisiaj bardzo popularna, oczywiście nawet za bardzo.


    Żeby nie było: uwielbiam te zespoły i albumy, ale zawsze miałem problem z ocenianiem takich krótkich utworów, szczególnie jeśli trwają mniej niż trzy minuty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oceny są zawsze subiektywne, a tym samym nigdy nie będzie w nich sztywnej konsekwencji. Czymś zupełnie naturalnym jest przecież, że jeden utwór się podoba, a inny, choć podobny do niego - już nie.

      Możliwe, że na mój odbiór "Paranoid" wpływa ogranie tego kawałka, może nawet bunt przeciw temu, że tak niereprezentatywny dla zespołu utwór jest jego najpopularniejszym.

      Natomiast te dwa kawałki Led Zeppelin nie są aż tak bardzo do siebie podobne. Struktura utworu to tylko jeden z wielu elementów. "Good Times, Bad Times" i "Communication Breakdown" różnią się natomiast pod wieloma innymi względami, np. tonacją (pierwszy jest w A, drugi w D) czy tempem (odpowiednio 94 i 175 uderzeń na minutę). Inny jest też ich charakter - drugi stawia przede wszystkim na czad, a otwieracz albumu raczej na warstwę melodyczną.

      Dla porównania: "Paranoid" jest w tonacji E i tempie 163 bpm, co sprawia, że z tych trzech kawałków najbardziej podobne są do siebie "Communication Breakdown" i piosenka Sabbath.

      I o ile sama struktura tych nagrań Led Zeppelin faktycznie nie zawiera w sobie nic oryginalnego, nie zawierała nawet w momencie premiery, to już pod względem brzmienia było to bardzo nowatorskie granie. Nikt wtedy nie brzmiał tak ciężko. Cream, Hendrix czy Jeff Beck przecierali szlak, ale Zeppelin ich wszystkich przebił.

      Usuń
    2. Odpowiadając więc na moje poczwórne pytanie (czepiam się/mylę/czegoś nie wiem/nie rozumiem?) wygląda na to, że po prostu się czepiam.

      "Możliwe, że na mój odbiór "Paranoid" wpływa ogranie tego kawałka, może nawet bunt przeciw temu, że tak niereprezentatywny dla zespołu utwór jest jego najpopularniejszym." Eh, myślałem, że jesteś bardziej odporny na to, co mówią media i ludzie ; J
      Jak dla mnie to zawsze "Iron Man" był tym sztandarowym, sygnaturowym i najpopularniejszym utworem, o którym się najwięcej mówiło, ale absolutnie mu to niczego nie umniejsza.

      Miło, że doceniasz brzmienie, ponieważ 55 lat później album dalej brzmi świeżo, czysto i mocno.

      Ale odpowiedzią jest także "nie wiedziałem", bo choć ewidetnie słyszę różnicę w utworach, to nie znam się kompletnie na tonacji. Nie wiem też skąd wziąłeś informację o tempie (czy przeczytałeś o tym, czy może umiesz "policzyć" to w głowie), ale wierzę ci oraz myślę, że masz rację.

      I tak jak zauważyłem, dla mnie "Paranoid" to trochę właśnie taki "Communication Breakdown" w ich wersji. Aczkolwiek wiem, że ten kawałek musieli napisać pod presją wydawcy (ponieważ było: (a) za mało utworów; oraz (b) nie było singlowego numeru na albumie) w kilka(naście) minut, więc Tony szybko wymyślił ten riff, Ozzy znalazł sposób na linię wokalną, a Geezer napisał tekst.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)