22 września 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Led Zeppelin" (1969)



Debiutancki album Led Zeppelin zmienił oblicze muzyki rockowej. Co prawda, pod względem stricte muzycznym mamy tutaj do czynienia właściwie z typowym dla drugiej połowy lat 60. blues rockiem, ale brzmieniowo jest to już zupełnie nowa jakość. Zespół nie zdecydował się zatrudniać producenta z zewnątrz - wszystkim osobiście zajął się Jimmy Page, który w ciągu kilku lat pracy jako muzyk sesyjny nauczył się sporo o pracy w studiu. Zdobyte doświadczenie pomogło mu stworzyć wyjątkowo ciężkie, jak na tamte czasy, brzmienie. Szczególnie potężnie brzmi tutaj perkusja, nagrywana w zupełnie innowacyjny sposób (m.in. za pomocą mikrofonów umieszczonych wewnątrz bębnów).

Zespół powstał latem 1968 roku, gdy Page został jedynym członkiem The Yardbirds. Po dodaniu nowych muzyków - wokalisty Roberta Planta, basisty Johna Paula Jonesa i perkusisty John Bonhama - zespół przyjął nazwę New Yardbirds, szybko zmienioną na Led Zeppelin. Już we wrześniu rozpoczęły się nagrania na debiutancki album. Muzycy nie mieli wiele czasu na stworzenie nowego materiału, więc musieli kombinować. Sięgnęli zatem po utwory wykonywane już przez The Yardbirds ("I'm Confused" i "White Summer" - tutaj pod tytułami "Dazed and Confused" i "Black Mountain Side"), jak i do repertuaru innych wykonawców (m.in. dwie kompozycje Williego Dixona, "You Shook Me" i "I Can't Quit You Baby", zagrane z większym czadem i energią, ale zachowujące bluesowy charakter).

Niestety, nie zawsze wspomniany został autor oryginału. W przypadku "Babe, I'm Gonna Leave You" była to zwykła pomyłka - muzycy po prostu nie wiedzieli, że utwór skomponowała folkowa pieśniarka Anne Bredon, więc podpisali go jako tradycyjny. Zupełnie świadomie przywłaszczyli sobie natomiast autorstwo "Dazed and Confused" i "How Many More Times". Pierwszy został w rzeczywistości skomponowany przez Jake'a Holmesa, drugi natomiast został zbudowany na chwytliwym motywie z utworu "The Hunter" Alberta Kinga, a wokalnie nawiązuje do "How Many More Years" Howlin' Wolfa. Trzeba jednak oddać muzykom, że potrafili tym przeróbkom nadać zupełnie nowego charakteru. "Dazed and Confused" praktycznie nie ma już nic wspólnego z niepozorną folkową piosenką Holmesa - zmienił się w porywający, nieco jamowy utwór, porażający ciężarem i zachwycający popisami muzyków. W tym utworze, a także w "How Many More Times", pojawiają się fragmenty, w których Page zagrał na gitarze smyczkiem - to również wartość dodatnia (choć już wcześniej grał w ten sposób w "Beck's Bolero" z albumu "Truth" The Jeff Beck Group). Również "Babe, I'm Gonna Leave You" nabrał nowej jakości, łącząc balladowe, akustyczne momenty, z prawdziwie hardrockowym czadem. Tym razem uwagę zwraca przede wszystkim wokalny popis Planta.

Zupełnie premierowego materiału nie ma tu wiele - tylko energetyczny "Good Times, Bad Times", rozpędzony, już stricte hardrockowy "Communication Breakdown", oraz zaskakująco łagodny, piosenkowy "Your Time Is Gonna Come", w którym pierwszoplanową rolę pełni partia elektrycznych organów w wykonaniu Jonesa. Ten ostatni utwór, wraz z następującym po nim, akustycznym instrumentalem "Black Mountain Side" (w którym Page'owi towarzyszy tylko Viram Jasani na nadającej hindustańskiego klimatu tabli), stanowi bardzo przyjemne urozmaicenie albumu.

Można potępiać muzyków za przywłaszczanie sobie cudzych kompozycji, ale nie zmienia to faktu, że debiutancki album Led Zeppelin jest jednym z najbardziej wpływowych wydawnictw w historii rocka, który od ponad czterdziestu lat nieustannie inspiruje kolejne pokolenia muzyków (jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio). Ale to też po prostu jeden z najlepszych rockowych albumów. Zespół osiągnął tu poziom nieosiągalny dla większości rockowych, a zwłaszcza hardrockowych wykonawców.

Ocena: 10/10



Led Zeppelin - "Led Zeppelin" (1969)

1. Good Times, Bad Times; 2. Babe, I'm Gonna Leave You; 3. You Shook Me; 4. Dazed and Confused; 5. Your Time Is Gonna Come; 6. Black Mountain Side; 7. Communication Breakdown; 8. I Can't Quit You Baby; 9. How Many More Times

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka, bass; Jimmy Page - gitara, dodatkowy wokal; John Paul Jones - bass, organy, dodatkowy wokal; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Viram Jasani - tabla (6)
Producent: Jimmy Page

Po prawej: okładka pierwszego wydania brytyjskiego.


13 komentarzy:

  1. Zawsze mam problem z wyborem najlepszej płyty Zeppelinów. W gre wchodzą jednak tylko dwa pierwsze albumy, które chyba uwielbiam jednakowo. Wydaje mi sie Plant śpiewa tutaj chyba lepiej niż na dwójce. Podobnie Jimmy Page, którego solówki są tutaj ciekawsze. Płyta nie nie ma praktycznie słabego utworu. Nawet Your Time is Gonna Come jakoś wpada w ucho. Moim faeorytem jest hipnotyzujące Babe I'm Gonna Leve You
    You Shock Me zagrane dużo lepiej niż wersja Jeffa Becka. Świetnie wyszły też ostre rockery: Good Times Bad Times czy Communicatipn Breakdown. Ogólnie rewelacyjne granie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Płyta doskonała, nic więcej nie napiszę, muzyka broni się sama :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziesięć jestem w stanie przełknąć za jego pozycję po latach (chociaż czy to nie jest znowu jakieś przecenianie?)

    OdpowiedzUsuń
  4. Powtarzasz tych Zeppelinów czy jedziesz z pamięci?

    Normalnie nie pogniewałbym się za jakąś dodatkową notkę przy "Zmianach w recenzji", typu "z pamięci" albo "odświeżone" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robię szybki przegląd dla odświeżenia pamięci. Co pokazuje, że dobry hard rock wciąż może mnie zachwycać ;) Im bardziej otwieram się na inne gatunki, tym bardziej słyszę przepaść dzielącą Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple (a przynajmniej ich dokonaniami z lat 70.), a innymi wykonawcami hardrockowymi.

      Usuń
    2. Jeszcze dodałbym do tej trójki AC/DC

      Usuń
    3. U mnie ten zespół jest zdecydowanie jest po drugiej stronie przepaści. Za proste to granie i większość kawałków brzmi niemal identycznie.

      Usuń
    4. Przez wiele lat uważałem tak samo dopóki nie kupiłem wszystkich płyt z Bonem Scottem i posłuchałem je od deski do deski.

      Usuń
    5. Też kiedyś zasłuchiwałem się w dyskografii zespołu, wyszukując dowody przeciwko powszechnej tezie, że każdy utwór AC/DC jest taki sam. Ale po kilku latach monotonia tej muzyki mnie znudziła i przestałem do niej wracać.

      Usuń
  5. Naprawdę świetna płyta, surowa. Niestety dla mnie jedyny dobry Zeppelin. Kolejne 3 może i też dobre ale zalatuje mi to już glam rockiem. Wiem że byli pierwsi ale gdy słyszę Stairway to Heaven to słyszę November Rain a gdy Whole Lotta Love to Welcome to the Jungle Guns'n'Roses. Daleko im do Black Sabbath które wyciął 5 płyt bez pretensjonalności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dwójka" jest tak samo surowa i bezpretensjonalna. Potem coś zaczęło się psuć, ale lubię i cenię wszystkie ich albumy do "Presence" włącznie.

      Usuń
  6. Presence kiedyś lubiłem a zwłaszcza Achilles który jednak przestałem lubić w momencie jak przestałem lubić Iron Maiden bo te galopy w Achilles to nic innego jak pre-maiden

    OdpowiedzUsuń
  7. Najlepsze na płycie to "Dazed and Confused" zawsze wzbudza we mnie duże emocje, Gra Planta perkusja Bonhama i wokal Planta. Tutaj wszystko jest idealne. 10/10

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.